16.09.2024, 13:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.09.2024, 13:42 przez Astaroth Yaxley.)
Ha! Udało się! Zaśmiałem się, bo właśnie osiągnąłem swój kolejny cel, a za chwilę miałem jeszcze osiągnąć kolejny. Tak to ja mogłem żyć! Wiatr w skrzydełka i lecisz, panie Yaxley, z wiatrem ku chwale i sławie!
Przełożyłem miecz do lewej dłoni i wyciągnąłem prawą w kierunku siostry. Przyjmowałem ten zakład! Tego mi właśnie było trzeba - ducha rywalizacji, a nie smęcenia. I kto by pomyślał, że na domiar dostanę w prezencie zakład? Tym razem zamierzałem wygrać z Geraldine. Zrobię to. Czułem to całym sobą, nawet w koniuszkach palców. Nie dam jej kolejnej satysfakcji ogrania mnie. Tym razem to ja zatriumfuję. Nie będzie żadnego sprzątania mieszkania Ger przez pół roku, bo w tym czasie będę się bawił nowym, srebrnym nabytkiem. Jakże błyszczącym! Aż ślinka ciekła na myśl o przelanej krwi bestii z udziałem jego ostrza. Tak!
- Haha. Obiecałbym ci, że założę do tego fartuszek zawodowej sprzątaczki, ale - upsik! - jaka szkoda, że w tym czasie będę szlachtował potwory nowym ostrzem - stwierdziłem, przecinając nasze dłonie głownią trzymanego w lewej ręce miecza. Sprawnie nim operowałem. Nawet w tym ujęciu był przedłużeniem mojej dłoni. - Ale wiesz, zawsze będziesz mogła pomagać Triss... Kiedy już ustalimy, kto w tej rodzinie potrafi naprawdę polować. Selekcja naturalna. Jedni polują, a drudzy w gary - zaśmiałem się, podburzając ją jeszcze nieco, bo nie mogłem się powstrzymać. Wiedziałem, że Geraldine to ostatnia kobieta na świecie, która chciałaby siedzieć w domu, zakładać rodzinę i pilnować kominka żeby nie wygasnął do powrotu męża. Ona to raczej gotowa była bić się na gołe klaty w błocie. Dlatego fajnie było spędzać z nią czas... Przynajmniej póki nie starzała się i przez to nie zaczynała smęcić matkowaniem.
- Taaa... Kiedy tylko poczujesz się niepewnie, to krzyknij, a przybiegnę ci z pomocą - zaśmiałem się z jej przestrogi. Co tu mogło się wydarzyć? Co najwyżej zarobię kolejną bliznę, nic więcej. Uderzyłem ją nieco za mocno w bok rękojeścią miecza, mrugając przy tym okiem, po czym ruszyłem przed siebie, wbiegając w ciemny las. Śmiałem się, choć im bardziej wchodziłem w las, tym bardziej zamilkałem. Trzeba było się skupić, żeby wygrać ten miecz. Geraldine może była dziś pełna obaw, ale najprawdopodobniej była aktualnie najlepszym łowcą w naszym kręgu odkąd ojciec zleciał z konia. Poza tym miała takie głupie szczęście, że zawsze przegrywałem z nią zakłady. Koniec z tym.
Przełożyłem miecz do lewej dłoni i wyciągnąłem prawą w kierunku siostry. Przyjmowałem ten zakład! Tego mi właśnie było trzeba - ducha rywalizacji, a nie smęcenia. I kto by pomyślał, że na domiar dostanę w prezencie zakład? Tym razem zamierzałem wygrać z Geraldine. Zrobię to. Czułem to całym sobą, nawet w koniuszkach palców. Nie dam jej kolejnej satysfakcji ogrania mnie. Tym razem to ja zatriumfuję. Nie będzie żadnego sprzątania mieszkania Ger przez pół roku, bo w tym czasie będę się bawił nowym, srebrnym nabytkiem. Jakże błyszczącym! Aż ślinka ciekła na myśl o przelanej krwi bestii z udziałem jego ostrza. Tak!
- Haha. Obiecałbym ci, że założę do tego fartuszek zawodowej sprzątaczki, ale - upsik! - jaka szkoda, że w tym czasie będę szlachtował potwory nowym ostrzem - stwierdziłem, przecinając nasze dłonie głownią trzymanego w lewej ręce miecza. Sprawnie nim operowałem. Nawet w tym ujęciu był przedłużeniem mojej dłoni. - Ale wiesz, zawsze będziesz mogła pomagać Triss... Kiedy już ustalimy, kto w tej rodzinie potrafi naprawdę polować. Selekcja naturalna. Jedni polują, a drudzy w gary - zaśmiałem się, podburzając ją jeszcze nieco, bo nie mogłem się powstrzymać. Wiedziałem, że Geraldine to ostatnia kobieta na świecie, która chciałaby siedzieć w domu, zakładać rodzinę i pilnować kominka żeby nie wygasnął do powrotu męża. Ona to raczej gotowa była bić się na gołe klaty w błocie. Dlatego fajnie było spędzać z nią czas... Przynajmniej póki nie starzała się i przez to nie zaczynała smęcić matkowaniem.
- Taaa... Kiedy tylko poczujesz się niepewnie, to krzyknij, a przybiegnę ci z pomocą - zaśmiałem się z jej przestrogi. Co tu mogło się wydarzyć? Co najwyżej zarobię kolejną bliznę, nic więcej. Uderzyłem ją nieco za mocno w bok rękojeścią miecza, mrugając przy tym okiem, po czym ruszyłem przed siebie, wbiegając w ciemny las. Śmiałem się, choć im bardziej wchodziłem w las, tym bardziej zamilkałem. Trzeba było się skupić, żeby wygrać ten miecz. Geraldine może była dziś pełna obaw, ale najprawdopodobniej była aktualnie najlepszym łowcą w naszym kręgu odkąd ojciec zleciał z konia. Poza tym miała takie głupie szczęście, że zawsze przegrywałem z nią zakłady. Koniec z tym.