16.09.2024, 11:29 ✶
– Cieszę się, że jesteśmy zgodni, bo inaczej ciągnęłabym cię ze sobą przemocą. Podoba mi się ten makaron. Przypomina ten ze spagethi, a jednak wygląda jakoś inaczej… – powiedziała Brenna, wskazując jeszcze na zawartość jednego z talerzy azjatyckiej pary, która siedziała przy jednym ze stolików. Zapatrzona na tę scenkę nie zwróciła nawet uwagi na to, co przyciągnęło spojrzenie Thomasa. Może i dobrze, jeszcze poczułaby się zobowiązana interweniować, a jeżeli doszłaby do wniosku, że robić tego nie powinna, potem miałaby wyrzuty sumienia. Chiński makaron zaprawiany takimi wyrzutami na pewno smakowałby znacznie gorzej.
– Hm? Pewnie masz rację, ale tak jakby jak masz pieniądze, to jednak łatwiej kupić sobie dobre jedzenie i rzeczy, które cieszą – rzuciła, odrywając wzrok od restauracji i kierując się ku pralni. Nie, pieniądze nie były najważniejsze, a ona tych swoich nigdy nie wydawała bez opamiętania. Drogie ubrania kupowała na specjalne okazje, większość kosmetyków w szafce pochodziła od matki, nie miała czasu na długie, zagraniczne podróże i rzadko odwiedzała ekskluzywne restauracje.
Ale jej życie było wygodniejsze, kiedy mogła informatorowi włożyć galeona w rękę, opłacić części na mechanizmy dla Zakonu, kupić chrześnicy piękny prezent bez zaciskania pasa, przynieść sto pączków do biura czy nie zastanawiać się, z czego zrezygnować w danym miejscu, bo piesek potrzebował zabawek, karmy i kocyków.
Albo że było ją stać na wyłożenie takich pieniędzy, które być może przekonają Letę Crouch do zajęcia się magiczną więzią. Thomas prawdopodobnie też dałby sobie z tą radę, ale Brenna naprawdę, ale to naprawdę nie chciała wciągać w temat nikogo bliskiego.
– Czyli… wymalowywał runy na skórze? To znaczy, tak mi to wygląda, jeśli miałyby to być czarodziejskie tatuaże. Ale to brzmi jak coś potencjalnie niebezpiecznego, bo co jak taki tatuaż się uszkodzi? – spytała. Mówiła teraz nieco ciszej, chociaż i nie obawiała się specjalnie, że ktoś ich podsłucha: w takim tłumie? Poza tym pewnie uznaliby, że rozmawiają o chińskim folklorze. – Mama chyba zamordowałaby mnie, gdybym postanowiła zrobić tatuaż – dodała, uśmiechając się lekko na samą myśl. Miała dwadzieścia siedem lat, owszem, ale wciąż była córką swojej matki. Na szczęście dla nich obu, była nią na tyle mocno, że do tatuaży w ogóle jej nie ciągnęło, zwłaszcza że cóż… żyli w takich czasach, że te Brenna, pracując w BUM, kojarzyła na razie jednak głównie z marynarzami oraz z przestępcami.
– Myślę, że nie czeka tam na mnie banda zabójców z… zaraz, cholera, jak nazywała się ta chińska mafia… Jakuzi? A nie, Yakuza. Z Yakuzy, znaczy się – zapewniła Thomasa z uśmiechem.
Oczywiście, gdyby podejrzewała, że za drzwiami czeka banda zabójców z Yakuzy, nigdy w życiu nie pozwoliłaby mu wejść pierwszemu. Prawdopodobnie w ogóle nie pozwoliłaby mu wejść pierwszemu. Pchnęła drzwi i weszła do studia tatuażu.
– Spóźniła się pani – rzucił Azjata, bardzo szczupły i niski, odziany w kamizelkę, odsłaniającą ramiona.
– Hm, nie, jestem pewna, że byłam umówiona za dziesięć minut…
– Dziesięć minut temu. Proszę siadać.
– O, nie, nie – zaprotestowała Brenna, unosząc ręce obronnym gestem. – Ja to jestem umówiona tam – oświadczyła, wskazując drzwi do zakładu naprzeciwko, a tatuażysta skrzywił się lekko.
– U tego dziwaka, Zegarmistrza? – westchnął. – A może jednak skorzystacie? Wydaje się, że mam wolny termin. Jestem dobry w robocie.
– Dzięki, ale nie wypada pozwalać Zegarmistrzowi czekać – odparła Brenna gładko. Mimo wszystko wychowywała się w środowisku, gdzie takie tatuaże, zwłaszcza mugolskie, a więc pewnie zawierające sztuczne barwniki, nie wydawały się jej czymś, co robiło się pod wpływem chwili. Nie mieli czasu. Nie wiedziała, czy był dobry w tym tatuowaniu. A i nie chciała czegoś, co ułatwiałoby rozpoznawanie jej, kiedy zmieniała sobie twarz. – Idziemy? – spytała Thomasa, zanim skierowała się do drzwi zakładu.
– Hm? Pewnie masz rację, ale tak jakby jak masz pieniądze, to jednak łatwiej kupić sobie dobre jedzenie i rzeczy, które cieszą – rzuciła, odrywając wzrok od restauracji i kierując się ku pralni. Nie, pieniądze nie były najważniejsze, a ona tych swoich nigdy nie wydawała bez opamiętania. Drogie ubrania kupowała na specjalne okazje, większość kosmetyków w szafce pochodziła od matki, nie miała czasu na długie, zagraniczne podróże i rzadko odwiedzała ekskluzywne restauracje.
Ale jej życie było wygodniejsze, kiedy mogła informatorowi włożyć galeona w rękę, opłacić części na mechanizmy dla Zakonu, kupić chrześnicy piękny prezent bez zaciskania pasa, przynieść sto pączków do biura czy nie zastanawiać się, z czego zrezygnować w danym miejscu, bo piesek potrzebował zabawek, karmy i kocyków.
Albo że było ją stać na wyłożenie takich pieniędzy, które być może przekonają Letę Crouch do zajęcia się magiczną więzią. Thomas prawdopodobnie też dałby sobie z tą radę, ale Brenna naprawdę, ale to naprawdę nie chciała wciągać w temat nikogo bliskiego.
– Czyli… wymalowywał runy na skórze? To znaczy, tak mi to wygląda, jeśli miałyby to być czarodziejskie tatuaże. Ale to brzmi jak coś potencjalnie niebezpiecznego, bo co jak taki tatuaż się uszkodzi? – spytała. Mówiła teraz nieco ciszej, chociaż i nie obawiała się specjalnie, że ktoś ich podsłucha: w takim tłumie? Poza tym pewnie uznaliby, że rozmawiają o chińskim folklorze. – Mama chyba zamordowałaby mnie, gdybym postanowiła zrobić tatuaż – dodała, uśmiechając się lekko na samą myśl. Miała dwadzieścia siedem lat, owszem, ale wciąż była córką swojej matki. Na szczęście dla nich obu, była nią na tyle mocno, że do tatuaży w ogóle jej nie ciągnęło, zwłaszcza że cóż… żyli w takich czasach, że te Brenna, pracując w BUM, kojarzyła na razie jednak głównie z marynarzami oraz z przestępcami.
– Myślę, że nie czeka tam na mnie banda zabójców z… zaraz, cholera, jak nazywała się ta chińska mafia… Jakuzi? A nie, Yakuza. Z Yakuzy, znaczy się – zapewniła Thomasa z uśmiechem.
Oczywiście, gdyby podejrzewała, że za drzwiami czeka banda zabójców z Yakuzy, nigdy w życiu nie pozwoliłaby mu wejść pierwszemu. Prawdopodobnie w ogóle nie pozwoliłaby mu wejść pierwszemu. Pchnęła drzwi i weszła do studia tatuażu.
– Spóźniła się pani – rzucił Azjata, bardzo szczupły i niski, odziany w kamizelkę, odsłaniającą ramiona.
– Hm, nie, jestem pewna, że byłam umówiona za dziesięć minut…
– Dziesięć minut temu. Proszę siadać.
– O, nie, nie – zaprotestowała Brenna, unosząc ręce obronnym gestem. – Ja to jestem umówiona tam – oświadczyła, wskazując drzwi do zakładu naprzeciwko, a tatuażysta skrzywił się lekko.
– U tego dziwaka, Zegarmistrza? – westchnął. – A może jednak skorzystacie? Wydaje się, że mam wolny termin. Jestem dobry w robocie.
– Dzięki, ale nie wypada pozwalać Zegarmistrzowi czekać – odparła Brenna gładko. Mimo wszystko wychowywała się w środowisku, gdzie takie tatuaże, zwłaszcza mugolskie, a więc pewnie zawierające sztuczne barwniki, nie wydawały się jej czymś, co robiło się pod wpływem chwili. Nie mieli czasu. Nie wiedziała, czy był dobry w tym tatuowaniu. A i nie chciała czegoś, co ułatwiałoby rozpoznawanie jej, kiedy zmieniała sobie twarz. – Idziemy? – spytała Thomasa, zanim skierowała się do drzwi zakładu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.