17.09.2024, 01:18 ✶
Całkowicie puścił mimo uszu jej słowa na temat urazu, którego mógłby się nabawić, było z nim okej, a przynajmniej teraz jak adrenalina uderzyła mu do głowy po tym wszystkim. Nie mógł ot tak odpuścić i pozwolić, żeby wybrała te "bezpieczną" opcję.
- Ale to nie ty rzucałaś na nich te klątwę, to nie na twoich barkach spoczywa odpowiedzialność, za to co się z nimi stało. Czy przymuszałaś ich, zebry szli wtedy z tobą? Wątpię - Thomas w swojej naiwności nie podejrzewał o coś takiego Fiery wydawała mu się zbyt dobra, jak na coś takiego. Może i miał ograniczone zaufanie do obcych, ale zdążył już nieco poznać pannę Bell, podczas ich dwóch długich rozmową jakieś tam zdolności obserwacji ludzi posiadał.
- Nie zamierzam nikogo nastawiać przeciwko sobie, ale weź pod uwagę ich zdanie. Rozumiem twoje obawy i niechęć do ryzyka, bo czujesz się odpowiedzialna za braci i musisz ich chronić skoro jako jedyna zachowałaś ludzką postać - przetarł twarz dłonią, był tak zaaferowany próbą przekonania kobiety, ze zaczynał mówić nieco głośniej niż zwykle, by go szlag, musiał się uspokoić. - Nie mówię, że masz teraz w tej chwili decydować się w ciemno, chodzi mi tylko, żebyś nie odrzucała tej możliwości. Chcę tylko, żebyś wzięła pod uwagę również zdanie swoich braci, myślisz, że oni chcą pozostać w takiej formie? Kiedy nie mogą z tobą porozmawiać, przytulić? - popatrzył na dwójkę lwów o których toczyli rozmowę i w końcu wpadł na coś, co być może ułatwiłoby im to wszystko.
Uniósł dłoń w górę, jakby chciał zrobić przerwę w ich dyskusji.
- Dlatego proszę cię, nie odrzucaj pomocy i nie zamykaj ich w złotej klatce, żeby tylko dożyli sędziwej starości jako lwy, bo będą żyć dłużej, ale nie tyle co ludzie. Zróbmy tak - przysunął się do niej i delikatnie spróbował ująć jej dłonie w swoje, aby na niego spojrzała i wysłuchała. - Pozwól mi prowadzić badania, jeżeli tylko oni wyrażą zgodę - wskazał głową na braci Fiery. - A kiedy będę gotowy pojawię się razem z Pazurem i będziesz mogła odbyć rozmowę z Leo i Theo za jego pomocą jako tłumacza. Proszę zgódź się, nie odrzucaj nadziei - jeszcze raz poprosił ją z całą mocą, nie mógł się pogodzić z tym, że ktoś porzucał opcję, która mogła przynosić szczęście.
- Ale to nie ty rzucałaś na nich te klątwę, to nie na twoich barkach spoczywa odpowiedzialność, za to co się z nimi stało. Czy przymuszałaś ich, zebry szli wtedy z tobą? Wątpię - Thomas w swojej naiwności nie podejrzewał o coś takiego Fiery wydawała mu się zbyt dobra, jak na coś takiego. Może i miał ograniczone zaufanie do obcych, ale zdążył już nieco poznać pannę Bell, podczas ich dwóch długich rozmową jakieś tam zdolności obserwacji ludzi posiadał.
- Nie zamierzam nikogo nastawiać przeciwko sobie, ale weź pod uwagę ich zdanie. Rozumiem twoje obawy i niechęć do ryzyka, bo czujesz się odpowiedzialna za braci i musisz ich chronić skoro jako jedyna zachowałaś ludzką postać - przetarł twarz dłonią, był tak zaaferowany próbą przekonania kobiety, ze zaczynał mówić nieco głośniej niż zwykle, by go szlag, musiał się uspokoić. - Nie mówię, że masz teraz w tej chwili decydować się w ciemno, chodzi mi tylko, żebyś nie odrzucała tej możliwości. Chcę tylko, żebyś wzięła pod uwagę również zdanie swoich braci, myślisz, że oni chcą pozostać w takiej formie? Kiedy nie mogą z tobą porozmawiać, przytulić? - popatrzył na dwójkę lwów o których toczyli rozmowę i w końcu wpadł na coś, co być może ułatwiłoby im to wszystko.
Uniósł dłoń w górę, jakby chciał zrobić przerwę w ich dyskusji.
- Dlatego proszę cię, nie odrzucaj pomocy i nie zamykaj ich w złotej klatce, żeby tylko dożyli sędziwej starości jako lwy, bo będą żyć dłużej, ale nie tyle co ludzie. Zróbmy tak - przysunął się do niej i delikatnie spróbował ująć jej dłonie w swoje, aby na niego spojrzała i wysłuchała. - Pozwól mi prowadzić badania, jeżeli tylko oni wyrażą zgodę - wskazał głową na braci Fiery. - A kiedy będę gotowy pojawię się razem z Pazurem i będziesz mogła odbyć rozmowę z Leo i Theo za jego pomocą jako tłumacza. Proszę zgódź się, nie odrzucaj nadziei - jeszcze raz poprosił ją z całą mocą, nie mógł się pogodzić z tym, że ktoś porzucał opcję, która mogła przynosić szczęście.