17.09.2024, 18:11 ✶
Bał się. Bardzo się bał.
Znaczy już nie tak bardzo.
Przed chwilą było zdecydowanie gorzej.
Ale zdążył czmychnąć, w to miejsce miasta raczej nie wchodzili mugole, a rośliny i tak zachowywały się dziwnie, prawda?
To wcale nie była jego wina.
Nie zamkną go, prawda?
Świat poza Knieją był pewien niespodzianek i niebezpieczeństw, na które zdecydowanie nie był gotowy. Nie rozumiał co się stało, w normalnych okolicznościach nie zareagowałby aż tak. W normalnych okolicznościach zbyłby to uśmiechem i się wycofał. W normalnych...
... ale dzisiaj był bardzo zmęczony, do świtu siedział nad projektem swojego nowego warsztatu i domu, bo nie mógł zasnąć. Szczerze nienawidził Londynu, ale obiecał Norze, że tę noc spędzi razem z nią i spędził, szkoda tylko że nie zmrużył oka. Czas spożytkował na cokolwiek praktycznego, ale będzie musiał jakoś powiedzieć ukochanej, że nie da rady więcej bo...
...bo ściana porosła trującym bluszczem, a jego skóra paliła od bąbli. Zazdrosna Knieja - tak by powiedział jeszcze niedawno, teraz wiedział, że to jakiś człowiek przeklął swoje dzieci. Chyba. Wciąż miał mentlik w głowie wobec tego co powiedziała mu pani Florence, ale nie chciał o tym myśleć za bardzo, żeby nie czuć żalu do swojej matki.
Teraz jednak, po ataku, kiedy poraniony siedział na bruku, opierając się o chłodną ścianę zniszczonej przez siebie kamienicy (może nie jest tak źle? Może rośliny nie przedarły się do środka?) mógł sobie myśleć do woli. I nie były to miłe myśli.
Czy radziłby sobie lepiej z ludźmi, gdyby w jego życiu było ich więcej od początku? Gdyby te okrzyki, nagłe zmiany nastrojów, dziwne zapachy i gwałtowne dźwięki nie były czymś co musiał znosić miesiące, tylko lata?
Miał zwieszoną głowę, patrzył zrezygnowany na okaleczone ręce. Dzisiaj chyba nici z pracy na budowie. A miał tak wielkie nadzieje, że mimo zmęczenia dałby radę ogarnąć parter chociaż do połowy. Czerwone od toksyny palce drżały, podobnie jak broda.
Jak miał być mężem Nory, skoro byle burda bazarowa doprowadzała go do tego stanu? Ukochana obiecywała, że sobie poradzą, ale...
– Tak – odpowiedział na pytanie, nie mając sił podnieść głowy – Przepraszam – wymamrotał, czując jak barki zapadają się pod ciężarem poczucia winy. Powinien wrócić do lasu, nigdy nie powinien z niego wychodzić. Nigdy.
Znaczy już nie tak bardzo.
Przed chwilą było zdecydowanie gorzej.
Ale zdążył czmychnąć, w to miejsce miasta raczej nie wchodzili mugole, a rośliny i tak zachowywały się dziwnie, prawda?
To wcale nie była jego wina.
Nie zamkną go, prawda?
Świat poza Knieją był pewien niespodzianek i niebezpieczeństw, na które zdecydowanie nie był gotowy. Nie rozumiał co się stało, w normalnych okolicznościach nie zareagowałby aż tak. W normalnych okolicznościach zbyłby to uśmiechem i się wycofał. W normalnych...
... ale dzisiaj był bardzo zmęczony, do świtu siedział nad projektem swojego nowego warsztatu i domu, bo nie mógł zasnąć. Szczerze nienawidził Londynu, ale obiecał Norze, że tę noc spędzi razem z nią i spędził, szkoda tylko że nie zmrużył oka. Czas spożytkował na cokolwiek praktycznego, ale będzie musiał jakoś powiedzieć ukochanej, że nie da rady więcej bo...
...bo ściana porosła trującym bluszczem, a jego skóra paliła od bąbli. Zazdrosna Knieja - tak by powiedział jeszcze niedawno, teraz wiedział, że to jakiś człowiek przeklął swoje dzieci. Chyba. Wciąż miał mentlik w głowie wobec tego co powiedziała mu pani Florence, ale nie chciał o tym myśleć za bardzo, żeby nie czuć żalu do swojej matki.
Teraz jednak, po ataku, kiedy poraniony siedział na bruku, opierając się o chłodną ścianę zniszczonej przez siebie kamienicy (może nie jest tak źle? Może rośliny nie przedarły się do środka?) mógł sobie myśleć do woli. I nie były to miłe myśli.
Czy radziłby sobie lepiej z ludźmi, gdyby w jego życiu było ich więcej od początku? Gdyby te okrzyki, nagłe zmiany nastrojów, dziwne zapachy i gwałtowne dźwięki nie były czymś co musiał znosić miesiące, tylko lata?
Miał zwieszoną głowę, patrzył zrezygnowany na okaleczone ręce. Dzisiaj chyba nici z pracy na budowie. A miał tak wielkie nadzieje, że mimo zmęczenia dałby radę ogarnąć parter chociaż do połowy. Czerwone od toksyny palce drżały, podobnie jak broda.
Jak miał być mężem Nory, skoro byle burda bazarowa doprowadzała go do tego stanu? Ukochana obiecywała, że sobie poradzą, ale...
– Tak – odpowiedział na pytanie, nie mając sił podnieść głowy – Przepraszam – wymamrotał, czując jak barki zapadają się pod ciężarem poczucia winy. Powinien wrócić do lasu, nigdy nie powinien z niego wychodzić. Nigdy.