Skoro każdy mógł się stąd aportować i uciec ze strefy zagrożenia, dlaczego walki nie tylko trwały, ale nasilały się z każdą minutą? Może i wszystko zaczęło się od jakiegoś nieszczęśliwego przypadku czy zbiegu okoliczności, ale teraz zamieszki były już napędzane przez wzajemną nienawiść i zajadłość. Mówią, że człowiek jest zwierzęciem stadnym i teraz takie właśnie stado ludzi kotłowało się bez sensu, narażając wszystkich dookoła. Czy Peregrin mógł to powstrzymać? Absolutnie nie. Teraz każdy odpowiadał za siebie i... może za osobę obok siebie? Gdy dziewczyna dała sobie pomóc, nie zawahał się ani na moment, wszystko działo się zbyt szybko. Po kilku chwilach byli już w bocznej uliczce, a McGonagall starał się ogarnąć, co tu się tak właściwie dzieje. Spojrzał na jej twarz z krwawiącym nosem. Nie wyglądało na to, aby odniosła jakieś poważne rany, chociaż oczywiście nie dodawało jej to uroku. Zauważyłby, że była nawet ładna, gdyby tylko były to jakieś inne, bardziej sprzyjające okoliczności.
- Jestem Peregrin, z Ministerstwa. - Odparł na jej podziękowanie, nie skupiając się już na niej i jej obrażeniach, skoro rzekomo wszystko było w porządku. Nie tracił jej co prawda z oczu, ale wyglądał już poza boczną alejkę, w której wylądowali, starając się ocenić sytuację chłodnym okiem.
- Niebywałe. Ludzie to idioci. - Powiedział do niej, gdy tłum w ich części trochę zelżał. W oku tego cyklonu nadal jednak trwała burza i chyba dopiero brygada uderzeniowa będzie musiała siłą rozpędzić towarzystwo. Co on miałby w tym czasie robić? Był bezpieczny tam gdzie stał. Nie widział sensu w wyjściu z powrotem na ulicę i nawoływaniu do wzajemnego szacunku i pokoju na świecie. Tak to już jednak było, że jeśli Mahomet nie chciał przyjść do Góry, to Góra przyszła do niego, a raczej na niego wpadła.
Oczywiście, że nie był z blond pięknością sam w zacisznej uliczce. Wokół panował chaos i większość ludzi, którzy wpadali tu za nimi od razu aportowało się z dala od tego zamieszania. Tak pewnie zrobiłby to również jeden z młodzieńców, który zziajany pojawił się między budynkami, jednak w dłoni trzymał złamaną różdżkę. To tłumaczyło prawie wszystko, ale wyglądało na to, że to dopiero początek jego problemów. Zaraz za nim, w uliczce pojawiło się bowiem dwóch innych mężczyzn. Ci byli już dużo lepiej zbudowani i wyraźnie skupieni na tym, aby temu pierwszemu uprzykrzyć życie. Peregrin razem z nieznajomą byli więc świadkami krótkiej sceny, gdy młody został dopadnięty, a raczej napadnięty i przyparty do muru. Nie został zaatakowany czarami, lecz w tradycyjny i niemagiczny sposób.
- I co śmieciu? Kto jest teraz rasą panów?! - Krzyczeli mu nad głową, kopiąc leżącego. Wydawało się, że chudzielec nie ma zbyt wiele szans, aby wyjść z tego cało, chyba że ktoś przyjdzie mu z odsieczą.
- Panowie! Panowie! - Peregrin zareagował może nie od razu, ale wciąż była nadzieja, że nie za późno.
- On ma już chyba dość! - Podbiegł do tej małej scenki i próbował interweniować, jednak na razie bez sukcesów.