17.09.2024, 15:59 ✶
Millie Moody nie była zbyt lotna w interakcje z ludźmi, ale z oczywistych względów braku lotności, też nie zdawała sobie z tego za bardzo sprawy. Jej poczucie własnej wartości fruwało w sinusoidzie między "najzajebistsza istota na ziemi' a "pierdolony zjeb", choć ostatnimi czasy ta druga opcja zdecydowanie przeważała. Nie szukała związku i stałości, przerażała ją rutyna i porządek, a jednak ciało i dusza były po prostu zmęczone niekończącym się kołtunem jej własnego istnienia.
Icarus cierpiał, a ona mu dopierdoliła.
Zajekurwabiście
Nie to, że zamierzała go przeprosić, nie to że uważała się za ckliwą cipkę co chlipie nad każdym skruszałym złamasem, co to nie może ogarnąć własnej dupy. Słabi ginęli i krzyż (celtycki) im na głowę z tego tytułu. Ona nie zamierzała być słaba nigdy, jej brat nie szanował słabości. Ale wymęczony biedak, którego wyciągnęła dosłownie z paszczy syreniej przypominał teraz zmokniętego szczeniaka i ciężko, na prawdę, ciężko było to zignorować.
Dlatego też kiedy wyciągnął różdżkę z zamiarem teleportowania się ona była szybsza.
Skok i translokacja.
Może gdyby pomyślała, to uznałaby że to kiepski pomysł, ale Millie rzadko kiedy marnowała czas na coś takiego jak myślenie, kiedy w grę wchodziły sekundy do podjęcia decyzji. To czyniło z niej wybitną szukająca, a teraz Prewett cóż... czy tego chciał czy nie chciał, stał się na moment jej złotym zniczem.
Wylądowali w miejscu bardzo, bardzo suchym i bezwietrznym, śmierdzącym kurzem i terpentyną. Poddasze kamienicy miało mdliste światło z absolutnie brudnych okien, deski stropu i podłogi straszyły pogięciami i drzazgami. Biedny stoliczek i dwa zydle, pomięty materac gdzieś na drugim planie wciśnięty pod skos dachu - to wszystko nie było tak ważne jak obrazy, tona obrazów, sztalug zamalowanych nigdy kompletnie, w większości w połowie. Studium męskiej dłoni. Złocisty uśmiechnięty mężczyzna w aureoli złocistych loków. Pejzaż bez roślinności na którą pozostawiono miejsce. Wilk, ale tylko okrwawiony pysk, bez grzbietu czy pozostałej, naszkicowanej sylwetki. Przygarbiona staruszka z połową wycyzelowanego ochrą kosza pomarańczy. Krzak (najprawdopodobniej) w którym zamiast liści były zabawne esy floresy. Dłoń zaciśnięta na szyi. Oczy pochmurne. Oczy płaczące. Zwinięta sylwetka kobieca z wyrastającymi z jej pleców kwiatami. I pełno farb. Ścier. Jedna sztaluga, obecnie pusta, ale stojąca w miejscu najlepiej oświetlonym.
– Uznajmy, że syrenie się udało, witam w jej leżu marynarzu. – burknęła Millie ciskając rozwaloną miotłę na deski i podchodząc do stolika. – Zanim Cie zje, musisz skruszeć. Ale obiecuję, że po tej butelce zapomnisz jak się nazywasz... i poczujesz się lepiej. Co Ty na to Prewett? – zaproponowała chwytając za szyjkę ubrudzoną kurzem butelkę wypełnioną złocistym płynem. Płynem w kolorze oczu jego porywaczki.
Icarus cierpiał, a ona mu dopierdoliła.
Zajekurwabiście
Nie to, że zamierzała go przeprosić, nie to że uważała się za ckliwą cipkę co chlipie nad każdym skruszałym złamasem, co to nie może ogarnąć własnej dupy. Słabi ginęli i krzyż (celtycki) im na głowę z tego tytułu. Ona nie zamierzała być słaba nigdy, jej brat nie szanował słabości. Ale wymęczony biedak, którego wyciągnęła dosłownie z paszczy syreniej przypominał teraz zmokniętego szczeniaka i ciężko, na prawdę, ciężko było to zignorować.
Dlatego też kiedy wyciągnął różdżkę z zamiarem teleportowania się ona była szybsza.
Skok i translokacja.
Może gdyby pomyślała, to uznałaby że to kiepski pomysł, ale Millie rzadko kiedy marnowała czas na coś takiego jak myślenie, kiedy w grę wchodziły sekundy do podjęcia decyzji. To czyniło z niej wybitną szukająca, a teraz Prewett cóż... czy tego chciał czy nie chciał, stał się na moment jej złotym zniczem.
pyk
Wylądowali w miejscu bardzo, bardzo suchym i bezwietrznym, śmierdzącym kurzem i terpentyną. Poddasze kamienicy miało mdliste światło z absolutnie brudnych okien, deski stropu i podłogi straszyły pogięciami i drzazgami. Biedny stoliczek i dwa zydle, pomięty materac gdzieś na drugim planie wciśnięty pod skos dachu - to wszystko nie było tak ważne jak obrazy, tona obrazów, sztalug zamalowanych nigdy kompletnie, w większości w połowie. Studium męskiej dłoni. Złocisty uśmiechnięty mężczyzna w aureoli złocistych loków. Pejzaż bez roślinności na którą pozostawiono miejsce. Wilk, ale tylko okrwawiony pysk, bez grzbietu czy pozostałej, naszkicowanej sylwetki. Przygarbiona staruszka z połową wycyzelowanego ochrą kosza pomarańczy. Krzak (najprawdopodobniej) w którym zamiast liści były zabawne esy floresy. Dłoń zaciśnięta na szyi. Oczy pochmurne. Oczy płaczące. Zwinięta sylwetka kobieca z wyrastającymi z jej pleców kwiatami. I pełno farb. Ścier. Jedna sztaluga, obecnie pusta, ale stojąca w miejscu najlepiej oświetlonym.
– Uznajmy, że syrenie się udało, witam w jej leżu marynarzu. – burknęła Millie ciskając rozwaloną miotłę na deski i podchodząc do stolika. – Zanim Cie zje, musisz skruszeć. Ale obiecuję, że po tej butelce zapomnisz jak się nazywasz... i poczujesz się lepiej. Co Ty na to Prewett? – zaproponowała chwytając za szyjkę ubrudzoną kurzem butelkę wypełnioną złocistym płynem. Płynem w kolorze oczu jego porywaczki.