17.09.2024, 09:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.09.2024, 09:53 przez Brenna Longbottom.)
– W tym problem, że nie wiem. Nie chodzi o to, że nie mogę mówić, ale że niewiele wiemy. Widziałam cień, który zwrócił moją uwagę, bo… jakby nie miało co go rzucać. Potem znikł. Ale… hm… – Brenna zawahała się i przygryzła kciuka. – Cholera, może to ktoś spokrewniony z Rookwoodami? Zakładałam, że nie zbliża się fizycznie do ofiary, ale to by wyjaśniało, dlaczego nie zobaczył go nawet aurowidz.
Atakował na pewno w snach, umiał w jakiś sposób je kształtować, rzadki rodzaj magii. Założyła, że nie musiał być w pobliżu ofiary fizycznie, ale może było inaczej – ale chował się w taki sam sposób, w jaki robił to Charlie?
Odsunęła od siebie te przemyślenia, chwilowo na potem, skupiając się na tym drugim aspekcie rozmowy. Co jeśli odmówi?
– Wtedy nie będzie kolejnych próśb – odparła wprost. Nie byli śmierciożercami. Nie zabijali za nielojalność, nie zmuszali siłą do współpracy, przynajmniej jeszcze tego nie robili: chociaż Brenna bała się, do czego doprowadzi kolejne Beltane także w tym sensie, że być może oni będą gotowi posuwać się coraz dalej i dalej. Wojna już malowała ich szarością: prędzej czy później mogła ubrudzić czernią. – Ani żadnych więcej informacji. Dalej będziesz mógł tu mieszkać, dalej będziesz mógł prosić o pomoc, ale nie zostaniesz w nic włączony. Wykonujemy rozkazy i ktoś, kto odmawia ich wykonania, jest za dużym ryzykiem w jakichkolwiek działaniach.
Gdyby postanowił odejść z całą tą swoją wiedzą, ujawnić się światu, wrócić do rodziny, dostosować się do wymagań, jakie miały czystokrwiste, konserwatywne rody wobec swoich dziedziców, też by mu na to pozwoliła, ale zapewne to jego pamięć zostałaby wyczyszczona, bo... inaczej zginęliby za nim jeśli nie wszyscy, to spora część z nich. Ale w tym wypadku właśnie Brenna wątpiła, by to było opcją: posłano w końcu za nim śmierciożerców, a brat zginął próbując ochronić jego i jego partnerkę. Śmierciożercy nie wydawali się jej ludźmi, którzy darowaliby coś takiego.
– Jeśli nie czujesz się na siłach wziąć udziału w jakimś zadaniu i powiesz o tym wcześniej, masz do tego prawo, znajdziemy kogoś innego, a ty zajmiesz się czymś innym. Lepiej, żebyś to zrobił niż choćby... pchał się z nami do jakichś podziemi, jeżeli masz ostrą klaustrofobię. Nikt nie będzie miał o to pretensji. Ale jeżeli odmówisz w krytycznej sytuacji, po prostu nie przyjdziemy do ciebie znowu.
Nie była urażona, że pytał. Miał prawo do pytań, biorąc pod uwagę, w co chciał się włączyć. I ze względu na to, z jakiej rodziny pochodził. Brenna miała wrażenie, że u Rookwoodów nie przyjmowano dobrze odmowy, a jego brata, za odmowę wykonania zadania, spotkała śmierć.
Ale oni nie mogli też współpracować z ludźmi, którzy uznaliby na przykład, że włamanie do domu potencjalnego śmierciożercy jest niegodne albo że nie zmodyfikują pamięci komuś, kto planował ujawnić informacje mogące doprowadzić do czyjejś śmierci.
Zsunęła wzrok na książkę, jakby zapomniała o niej, gdy wspomniał o samej Diunie.
– Drugi – powiedziała. Nie wpadła w histerię na myśl o niemagicznym Londynie, bo cóż, wolałaby, żeby tego nie robił, ale chłopak miał nową twarz, a czystokrwiści rzadko tam chadzali, przynajmniej ci wspierający śmierciożerców. – Możesz pożyczać moje książki, jeśli chcesz.
Atakował na pewno w snach, umiał w jakiś sposób je kształtować, rzadki rodzaj magii. Założyła, że nie musiał być w pobliżu ofiary fizycznie, ale może było inaczej – ale chował się w taki sam sposób, w jaki robił to Charlie?
Odsunęła od siebie te przemyślenia, chwilowo na potem, skupiając się na tym drugim aspekcie rozmowy. Co jeśli odmówi?
– Wtedy nie będzie kolejnych próśb – odparła wprost. Nie byli śmierciożercami. Nie zabijali za nielojalność, nie zmuszali siłą do współpracy, przynajmniej jeszcze tego nie robili: chociaż Brenna bała się, do czego doprowadzi kolejne Beltane także w tym sensie, że być może oni będą gotowi posuwać się coraz dalej i dalej. Wojna już malowała ich szarością: prędzej czy później mogła ubrudzić czernią. – Ani żadnych więcej informacji. Dalej będziesz mógł tu mieszkać, dalej będziesz mógł prosić o pomoc, ale nie zostaniesz w nic włączony. Wykonujemy rozkazy i ktoś, kto odmawia ich wykonania, jest za dużym ryzykiem w jakichkolwiek działaniach.
Gdyby postanowił odejść z całą tą swoją wiedzą, ujawnić się światu, wrócić do rodziny, dostosować się do wymagań, jakie miały czystokrwiste, konserwatywne rody wobec swoich dziedziców, też by mu na to pozwoliła, ale zapewne to jego pamięć zostałaby wyczyszczona, bo... inaczej zginęliby za nim jeśli nie wszyscy, to spora część z nich. Ale w tym wypadku właśnie Brenna wątpiła, by to było opcją: posłano w końcu za nim śmierciożerców, a brat zginął próbując ochronić jego i jego partnerkę. Śmierciożercy nie wydawali się jej ludźmi, którzy darowaliby coś takiego.
– Jeśli nie czujesz się na siłach wziąć udziału w jakimś zadaniu i powiesz o tym wcześniej, masz do tego prawo, znajdziemy kogoś innego, a ty zajmiesz się czymś innym. Lepiej, żebyś to zrobił niż choćby... pchał się z nami do jakichś podziemi, jeżeli masz ostrą klaustrofobię. Nikt nie będzie miał o to pretensji. Ale jeżeli odmówisz w krytycznej sytuacji, po prostu nie przyjdziemy do ciebie znowu.
Nie była urażona, że pytał. Miał prawo do pytań, biorąc pod uwagę, w co chciał się włączyć. I ze względu na to, z jakiej rodziny pochodził. Brenna miała wrażenie, że u Rookwoodów nie przyjmowano dobrze odmowy, a jego brata, za odmowę wykonania zadania, spotkała śmierć.
Ale oni nie mogli też współpracować z ludźmi, którzy uznaliby na przykład, że włamanie do domu potencjalnego śmierciożercy jest niegodne albo że nie zmodyfikują pamięci komuś, kto planował ujawnić informacje mogące doprowadzić do czyjejś śmierci.
Zsunęła wzrok na książkę, jakby zapomniała o niej, gdy wspomniał o samej Diunie.
– Drugi – powiedziała. Nie wpadła w histerię na myśl o niemagicznym Londynie, bo cóż, wolałaby, żeby tego nie robił, ale chłopak miał nową twarz, a czystokrwiści rzadko tam chadzali, przynajmniej ci wspierający śmierciożerców. – Możesz pożyczać moje książki, jeśli chcesz.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.