16.09.2024, 21:50 ✶
O c z y w i ś c i e, że nie potrzebowała rycerza, wbrew temu, co myślał sobie Anthony Borgin. Złamała nos Owensowi? Złamała. Czy Tony dałby radę złamać mu nos? Brenna wątpiła, ot co, może mając w niego za mało wiary, ale w jej oczach to Anthony jednak był komornikiem, nie ulicznym wojownikiem, i nie byłoby w tym absolutnie nic złego, póki nie próbował komuś wmawiać, że ona ma być uwięzioną w wieży księżniczką czy coś takiego.
Na całe szczęście, na tym etapie nic o tym wszystkim nie wiedziała.
A złamanie nosa Owensowi było cholernie, cholernie satysfakcjonujące, i Brenna prawdopodobnie próbowałaby uderzyć po raz kolejny, choć wcale nie musiała, ot za dzieciaki, gdyby nie dopadł do nich Atreus. O ile wampir mógł próbować wyrwać się jej, bo niby był ranny, ale jej ręka teraz też nie funkcjonowała w stu procentach tak dobrze, jak powinna, o tyle kiedy pojawił się i auror, nie miał większych szans. I gniew trochę opadł, a może tylko u Brenny włączyły się wyuczone na szkoleniach i podczas akcji odruchy. Wydobyła z kieszeni poranioną ręką kajdanki, a potem zatrzasnęła je na nadgarstkach Billy’ego Owensa.
– Dranie. Jebane dranie. Zapłacicie… – zaczął Owens, ale tym razem Brenna nie miała cierpliwości. Knebel, który jeszcze nie zdążył zniknąć, znów znalazł się w jego ustach. Prawie się cieszyła, że ją pogryzł. Łatwiej było pamiętać o ranach Jessiego, bladej twarzy jego ofiary, roztrzęsionym głosie, którym opowiadano Brennie o ataku.
– Teleportujesz się z nim? – spytała, bo wolałaby się rozproszona przez ból nie rozczepić. Rozglądała się, upewniając, że w zasięgu wzroku nie widać żadnego mugola, a ich szarpanina wywołała co najwyżej zainteresowanie jakiegoś przypadkowego zwierzaka, który spojrzał na nich ze swojego wybiegu. Za dnia z pewnością były tu tłumy, ale teraz… zapadł już zmierzch. Nie oznaczało to jednak, że mogli czuć się bezpieczni. – Prawa lepiej odczytać już w Ministerstwie.
Bo tutaj wciąż podświadomie oczekiwała, że jednak znikąd wyskoczy wycieczka przedszkolaków, która dostała specjalne zezwolenie na przybycie do Zoo poza oficjalnymi godzinami otwarcia, tak żeby pooglądać zwierzątka w nocy, bo to będzie najlepsza na to pora.
Deszcz wciąż uderzał o ziemię, zamieniając glebę w błoto, przesiąkając przez ubranie, mocząc włosy, zmywając krew z twarzy Billy’ego, nasiąkając rękaw Brenny, mieszając się z czerwienią krwi.
Na całe szczęście, na tym etapie nic o tym wszystkim nie wiedziała.
A złamanie nosa Owensowi było cholernie, cholernie satysfakcjonujące, i Brenna prawdopodobnie próbowałaby uderzyć po raz kolejny, choć wcale nie musiała, ot za dzieciaki, gdyby nie dopadł do nich Atreus. O ile wampir mógł próbować wyrwać się jej, bo niby był ranny, ale jej ręka teraz też nie funkcjonowała w stu procentach tak dobrze, jak powinna, o tyle kiedy pojawił się i auror, nie miał większych szans. I gniew trochę opadł, a może tylko u Brenny włączyły się wyuczone na szkoleniach i podczas akcji odruchy. Wydobyła z kieszeni poranioną ręką kajdanki, a potem zatrzasnęła je na nadgarstkach Billy’ego Owensa.
– Dranie. Jebane dranie. Zapłacicie… – zaczął Owens, ale tym razem Brenna nie miała cierpliwości. Knebel, który jeszcze nie zdążył zniknąć, znów znalazł się w jego ustach. Prawie się cieszyła, że ją pogryzł. Łatwiej było pamiętać o ranach Jessiego, bladej twarzy jego ofiary, roztrzęsionym głosie, którym opowiadano Brennie o ataku.
– Teleportujesz się z nim? – spytała, bo wolałaby się rozproszona przez ból nie rozczepić. Rozglądała się, upewniając, że w zasięgu wzroku nie widać żadnego mugola, a ich szarpanina wywołała co najwyżej zainteresowanie jakiegoś przypadkowego zwierzaka, który spojrzał na nich ze swojego wybiegu. Za dnia z pewnością były tu tłumy, ale teraz… zapadł już zmierzch. Nie oznaczało to jednak, że mogli czuć się bezpieczni. – Prawa lepiej odczytać już w Ministerstwie.
Bo tutaj wciąż podświadomie oczekiwała, że jednak znikąd wyskoczy wycieczka przedszkolaków, która dostała specjalne zezwolenie na przybycie do Zoo poza oficjalnymi godzinami otwarcia, tak żeby pooglądać zwierzątka w nocy, bo to będzie najlepsza na to pora.
Deszcz wciąż uderzał o ziemię, zamieniając glebę w błoto, przesiąkając przez ubranie, mocząc włosy, zmywając krew z twarzy Billy’ego, nasiąkając rękaw Brenny, mieszając się z czerwienią krwi.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.