17.09.2024, 15:49 ✶
– Na pewno nie jesteś moim zaginionym bratem? – zażartowała Brenna, bo cóż, ona jedzenia… dobra, odmawiała, ale tylko kiedy nie do końca ufała tym, którzy je podają. A akurat wątpiła, aby w mugolskiej, chińskiej restauracji dosypywano do napojów albo makaronu veritaserum czy wywaru żywej śmierci. – Czytałeś Hobbita? – spytała, zamierając na moment i spoglądając na niego z zaskoczeniem. Nie spodziewała się tego, bo mugolska literatura nie była szczególnie popularna wśród czarodziejów, ani tych czystej krwi, ani półkrwi. Sama Brenna zakochała się w niej z powodu Thomasa Hardwicka, któremu podebrała Władcę Pierści, a jej miłość do książek mogła w dużej mierze być powiązana z tym, w jaki sposób działało widmowidzenie… czy właśnie to umiłowanie opowieści skierowało jej postrzeganie ku przeszłości. – Jakim cudem do tej pory tego nie odkryłam? – spytała, a kąciki jej ust uniosły się w uśmiechu. – Znasz też Władcę Pierścieni? Ach… Triada. Okay. To teraz chyba powinnam zapytać, po czym rozpoznać Chińczyka, a po czym Japończyka, żebym wiedziała, na którą mafię natrafiłam?
Przy tych ostatnich słowach pochyliła się lekko ku niemu, i zniżyła głos, bo mimo wszystko mogło to nie zabrzmieć w uszach niektórych Azjatów zbyt miło. Ale problem polegał na tym, że Brenna nie była nigdy ani w Chinach, ani w Japonii, a jej kontakt z tymi pierwszymi ograniczał się do luźnej znajomości z Morganem i kojarzenia paru panien Chang, tych drugich zaś nie znała wcale. Chociaż zaiste, gdyby czekali tam w zakładzie członkowie Triady albo Yakuzy, to by się nigdy nie doczekali, bo Thomas chciałby wejść pierwszy, a Brenna nie chciałaby, żeby wchodził tam wcale, i skończyłoby się na tym, że pobiliby się przed drzwiami.
Nie skomentowała już tematu magicznych tatuaży, ponieważ znaleźli się w obecności mugola, zachęcającego do tych absolutnie niemagicznych. I o ile Brenna taki magiczny, mający te specjalne efekty mogłaby ewentualnie rozważyć, chociaż jakoś szczególnie jej nie ciągnęło, o teraz tylko po rozmowie uśmiechnęła się przepraszająco do wyraźnie rozczarowanego Azjaty.
– A jakie tatuaże miewają na plecach szefowie Yakuzy? – odszepnęła do Figga za to, gdy otwierała drzwi do sąsiedniego zakładu. – Myślę, że jednak sobie podaruję, zwłaszcza, że nie wiem, co miałabym wytatuować. Feniksa? Wilka?
Wzruszyła lekko ramionami. Nic innego poza tym – symbolem Zakonu i jej własnym avatarem, totem, zwierzęciem przewodniczym – nie przychodziło Brennie do głowy. Ale i nie czuła potrzeby, przynajmniej na razie, aby umieszczać te znaki na skórze, może dlatego, że dotąd nigdy o tym nie myślała. Po co jej wilczyca na dłoni, skoro nosiła ją już w duszy, i ta zawsze tkwiła pod skórą Brenny, gotowa do pojawienia się?
Zakład, na pierwszy rzut oka wyglądał… mugolsko. Roiło się tu od zegarów i jakichś tajemniczych mechanizmów, które być może rozpoznałby ktoś, kto lepiej znał się na nich albo na świecie mugolskim niż Brenna. Zadzwonił dzwonek i zza drzwi wyłonił się mężczyzna, Azjata, znacznie od tatuażysty starszy, posiwiały.
– Dzień dobry. Byliśmy umówieni na zakup części. Do eeee… takiego nietypowego mechanizmu – powiedziała Brenna, niepewna, czy na pewno ma do czynienia z właściwą osobą i nie wpadli na mugola. Mężczyzna zmierzył ją spojrzeniem, bardzo uważnym, a potem machnął bez słowa ręką, wskazując, by ruszyli z nim na zaplecze. – Hm – mruknęła Brenna. Nie, nie dlatego, że uznała, że tam będzie Triada, czekająca, by na nich napaść, a po prostu: że chyba nie dziwiła się tatuażyście, że uznał mężczyznę za trochę dziwnego. Najwyraźniej nie chodziło tylko o bycie czarodziejem. – Ty to wszystko oglądasz, ja się zupełnie nie znam – zastrzegła, zerkając na Thomasa, zanim ruszyła za właścicielem zakładu.
Przy tych ostatnich słowach pochyliła się lekko ku niemu, i zniżyła głos, bo mimo wszystko mogło to nie zabrzmieć w uszach niektórych Azjatów zbyt miło. Ale problem polegał na tym, że Brenna nie była nigdy ani w Chinach, ani w Japonii, a jej kontakt z tymi pierwszymi ograniczał się do luźnej znajomości z Morganem i kojarzenia paru panien Chang, tych drugich zaś nie znała wcale. Chociaż zaiste, gdyby czekali tam w zakładzie członkowie Triady albo Yakuzy, to by się nigdy nie doczekali, bo Thomas chciałby wejść pierwszy, a Brenna nie chciałaby, żeby wchodził tam wcale, i skończyłoby się na tym, że pobiliby się przed drzwiami.
Nie skomentowała już tematu magicznych tatuaży, ponieważ znaleźli się w obecności mugola, zachęcającego do tych absolutnie niemagicznych. I o ile Brenna taki magiczny, mający te specjalne efekty mogłaby ewentualnie rozważyć, chociaż jakoś szczególnie jej nie ciągnęło, o teraz tylko po rozmowie uśmiechnęła się przepraszająco do wyraźnie rozczarowanego Azjaty.
– A jakie tatuaże miewają na plecach szefowie Yakuzy? – odszepnęła do Figga za to, gdy otwierała drzwi do sąsiedniego zakładu. – Myślę, że jednak sobie podaruję, zwłaszcza, że nie wiem, co miałabym wytatuować. Feniksa? Wilka?
Wzruszyła lekko ramionami. Nic innego poza tym – symbolem Zakonu i jej własnym avatarem, totem, zwierzęciem przewodniczym – nie przychodziło Brennie do głowy. Ale i nie czuła potrzeby, przynajmniej na razie, aby umieszczać te znaki na skórze, może dlatego, że dotąd nigdy o tym nie myślała. Po co jej wilczyca na dłoni, skoro nosiła ją już w duszy, i ta zawsze tkwiła pod skórą Brenny, gotowa do pojawienia się?
Zakład, na pierwszy rzut oka wyglądał… mugolsko. Roiło się tu od zegarów i jakichś tajemniczych mechanizmów, które być może rozpoznałby ktoś, kto lepiej znał się na nich albo na świecie mugolskim niż Brenna. Zadzwonił dzwonek i zza drzwi wyłonił się mężczyzna, Azjata, znacznie od tatuażysty starszy, posiwiały.
– Dzień dobry. Byliśmy umówieni na zakup części. Do eeee… takiego nietypowego mechanizmu – powiedziała Brenna, niepewna, czy na pewno ma do czynienia z właściwą osobą i nie wpadli na mugola. Mężczyzna zmierzył ją spojrzeniem, bardzo uważnym, a potem machnął bez słowa ręką, wskazując, by ruszyli z nim na zaplecze. – Hm – mruknęła Brenna. Nie, nie dlatego, że uznała, że tam będzie Triada, czekająca, by na nich napaść, a po prostu: że chyba nie dziwiła się tatuażyście, że uznał mężczyznę za trochę dziwnego. Najwyraźniej nie chodziło tylko o bycie czarodziejem. – Ty to wszystko oglądasz, ja się zupełnie nie znam – zastrzegła, zerkając na Thomasa, zanim ruszyła za właścicielem zakładu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.