17.09.2024, 20:49 ✶
– Nie chcę, żeby uczyła cię być dorosłą. Chcę, żeby ktoś pomógł… dowiedzieć się… ile z twoich snów i tego, co widzisz, to sprawa dla magiterapeuty, a ile może wynikać z magii, nad którą nie panujesz. Żadna terapia nie pomoże, jeśli jest w to wmieszana magia – powiedziała Brenna. Wyraz twarzy wciąż miała spokojny, dłonie po tym, jak skończyła tosta, luźno spoczywały na stole, nie sięgała już po bekon ani po herbatę. Zdawała się perfekcyjnie opanowana: potrzeba by aurowidza, aby stwierdził, że wcale taka nie była.
Słowa Millie łamały jej serce.
Bolało, że nie umiała jej pomóc. Brenna naprawdę nienawidziła bezradności. Nienawidziła tych chwil, gdy nie potrafiła znaleźć sposobu na to, aby rozwiązać czyjeś problemy. Z nierozwiązywalnością własnych radziła sobie znacznie lepiej.
– Pomyśl. Przeszukam drzewo genealogiczne Trelawneyów, może będzie ktoś jeszcze, z kim mogłabyś pogadać – powiedziała tylko, i nie zdążyła dodać nic więcej, bo rozległy się kroki, a potem w drzwiach stanął Basilius i usta Brenny na jego widok wygięły się w uśmiechu. Trochę wyuczonym, ale przecież przy tym wcale nie przesiąkniętym nieszczerością, bo cieszyła się, że Prewett wpadł na tę plażę i został na zabawie do samego końca. Jej brwi powędrowały w górę na to powitanie.
– Jestem pewna, że nie ma tam żadnych przekleństw, tylko magiczna woda. Mieliście okazję do niej zajrzeć? – spytała, a potem podsunęła w jego stronę jeden z półmisków, wchodząc w swój zwykły tryb paplania i karmienia innych, zupełnie jakby nie gadały o niczym poważnym. – Sok pomidorowy, kawa, herbata? Jest też kefir, boczek… zaraz, nie jesz mięsa… mamy smażone pomidory i tosty z miodem – wyrecytowała, wskazując kolejne rzeczy, część na zaczarowanych naczyniach, by nie wystygły. – Niedługo zacznę to przenosić do salonu, ale na razie Millie chciała mi postawić tarota, tylko chyba nie może zdecydować się na pytanie. Masz jakiś pomysł? – spytała pogodnie, sięgając z powrotem po swój kubek.
Słowa Millie łamały jej serce.
Bolało, że nie umiała jej pomóc. Brenna naprawdę nienawidziła bezradności. Nienawidziła tych chwil, gdy nie potrafiła znaleźć sposobu na to, aby rozwiązać czyjeś problemy. Z nierozwiązywalnością własnych radziła sobie znacznie lepiej.
– Pomyśl. Przeszukam drzewo genealogiczne Trelawneyów, może będzie ktoś jeszcze, z kim mogłabyś pogadać – powiedziała tylko, i nie zdążyła dodać nic więcej, bo rozległy się kroki, a potem w drzwiach stanął Basilius i usta Brenny na jego widok wygięły się w uśmiechu. Trochę wyuczonym, ale przecież przy tym wcale nie przesiąkniętym nieszczerością, bo cieszyła się, że Prewett wpadł na tę plażę i został na zabawie do samego końca. Jej brwi powędrowały w górę na to powitanie.
– Jestem pewna, że nie ma tam żadnych przekleństw, tylko magiczna woda. Mieliście okazję do niej zajrzeć? – spytała, a potem podsunęła w jego stronę jeden z półmisków, wchodząc w swój zwykły tryb paplania i karmienia innych, zupełnie jakby nie gadały o niczym poważnym. – Sok pomidorowy, kawa, herbata? Jest też kefir, boczek… zaraz, nie jesz mięsa… mamy smażone pomidory i tosty z miodem – wyrecytowała, wskazując kolejne rzeczy, część na zaczarowanych naczyniach, by nie wystygły. – Niedługo zacznę to przenosić do salonu, ale na razie Millie chciała mi postawić tarota, tylko chyba nie może zdecydować się na pytanie. Masz jakiś pomysł? – spytała pogodnie, sięgając z powrotem po swój kubek.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.