W zmroczeniu wydarzeniami, niespełnej zdolności do trzeźwego myślenia (albo myślenia w ogóle) zagadnienie opisywane trudami wyglądu było ponad jego wyobraźnię. Nieeleganckość - nie możemy wszak mówić o czymkolwiek innym. Niegodność pokazywania się przed drugim człowiekiem - przecież ta koszula wyglądała jak psu z gardła wyjęta, przecież sam wyglądał jak kura, którą za bardzo zlał deszcz, bo nie zdążyła się przed nim schować. Powinien siedzieć w czterech ścianach, malutkich, bez okienka na ten świat, żeby czasem nie razić czyjegokolwiek spojrzenia! Tak powinien zrobić, a jednak właśnie podchodził do Perseusa, który trzymał ten ciepły kubek (musiał być ciepły, unosiła się znad jego para) i robił mu miejsce obok siebie, żeby móc usiąść. I choć domena pięknego wyglądu była jego drogocenna drogą życia (oglądał ją przez płotek swego ogrodu) to dzisiaj dostrzegał tylko przestrzeń przed sobą. A tam pusto. Drzewa, jezioro, droga żwirowana - kamyki chrzęściły pod jego krokiem, tego też nie słyszał. Za to słyszał głos Perseusa. Słaby. Cichy. Niewiele brakowało, żeby gdzieś tam chrząkał, żeby się gdzieś łamał - i o tym również nie pomyślał. Świat potrafił być klarownie czysty, kiedy niebo było pokryte jednolitym dywanem chmur. Potrafił być tak samo czysty, kiedy już myśli było za dużo, żeby mówić o ich klarowności. Paradoks? Albo boskie przesłanie. Nie musisz wybierać. Jedno z drugim potrafiło się zadziwiająco dobrze łączyć.
- Wkraczamy moment wspólnego przerzucania się winami. Dobrze. Ustąpię więc pola - niczyja to wina, gdy magia pochłania zdrowy rozsądek. - Kąciki ust uniosły się nieco, ale jeszcze nie usiadł. Stał te dwa kroki przed Perseusem - z tego poziomu, z tej pozycji, mógł mu się lepiej przyglądać. Nie nachalnie, pewnie, że nie. Za to mógł z nim szukać kontaktu wzrokowego bez... przypadkowego zetknięcia się ramionami. Chociażby. I to nie dlatego, że się tego człowieka bał. Nawet nie dlatego, że go ugryzł. Dlatego, że było mu wstyd za te obrzydliwie nieufne myśli, jakie w sobie nosił. I cóż, do tego też odnosiło się to, co powiedział na głos, ale Laurent zwykł mówić różne rzeczy i wiele rzeczy. Pomijać te niewygodne i mówić to, co druga strona chciała usłyszeć. Nie czuł się zupełnie winny tego ugryzienia - nie wiedział, co go opętało, chociaż jednocześnie wiedział doskonale. To magia Adrii. Nie mógł z tym zrobić niczego, a wydozowane zmęczenie i brak ochoty zatrzymywania się nad problematyką wszystkiego, co z Windermere związane, ułatwiały czystkę sumienia. Przynajmniej w tym jednym zagadnieniu. Jakże dziwnie potrafił ludzki umysł działać, że gorzej się czuł przez to, jaką nieufność Perseusa obdarzył niż przez to, że go skrzywdził. Fizycznie skrzywdził.
- Pomagam znajomemu, który nie do końca jest w stanie samodzielnie się wydostać. - W ogóle nie był w stanie się wydostać za dnia, a teraz chyba był tak zagubiony i zmęczony, że dopłynięcie do brzegu mogłoby stanowić wyzwanie. Ale może przesadzał. Astarothowi siły nie brakowało - przynajmniej tej fizycznej. - I tak, kręciłem się koło trytonów i byłem dopilnować, żeby Ciril trafił pod odpowiednią opiekę. - Odetchnął. Głos miał spokojny, tak jak i spokojnie właśnie przeczesywał te włosy, żeby je ułożyć. Znów - automatyczny ruch. - A potem Astaroth zabierze mnie do domu. Widzisz, mam taką wspaniałą przypadłość, że nie mogę się teleportować. - Och, to wręcz zabrzmiało jak delikatny żarcik, ale było faktem.