16.09.2024, 14:45 ✶
Miała być jego Penelopą.
Zawsze była Penelopą, tak jak on był Odyseuszem – po co tu wracał, jeżeli nie dla niej? Chciał skończyć ze sobą we Francji i może zrobiłby to, gdyby nie ona. “Wszystko można naprawić, mówiła wtedy Ambrosia, wyrzucając mu, że z premedytacją nie patrzy w przyszłość: tę, w ktorej kiedyś zawsze widział ich razem. Co tu w ogóle robiła? Dlaczego pozwoliła się dotknąć Lestrange’owi? Nie mógł patrzeć na jego dłonie, przesuwające się pożądliwie wzdłuż jej ciała. Kiedyś w ramach tortur wyrwał jakiemuś mugolowi paznokcie, cucąc go za każdym razem, gdy ten tracił przytomność. Czym różniły się dłonie tego mugola od dłoni Lestrange’a? Jakże nieistotne były jego zbrodnie – prawdziwe lub urojone – wobec afrontu, jakim był ten jeden, powolny taniec Louvaina z Ambrosią w ramionach?
”Jestem z tobą”, szeptała z mocą kobieta, ”jestem twoja”. Czy nie tak mu obiecywała? “Kochaj mnie, Alexandrze”. Kochał ją – kochał ją przez te wszystkie lata, myśląc, że jest jego słodką Penelopą, choć cały czas była mściwą Kirke.
Dlaczego bogowie sprawili, że kochał tak okrutną kobietę? Nie chodziło bowiem o ręce Louvaina zaciskające się na talii Ambrosii, chociaż sam widok budził w Alexandrze bardzo pierwotne instynkty. Tu nigdy nie chodziło ani o niego, ani o Lorettę. Louvain był tylko mięsem. Zarżniętym przez piękną Kirke wieprzem, któremu nie starczyłoby siły sprawczej, by kwiknąć, kiedy dzieliła jego tuszę na sztuki. Louvain był ochłapem rzuconym dla wygłodniałego psa – ochłapem, który nie miał nigdy zaspokoić jego głodu, a jedynie rozjuszyć zdesperowane zwierzę: podjudzić na wpół zdziczałego kundla, by gryzł, by skakał do gardeł, zwęszywszy słabość. Ambrosia znała go za dobrze, ale zapomniała, że działało to w obie strony. Nie byłoby jej tutaj, gdyby nie chciała tutaj być. Nie tańczyłaby z Lestrange'm, gdyby nie chciała z nim tańczyć. Nikt nie potrafił jej do niczego zmusić, jeżeli sama tego nie chciała, z jakkolwiek banalnego powodu. ”Wciąż czekam na te twoje obietnice i ci nie odpuszczę”, nie tak mówiła? Uratowała Alexandra przed samym sobą nawet o tym nie wiedząc: “śmiercią się nie wywiniesz”, wysyczała, myśląc, że to groźbami odwiodła go od samobójstwa. Zabrała mu wybór, nawet nie zauważył kiedy: zdecydował się żyć, myśląc o niej. Zrobiła to specjalnie, wiedział to – pewnie sama znalazła Lestrange’a, i owinęła go sobie wokół palca tylko po to, żeby odegrać się za Lorettę, brat za siostrę, kochanek za kochankę – nie pozwoliła mu zrobić sobie krzywdy tylko dlatego, że chciała sprawić mu ból własnymi rękoma. Alexander miał przynajmniej wystarczająco dużo przyzwoitości, żeby kryć się ze swoim autodestrukcyjnym romansem, ale Ambrosia bezczelnie paradowała przed nim z Lestrange'm uczepionym jej spódnicy.
Musiał przyznać, że to była idealna zemsta.
Mogła, co prawda, poczekać dłużej, pomyślał pogardliwie. Poczekać aż będzie szczęśliwy, aż odzyska nadzieję – mogła poczekać, żeby bardziej bolało. Bo teraz – teraz czuł po prostu obrzydzenie. Czuł się zdradzony.
Wpił mocniej palce w miękkie ciało tańczącej z nim eterycznej kobiety. Była świeża niczym zerwana prosto z drzewa brzoskwinia: ucałowana przez słońce, kusiła, by zatopić zęby w jej soczystym miąższu – czy gdyby powiódł ustami po jej smukłej szyi, pachniałaby tak jak ona, zastanawiał się, czy poczułby zapach brzoskwiń i kadzidła? Zimny metal pierścieni zdobiących palce Alexandra kontrastował z ciepłem bijącym od nieznajomej. Chciał wsłuchać się w jej słodki szczebiot, poddać kołyszącej muzyce, pomyśleć, że to tylko sen – że jest kimś innym, może nawet Williamem Lestrange, co za różnica, stwierdził, obracając nią w rytm wolnego walca – ale słowa, które padały z ust kobiety wytrąciły go z równowagi. Pozwolił jej mówić, czekając cierpliwie aż skończy swój wywód, choć ręce drżały mu z tłumionej wściekłości. Gniew buzował tuż pod powierzchnią skóry Alexandra. Pierdolona małolata, którą z Grecją łączyło tylko tyle, że miała kompleks Elektry i sukienkę w kolorze brzoskwiń z tamtejszych sadów, pierdoliła mu o swoim pierdolonym starym, tak, że nie mógł skupić się na odczytaniu intencji Lestrange'a, a jakby na domiar złego, jego trzecie oko zaczynało odpierdalać. Zdecydował się zignorować wszystkie jej pytania.
– Znam – rzucił beznamiętnie. W taki sam sposób wypowiadał słowo ”Cesarz”, kiedy ten objawiał mu się w rozkładach tarota: oschle, jakby z lekkim ociąganiem, ale też z powagą, pod którą skrywał się niechętny podziw. Czy nie siedział codziennie obok Morpheusa Longbottoma w ich zawalonym papierami biurze, czy nie rozmawiał z nim o swoich wizjach, o snach, o przepowiedniach? – Chyba. – Odpowiedział na pytanie dziewczyny zanim pomyślał. Miał przecież udawać Williama Lestrange’a, a William Lestrange obracał się w zupełnie innych kręgach niż Alexander Mulciber. Czy William pamiętałby w takiej chwili o swym dalekim kuzynie, Rodolphusie? – Nie, nie znam. – Uśmiechnął się nieszczerze, wbrew sobie niemalże, z trudem zmuszając mięśnie twarzy do posłuszeństwa: uprzejmy grymas, maska grzeczności, potrafił przecież grać, przekonywał się, potrafił udawać, że jest taki jak inni.
Patrzył na jej białą szyję, odchyloną rozkosznie, na gardło, które zapraszało, by musnąć je ustami w nieśmiałym pocałunku albo rozpłatać w krwiożerczym szale zębów. ”Czy ściany w Departamencie Tajemnic naprawdę są czarne?” Wyobraził sobie ściany wzniesione z wyszlifowanych do połysku skał wulkanicznych zamykające się zazdrośnie wokół niewymownych, gotowych poświęcić życie badaniu popiołów dawno już wygasłych snów. Tak, chciał powiedzieć, jak starogrecka urna, pelike w stylu czarnofigurowym. Powinien tam zostać, zamknąć oczy i po omacku kluczyć między półkami, na których przechowywano przepowiednie – tak jak wcześniej kluczył poirytowany w tłumie gości weselnych – powinien dać się pochować w tej czarnej urnie. Tam mógłby być sam, za towarzyszy mając jedynie własne, czarne myśli, ale wybrał to przeklęte wesele – czarne wesele – czarniejsze niż pogrzeb jego ojca, który w testamencie zażyczył sobie cygańskiego pochówku.
Dziś po raz pierwszy od jego śmierci wróżył z tafli lustra.
Matka powiedziała mu kiedyś, że wróżbici boją się zaglądać w zwierciadło, bo to wymaga spojrzenia nie tyle poza taflę lustra, co poza samego siebie. Wędrujesz wtedy poza swoje ciało, mówiła, a my, Cyganie – my mamy wędrówkę we krwi. Zanim postradała zmysły, sama chętnie siadywała przed swoim potrójnym zwierciadłem, ustawionym tak, że odbijała się w nim nieskończoność: czarna, połyskliwa tafla przywoływała do siebie zafascynowanego Alexandra, który gotów był przysiąc, że lustro zaprasza go, by w nie spojrzał. Ale matka zasłaniała zwierciadło atłasową płachtą, a kiedy prosił ją, by nauczyła go wróżyć, tylko kręciła głową. Tak łatwo się zagubić w lustrzanej otchłani, tłumaczyła. Tak łatwo ulec pokusie zagubienia samego siebie. Alexander nie rozumiał jej przestróg. Czarna tafla zwierciadła niczym nie różniła się dla niego od czarnej tafli jeziora, nad które często chodził się kąpać latem. Wypływał daleko od brzegu, na sam środek akwenu, brał głęboki oddech i zanurzał się w ciemną toń: im głębiej nurkował, tym silniej odczuwał ciśnienie wody. Nie była to nieprzyjemna sensacja, nie: Alexander rozkoszował się szumem krwi w uszach, ogłuszającym echem podwodnej ciszy i samotnością. Pamiętał lato, kiedy pobił swój własny rekord we wstrzymywaniu oddechu pod wodą. Tamtego lata poznał też tajniki katoptromancji. Wróżenie ze zwierciadła szybko stało się jego ulubioną techniką dywinacyjną. Inni wróżbici bali się zagubić duszę w lustrzanej otchłani, ale nie Alexander. Alexander bał się, że ją tam znajdzie. Nie był gotowy na widok tego szkaradztwa.
Teraz jednak, kiedy patrzył w lśniące złotem oczy tańczącej z nim dziewczyny – bogato zdobiona rama lustra, w którym mógł się przejrzeć – nie widział nic. Inni wróżbici bali się zagubić duszę w lustrzanej otchłani, ale jak można zgubić coś, co dawno już się utraciło? Kim jestem, pomyślał – nic nie odbija się w lustrze – sądził kiedyś, że wie, ale teraz nie był tego taki pewien.
Kim był Alexander Mulciber? Zrzucił dzisiaj to imię z taką samą łatwością, z jaką zdejmował maskę Śmierciożercy po skończonym zadaniu, przemienił się jak Odyseusz dzięki błogosławieństwu Ateny: przywdział skórę Peregrinusa Trelawneya, ukradł twarz Williama Lestrange, i nie czuł w związku z tym żadnych emocji. Może nie miał już duszy. Może umarł we Francji.
Kim był bowiem Odyseusz? Mitem zaledwie – człowiekiem, którego podróż nic nie znaczyła. Nie powrócił przecież zwycięski. Nie powrócił jako bohater. Turbulencje, którymi było wypełnione było jego życie były igraszką bogów. Czy Alexander Mulciber był wypowiedzianymi przez siebie przepowiedniami, których znaczenia nigdy nie rozumiał? Uzależnieniem, które zabrało mu resztki wolnej woli? Morderstwem, którego nie popełnił? Czy był zawiedzionymi nadziejami swoich rodziców? Wiecznym "co by było gdyby" ukochanej?
Był nikim, jak Odyseusz.
Zostały mu tylko pytania. “Czy gdzieś da się radę lepiej wieszczyć niż w Grecji?” “Chcesz mnie zerżnąć na parkiecie, tak, żeby mój ojciec widział?” “Czy ściany w Departamencie Tajemnic naprawdę są czarne?”
– Mówią, że ściany Departamentu Tajemnic są czarniejsze od skrzydeł kruka – rzucił – tak czarne jak krew Blacków, pomyślał, wyobrażając sobie, jak wykrwawia Louvaina, a potem zrywa z Ambrosii sukienkę zroszoną jego posoką – i potężniejsze od skrzydeł ptaka Charany, który unosi pośród mroków nocy trzy mary, Ursitorie, decydujące o ludzkich losach. – Nie wiedział, dlaczego jej o tym mówił. Nie wiedział, dlaczego odpowiadał na pytania, które dawno już odeszły w niepamięć – pytania, które sam na początku zignorował, odpychając je z taką samą intensywnością, z jaką teraz przyciskał do siebie to słodkie dziewczę – nawet nie postawił żadnej pauzy po poprzedniej wypowiedzi, tej, gdzie jeszcze chwytał się pozorów normalności: kiedy raz zaczął mówić, nie potrafił się zatrzymać. – Romskie Ursitorie. Greckie Mojry. Rzymskie Parki. Nordyckie Norny. Słowiańskie Rodzanice. Zawsze są trzy – do trzech razy sztuka do trzech razy sztuka do trzech razy sztuka – dobra, zła, i ta pomiędzy. – Alexander był jak w transie, z pustymi, niewidzącymi oczami, zapatrzonymi w przestrzeń gdzieś ponad ramieniem kobiety. Obrócił nią w tańcu, senną muzą, inspirującą w swej powolności do ciągnięcia mitologicznej opowieści. Nie słyszał muzyki, nie słyszał rozmów dookoła, tylko wolne bicie swojego serca; był na dnie jeziora, był po drugiej stronie lustra, był gdzieś daleko – poza czasem i przestrzenią. – Zawsze przychodzą trzeciej nocy po narodzinach dziecka, by zdecydować o jego przyszłości. Matka szepcze im na ucho imię, które wybrała dla dziecka – jego prawdziwe imię – imię trzymane w tajemnicy przed wszystkimi, dopóki dziecko nie uzyska pełnoletniości, i nie zdecyduje się sięgnąć po swoje przeznaczenie. – Obojętny ton. Twarz bez wyrazu. Słowa cedzone wolno, ale nieubłagalnie. Oczy, które patrzyły na nią i poza nią. – Wierzymy, że imiona mają moc. Jeżeli nie znasz swojego imienia – jeżeli nie znasz samego siebie – jaką masz władzę nad swoim losem? Jeżeli nie wiesz, kim jesteś, skąd masz wiedzieć, kim powinieneś być?
Może dlatego nie potrafił przestać się błąkać po świecie, zagubiony, może dlatego nie wiedział teraz, kim właściwie był: matka nigdy nie powiedziała mu, jakie imię wyszeptała nad jego kołyską. Szukał jej niesionego wiatrem szeptu we wszystkich zakątkach świata, zamiast usłuchać tego, który zawsze był tuż obok – tuż przy jego uchu.
Powinien usłuchać szeptu Ambrosii.
Bo kiedy był obok niej, był przecież najbardziej sobą. Kiedy razem pracowali nad nowym projektem, każde w swoim kącie pokoju; kiedy podróżowali, zmieniając codziennie miejsce zamieszkania, ale nie swoją słodką rutynę; kiedy porozumiewali się ze sobą spojrzeniami, bez zbędnych słów; kiedy rozmawiali, o rzeczach istotnych, i o tych pozbawionych znaczenia.
Nie, pomyślał wściekle, nie chciał słuchać jej szeptu. Kto wie, co szeptała na ucho pierdolonemu Lestrange’owi? Czy nocami szeptała jego imię, tak jak kiedyś szeptała czule “Alexander”, z ręką zaplątaną we włosach w prostej pieszczocie?
Poczuł dziwne pieczenie pod powiekami. Zamrugał gwałtownie.
– Nie – powtórzył, wyrwany z upiornego zamroczenia – opuścił wymiar lustra, odzyskując kontrolę: znowu słyszał dźwięki rozgrywającego się dookoła przyjęcia weselnego czuł ciężar kobiety w swoich ramionach i woń jej perfum, która była szczególnie intensywna w zagłębieniu szyi – nie sądzę, żebym znał w Departamencie Tajemnic kogokolwiek – a tym bardziej twojego ojca. Zresztą, czy można tak naprawdę poznać drugiego człowieka? – zaśmiał się, śmiechem pozbawionym wesołości. Może nigdy tak naprawdę jej nie znał, pomyślał, odwracając wzrok od Ambrosii i Louvaina, tak jak nie znał siebie. – Ważne, że on zna samego siebie – zapewnił ją żarliwie. – To ważne. Tak. To najważniejsze. – Zacisnął zęby. Bredził. Ale teraz było za późno by się cofnąć wszystkie słowa, jakie padły. Brnął dalej, nie zamierzając przyznawać się do słabości. – Jak się nazywa?
Wreszcie na nią spojrzał.
Zawsze była Penelopą, tak jak on był Odyseuszem – po co tu wracał, jeżeli nie dla niej? Chciał skończyć ze sobą we Francji i może zrobiłby to, gdyby nie ona. “Wszystko można naprawić, mówiła wtedy Ambrosia, wyrzucając mu, że z premedytacją nie patrzy w przyszłość: tę, w ktorej kiedyś zawsze widział ich razem. Co tu w ogóle robiła? Dlaczego pozwoliła się dotknąć Lestrange’owi? Nie mógł patrzeć na jego dłonie, przesuwające się pożądliwie wzdłuż jej ciała. Kiedyś w ramach tortur wyrwał jakiemuś mugolowi paznokcie, cucąc go za każdym razem, gdy ten tracił przytomność. Czym różniły się dłonie tego mugola od dłoni Lestrange’a? Jakże nieistotne były jego zbrodnie – prawdziwe lub urojone – wobec afrontu, jakim był ten jeden, powolny taniec Louvaina z Ambrosią w ramionach?
”Jestem z tobą”, szeptała z mocą kobieta, ”jestem twoja”. Czy nie tak mu obiecywała? “Kochaj mnie, Alexandrze”. Kochał ją – kochał ją przez te wszystkie lata, myśląc, że jest jego słodką Penelopą, choć cały czas była mściwą Kirke.
Dlaczego bogowie sprawili, że kochał tak okrutną kobietę? Nie chodziło bowiem o ręce Louvaina zaciskające się na talii Ambrosii, chociaż sam widok budził w Alexandrze bardzo pierwotne instynkty. Tu nigdy nie chodziło ani o niego, ani o Lorettę. Louvain był tylko mięsem. Zarżniętym przez piękną Kirke wieprzem, któremu nie starczyłoby siły sprawczej, by kwiknąć, kiedy dzieliła jego tuszę na sztuki. Louvain był ochłapem rzuconym dla wygłodniałego psa – ochłapem, który nie miał nigdy zaspokoić jego głodu, a jedynie rozjuszyć zdesperowane zwierzę: podjudzić na wpół zdziczałego kundla, by gryzł, by skakał do gardeł, zwęszywszy słabość. Ambrosia znała go za dobrze, ale zapomniała, że działało to w obie strony. Nie byłoby jej tutaj, gdyby nie chciała tutaj być. Nie tańczyłaby z Lestrange'm, gdyby nie chciała z nim tańczyć. Nikt nie potrafił jej do niczego zmusić, jeżeli sama tego nie chciała, z jakkolwiek banalnego powodu. ”Wciąż czekam na te twoje obietnice i ci nie odpuszczę”, nie tak mówiła? Uratowała Alexandra przed samym sobą nawet o tym nie wiedząc: “śmiercią się nie wywiniesz”, wysyczała, myśląc, że to groźbami odwiodła go od samobójstwa. Zabrała mu wybór, nawet nie zauważył kiedy: zdecydował się żyć, myśląc o niej. Zrobiła to specjalnie, wiedział to – pewnie sama znalazła Lestrange’a, i owinęła go sobie wokół palca tylko po to, żeby odegrać się za Lorettę, brat za siostrę, kochanek za kochankę – nie pozwoliła mu zrobić sobie krzywdy tylko dlatego, że chciała sprawić mu ból własnymi rękoma. Alexander miał przynajmniej wystarczająco dużo przyzwoitości, żeby kryć się ze swoim autodestrukcyjnym romansem, ale Ambrosia bezczelnie paradowała przed nim z Lestrange'm uczepionym jej spódnicy.
Musiał przyznać, że to była idealna zemsta.
Mogła, co prawda, poczekać dłużej, pomyślał pogardliwie. Poczekać aż będzie szczęśliwy, aż odzyska nadzieję – mogła poczekać, żeby bardziej bolało. Bo teraz – teraz czuł po prostu obrzydzenie. Czuł się zdradzony.
Wpił mocniej palce w miękkie ciało tańczącej z nim eterycznej kobiety. Była świeża niczym zerwana prosto z drzewa brzoskwinia: ucałowana przez słońce, kusiła, by zatopić zęby w jej soczystym miąższu – czy gdyby powiódł ustami po jej smukłej szyi, pachniałaby tak jak ona, zastanawiał się, czy poczułby zapach brzoskwiń i kadzidła? Zimny metal pierścieni zdobiących palce Alexandra kontrastował z ciepłem bijącym od nieznajomej. Chciał wsłuchać się w jej słodki szczebiot, poddać kołyszącej muzyce, pomyśleć, że to tylko sen – że jest kimś innym, może nawet Williamem Lestrange, co za różnica, stwierdził, obracając nią w rytm wolnego walca – ale słowa, które padały z ust kobiety wytrąciły go z równowagi. Pozwolił jej mówić, czekając cierpliwie aż skończy swój wywód, choć ręce drżały mu z tłumionej wściekłości. Gniew buzował tuż pod powierzchnią skóry Alexandra. Pierdolona małolata, którą z Grecją łączyło tylko tyle, że miała kompleks Elektry i sukienkę w kolorze brzoskwiń z tamtejszych sadów, pierdoliła mu o swoim pierdolonym starym, tak, że nie mógł skupić się na odczytaniu intencji Lestrange'a, a jakby na domiar złego, jego trzecie oko zaczynało odpierdalać. Zdecydował się zignorować wszystkie jej pytania.
– Znam – rzucił beznamiętnie. W taki sam sposób wypowiadał słowo ”Cesarz”, kiedy ten objawiał mu się w rozkładach tarota: oschle, jakby z lekkim ociąganiem, ale też z powagą, pod którą skrywał się niechętny podziw. Czy nie siedział codziennie obok Morpheusa Longbottoma w ich zawalonym papierami biurze, czy nie rozmawiał z nim o swoich wizjach, o snach, o przepowiedniach? – Chyba. – Odpowiedział na pytanie dziewczyny zanim pomyślał. Miał przecież udawać Williama Lestrange’a, a William Lestrange obracał się w zupełnie innych kręgach niż Alexander Mulciber. Czy William pamiętałby w takiej chwili o swym dalekim kuzynie, Rodolphusie? – Nie, nie znam. – Uśmiechnął się nieszczerze, wbrew sobie niemalże, z trudem zmuszając mięśnie twarzy do posłuszeństwa: uprzejmy grymas, maska grzeczności, potrafił przecież grać, przekonywał się, potrafił udawać, że jest taki jak inni.
Patrzył na jej białą szyję, odchyloną rozkosznie, na gardło, które zapraszało, by musnąć je ustami w nieśmiałym pocałunku albo rozpłatać w krwiożerczym szale zębów. ”Czy ściany w Departamencie Tajemnic naprawdę są czarne?” Wyobraził sobie ściany wzniesione z wyszlifowanych do połysku skał wulkanicznych zamykające się zazdrośnie wokół niewymownych, gotowych poświęcić życie badaniu popiołów dawno już wygasłych snów. Tak, chciał powiedzieć, jak starogrecka urna, pelike w stylu czarnofigurowym. Powinien tam zostać, zamknąć oczy i po omacku kluczyć między półkami, na których przechowywano przepowiednie – tak jak wcześniej kluczył poirytowany w tłumie gości weselnych – powinien dać się pochować w tej czarnej urnie. Tam mógłby być sam, za towarzyszy mając jedynie własne, czarne myśli, ale wybrał to przeklęte wesele – czarne wesele – czarniejsze niż pogrzeb jego ojca, który w testamencie zażyczył sobie cygańskiego pochówku.
Dziś po raz pierwszy od jego śmierci wróżył z tafli lustra.
Matka powiedziała mu kiedyś, że wróżbici boją się zaglądać w zwierciadło, bo to wymaga spojrzenia nie tyle poza taflę lustra, co poza samego siebie. Wędrujesz wtedy poza swoje ciało, mówiła, a my, Cyganie – my mamy wędrówkę we krwi. Zanim postradała zmysły, sama chętnie siadywała przed swoim potrójnym zwierciadłem, ustawionym tak, że odbijała się w nim nieskończoność: czarna, połyskliwa tafla przywoływała do siebie zafascynowanego Alexandra, który gotów był przysiąc, że lustro zaprasza go, by w nie spojrzał. Ale matka zasłaniała zwierciadło atłasową płachtą, a kiedy prosił ją, by nauczyła go wróżyć, tylko kręciła głową. Tak łatwo się zagubić w lustrzanej otchłani, tłumaczyła. Tak łatwo ulec pokusie zagubienia samego siebie. Alexander nie rozumiał jej przestróg. Czarna tafla zwierciadła niczym nie różniła się dla niego od czarnej tafli jeziora, nad które często chodził się kąpać latem. Wypływał daleko od brzegu, na sam środek akwenu, brał głęboki oddech i zanurzał się w ciemną toń: im głębiej nurkował, tym silniej odczuwał ciśnienie wody. Nie była to nieprzyjemna sensacja, nie: Alexander rozkoszował się szumem krwi w uszach, ogłuszającym echem podwodnej ciszy i samotnością. Pamiętał lato, kiedy pobił swój własny rekord we wstrzymywaniu oddechu pod wodą. Tamtego lata poznał też tajniki katoptromancji. Wróżenie ze zwierciadła szybko stało się jego ulubioną techniką dywinacyjną. Inni wróżbici bali się zagubić duszę w lustrzanej otchłani, ale nie Alexander. Alexander bał się, że ją tam znajdzie. Nie był gotowy na widok tego szkaradztwa.
Teraz jednak, kiedy patrzył w lśniące złotem oczy tańczącej z nim dziewczyny – bogato zdobiona rama lustra, w którym mógł się przejrzeć – nie widział nic. Inni wróżbici bali się zagubić duszę w lustrzanej otchłani, ale jak można zgubić coś, co dawno już się utraciło? Kim jestem, pomyślał – nic nie odbija się w lustrze – sądził kiedyś, że wie, ale teraz nie był tego taki pewien.
Kim był Alexander Mulciber? Zrzucił dzisiaj to imię z taką samą łatwością, z jaką zdejmował maskę Śmierciożercy po skończonym zadaniu, przemienił się jak Odyseusz dzięki błogosławieństwu Ateny: przywdział skórę Peregrinusa Trelawneya, ukradł twarz Williama Lestrange, i nie czuł w związku z tym żadnych emocji. Może nie miał już duszy. Może umarł we Francji.
Kim był bowiem Odyseusz? Mitem zaledwie – człowiekiem, którego podróż nic nie znaczyła. Nie powrócił przecież zwycięski. Nie powrócił jako bohater. Turbulencje, którymi było wypełnione było jego życie były igraszką bogów. Czy Alexander Mulciber był wypowiedzianymi przez siebie przepowiedniami, których znaczenia nigdy nie rozumiał? Uzależnieniem, które zabrało mu resztki wolnej woli? Morderstwem, którego nie popełnił? Czy był zawiedzionymi nadziejami swoich rodziców? Wiecznym "co by było gdyby" ukochanej?
Był nikim, jak Odyseusz.
Zostały mu tylko pytania. “Czy gdzieś da się radę lepiej wieszczyć niż w Grecji?” “Chcesz mnie zerżnąć na parkiecie, tak, żeby mój ojciec widział?” “Czy ściany w Departamencie Tajemnic naprawdę są czarne?”
– Mówią, że ściany Departamentu Tajemnic są czarniejsze od skrzydeł kruka – rzucił – tak czarne jak krew Blacków, pomyślał, wyobrażając sobie, jak wykrwawia Louvaina, a potem zrywa z Ambrosii sukienkę zroszoną jego posoką – i potężniejsze od skrzydeł ptaka Charany, który unosi pośród mroków nocy trzy mary, Ursitorie, decydujące o ludzkich losach. – Nie wiedział, dlaczego jej o tym mówił. Nie wiedział, dlaczego odpowiadał na pytania, które dawno już odeszły w niepamięć – pytania, które sam na początku zignorował, odpychając je z taką samą intensywnością, z jaką teraz przyciskał do siebie to słodkie dziewczę – nawet nie postawił żadnej pauzy po poprzedniej wypowiedzi, tej, gdzie jeszcze chwytał się pozorów normalności: kiedy raz zaczął mówić, nie potrafił się zatrzymać. – Romskie Ursitorie. Greckie Mojry. Rzymskie Parki. Nordyckie Norny. Słowiańskie Rodzanice. Zawsze są trzy – do trzech razy sztuka do trzech razy sztuka do trzech razy sztuka – dobra, zła, i ta pomiędzy. – Alexander był jak w transie, z pustymi, niewidzącymi oczami, zapatrzonymi w przestrzeń gdzieś ponad ramieniem kobiety. Obrócił nią w tańcu, senną muzą, inspirującą w swej powolności do ciągnięcia mitologicznej opowieści. Nie słyszał muzyki, nie słyszał rozmów dookoła, tylko wolne bicie swojego serca; był na dnie jeziora, był po drugiej stronie lustra, był gdzieś daleko – poza czasem i przestrzenią. – Zawsze przychodzą trzeciej nocy po narodzinach dziecka, by zdecydować o jego przyszłości. Matka szepcze im na ucho imię, które wybrała dla dziecka – jego prawdziwe imię – imię trzymane w tajemnicy przed wszystkimi, dopóki dziecko nie uzyska pełnoletniości, i nie zdecyduje się sięgnąć po swoje przeznaczenie. – Obojętny ton. Twarz bez wyrazu. Słowa cedzone wolno, ale nieubłagalnie. Oczy, które patrzyły na nią i poza nią. – Wierzymy, że imiona mają moc. Jeżeli nie znasz swojego imienia – jeżeli nie znasz samego siebie – jaką masz władzę nad swoim losem? Jeżeli nie wiesz, kim jesteś, skąd masz wiedzieć, kim powinieneś być?
Może dlatego nie potrafił przestać się błąkać po świecie, zagubiony, może dlatego nie wiedział teraz, kim właściwie był: matka nigdy nie powiedziała mu, jakie imię wyszeptała nad jego kołyską. Szukał jej niesionego wiatrem szeptu we wszystkich zakątkach świata, zamiast usłuchać tego, który zawsze był tuż obok – tuż przy jego uchu.
Powinien usłuchać szeptu Ambrosii.
Bo kiedy był obok niej, był przecież najbardziej sobą. Kiedy razem pracowali nad nowym projektem, każde w swoim kącie pokoju; kiedy podróżowali, zmieniając codziennie miejsce zamieszkania, ale nie swoją słodką rutynę; kiedy porozumiewali się ze sobą spojrzeniami, bez zbędnych słów; kiedy rozmawiali, o rzeczach istotnych, i o tych pozbawionych znaczenia.
Nie, pomyślał wściekle, nie chciał słuchać jej szeptu. Kto wie, co szeptała na ucho pierdolonemu Lestrange’owi? Czy nocami szeptała jego imię, tak jak kiedyś szeptała czule “Alexander”, z ręką zaplątaną we włosach w prostej pieszczocie?
Poczuł dziwne pieczenie pod powiekami. Zamrugał gwałtownie.
– Nie – powtórzył, wyrwany z upiornego zamroczenia – opuścił wymiar lustra, odzyskując kontrolę: znowu słyszał dźwięki rozgrywającego się dookoła przyjęcia weselnego czuł ciężar kobiety w swoich ramionach i woń jej perfum, która była szczególnie intensywna w zagłębieniu szyi – nie sądzę, żebym znał w Departamencie Tajemnic kogokolwiek – a tym bardziej twojego ojca. Zresztą, czy można tak naprawdę poznać drugiego człowieka? – zaśmiał się, śmiechem pozbawionym wesołości. Może nigdy tak naprawdę jej nie znał, pomyślał, odwracając wzrok od Ambrosii i Louvaina, tak jak nie znał siebie. – Ważne, że on zna samego siebie – zapewnił ją żarliwie. – To ważne. Tak. To najważniejsze. – Zacisnął zęby. Bredził. Ale teraz było za późno by się cofnąć wszystkie słowa, jakie padły. Brnął dalej, nie zamierzając przyznawać się do słabości. – Jak się nazywa?
Wreszcie na nią spojrzał.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat