16.09.2024, 20:19 ✶
Przyjęła chusteczkę bez cienia zająknięcia czy niezgody, ale wzdrygnęła się na dalsze słowa Brenny. Rodzina Trelawney była specyficzna. Była obłąkana. Co mogło wyjść zdrowego z połączenia szalonych, wiecznie na służbie Moodych z jeszcze bardziej szalonymi wiecznie w innym świecie Trelawneyów? Alastor. Cała reszta genetycznej puli przypadła jej.
Skuliła się niechętna tej rozmowie, gdy już zgarnęła wilgoć z oczu, podobnie jak całą maskę buty i pewności siebie. Była złamana. Była nieszczęśliwa. Była o krok, od przytulenia Ciemności, nic-nie-nigdy-istnienia, które wciąż pozostawało na granicy widzenia, na wyciągnięcie ręki.
– Nawet Szeptucha nie powie mi jak mam być normalna Bren. Nie powie jak mam wydorośleć, jak mam ogarnąć dupę, kurs, albo nie wiem, decyzję o tym, żeby rzucić mundur w diabły i zająć się... czymś innym. – Malarstwo? Mrzonki. Wróżbiarstwo? Opium dla mas. Quidditch? Była już za stara, by zachwycać swoją brawurą. Małżeństwo. Kto by ją chciał? – Ale... ale może masz racje. Zawsze lepiej, zawsze lepiej wiedzieć co nie? Co widzisz i dlaczego. Oddzielić co śpiewa Selkie, co podpowiadają omeny, co jest z Limbo nałożonego na naszą tkankę a co... co jest inne. – Była już w tym całkiem niezła. Tylko dlaczego Morpheus pachniał spalenizną ostatnio? – M...mogłabym zapytać mojego kuzyna, on...jego ojciec, e... no... on robi nadal w zawodzie, naszym... rodzinnym. – dukała głośno się zastanawiając. – Mógłby pójść ze mną. Jest bardzo... bardzo troskliwy, jeśli go poproszę.
Pamiętała czerń wody swojego Umiarkowania, anioła o czarnych jak sadza lokach. Wolałaby iść z Alastorem, wiedziała jednak że spotkania z Szeptuchą mogą przebiegać różnie, a brat nie pozwoli jej odejść. Peregrinus też był mocno niechętny tej wizji, Mildred wierzyła jednak, że w chwili próby okazałby się tchórzem i nie tracił grama życia dla takiego śmiecia jak ona. Alastor z kolei... On musiał żyć. Z nią czy bez niej.
Odetchnęła i bez słowa sięgnęła po jakieś smarowidło, tłuszcz, którym łatwiej będzie jej wsadzić suche pieczywo w przełyk.
– Pojebane to wszystko wiesz. Ale świat teraz, jest światem jaki znam lepiej. Nie wiem czy to dobrze dla Was. Nie wiem czy to dobrze dla kogokolwiek – dodała w przerażającym stoicyzmie, bardzo powoli, siłą woli hamując drżenie rąk i barków. Nie zamierzała odstawiać tu szopki. Ciało próbowało ją zdradzić, ale łzy musiały mu wystarczyć, by zrzucić napięcie. By strzepnąć czarny jęzor owijający się wokół nadgarstka.
Skuliła się niechętna tej rozmowie, gdy już zgarnęła wilgoć z oczu, podobnie jak całą maskę buty i pewności siebie. Była złamana. Była nieszczęśliwa. Była o krok, od przytulenia Ciemności, nic-nie-nigdy-istnienia, które wciąż pozostawało na granicy widzenia, na wyciągnięcie ręki.
– Nawet Szeptucha nie powie mi jak mam być normalna Bren. Nie powie jak mam wydorośleć, jak mam ogarnąć dupę, kurs, albo nie wiem, decyzję o tym, żeby rzucić mundur w diabły i zająć się... czymś innym. – Malarstwo? Mrzonki. Wróżbiarstwo? Opium dla mas. Quidditch? Była już za stara, by zachwycać swoją brawurą. Małżeństwo. Kto by ją chciał? – Ale... ale może masz racje. Zawsze lepiej, zawsze lepiej wiedzieć co nie? Co widzisz i dlaczego. Oddzielić co śpiewa Selkie, co podpowiadają omeny, co jest z Limbo nałożonego na naszą tkankę a co... co jest inne. – Była już w tym całkiem niezła. Tylko dlaczego Morpheus pachniał spalenizną ostatnio? – M...mogłabym zapytać mojego kuzyna, on...jego ojciec, e... no... on robi nadal w zawodzie, naszym... rodzinnym. – dukała głośno się zastanawiając. – Mógłby pójść ze mną. Jest bardzo... bardzo troskliwy, jeśli go poproszę.
Pamiętała czerń wody swojego Umiarkowania, anioła o czarnych jak sadza lokach. Wolałaby iść z Alastorem, wiedziała jednak że spotkania z Szeptuchą mogą przebiegać różnie, a brat nie pozwoli jej odejść. Peregrinus też był mocno niechętny tej wizji, Mildred wierzyła jednak, że w chwili próby okazałby się tchórzem i nie tracił grama życia dla takiego śmiecia jak ona. Alastor z kolei... On musiał żyć. Z nią czy bez niej.
Odetchnęła i bez słowa sięgnęła po jakieś smarowidło, tłuszcz, którym łatwiej będzie jej wsadzić suche pieczywo w przełyk.
– Pojebane to wszystko wiesz. Ale świat teraz, jest światem jaki znam lepiej. Nie wiem czy to dobrze dla Was. Nie wiem czy to dobrze dla kogokolwiek – dodała w przerażającym stoicyzmie, bardzo powoli, siłą woli hamując drżenie rąk i barków. Nie zamierzała odstawiać tu szopki. Ciało próbowało ją zdradzić, ale łzy musiały mu wystarczyć, by zrzucić napięcie. By strzepnąć czarny jęzor owijający się wokół nadgarstka.