18.09.2024, 17:33 ✶
– Tylko... – powtórzył za nim głucho, wciąż patrząc na swoje ręce w bąblach, nie chcąc myśleć jak wygląda kark i kostki. Albo ściana tego nieszczęsnego budynku, jak mocno bluszcz wrósł w niego, jak bardzo usunięcie pasożyta nadweręży stan domostwa.
– W domu – podjął z trudem, ale wciąż nie ruszał się z siedzącej pozycji, nie przestał podpierać się o chłodny kamień, nie zabrał rąk ze swoich ud, – w domu mam maść na łagodzenie tego... tych... – myśli zbierał z trudem, kręciło mu się w głowie wciąż, jakby mdłości po wymiotach wcale nie przeszły. – Nie wiem czy jestem. Może... na hedera helix mmm? Chociaż ta tu tylko roślina nie wygląda na pospolitą... jeśli mnie pytasz – odkaszlnął kilkukrotnie i zadarł głowę tak, że czaszką oparł się o ścianę a jasno-błękitne oczy miał szansę wnieść ku niebu. Były mocno zaczerwienione. Jego twarz nie prezentowała się lepiej niż dłonie.
I rzeczywiście bluszcz tylko z pozoru wyglądał pospolicie. Jego kwiaty jednak były inne - bardzo drobne i jadowicie żółte. Wokół rośliny unosił się też słodki kuszący zapach, właściwy bardziej kwiatom tropikalnym niż anglosaskiej, wiecznie zielonej dekoracji niektórych elewacji.
– Nie. Czasem są pnącza z kolcami. Czasem są szczupłe, ale bardzo długie pędy, które próbują wciągnąć Cię pod ziemię. Czasem... czasem jest bardzo, bardzo dużo trawy – trawa brzmiała miło, ale wcale tak nie było. Ostre liście cięły bezlitośnie, jakby celuloza z której były stworzone te rośliny zamieniła się w wyśmienicie naostrzoną stal. – Mmm... no a czasem kwiaty. Udają, że wcale nie chcą Cię skrzywdzić, ale jeśli tylko nie rozpoznam gatunku wiem, że muszę...– ... odlecieć zemlął w ustach ostatnie słowo. Tajemnica, tajemnica, kolejna tajemnica. Ile można było kłamać? Formalnie nie kłamał, ale nie mógł po prostu powiedzieć tego co chciał. W imię czego? Matki, która go porzuciła?
– W domu – podjął z trudem, ale wciąż nie ruszał się z siedzącej pozycji, nie przestał podpierać się o chłodny kamień, nie zabrał rąk ze swoich ud, – w domu mam maść na łagodzenie tego... tych... – myśli zbierał z trudem, kręciło mu się w głowie wciąż, jakby mdłości po wymiotach wcale nie przeszły. – Nie wiem czy jestem. Może... na hedera helix mmm? Chociaż ta tu tylko roślina nie wygląda na pospolitą... jeśli mnie pytasz – odkaszlnął kilkukrotnie i zadarł głowę tak, że czaszką oparł się o ścianę a jasno-błękitne oczy miał szansę wnieść ku niebu. Były mocno zaczerwienione. Jego twarz nie prezentowała się lepiej niż dłonie.
I rzeczywiście bluszcz tylko z pozoru wyglądał pospolicie. Jego kwiaty jednak były inne - bardzo drobne i jadowicie żółte. Wokół rośliny unosił się też słodki kuszący zapach, właściwy bardziej kwiatom tropikalnym niż anglosaskiej, wiecznie zielonej dekoracji niektórych elewacji.
– Nie. Czasem są pnącza z kolcami. Czasem są szczupłe, ale bardzo długie pędy, które próbują wciągnąć Cię pod ziemię. Czasem... czasem jest bardzo, bardzo dużo trawy – trawa brzmiała miło, ale wcale tak nie było. Ostre liście cięły bezlitośnie, jakby celuloza z której były stworzone te rośliny zamieniła się w wyśmienicie naostrzoną stal. – Mmm... no a czasem kwiaty. Udają, że wcale nie chcą Cię skrzywdzić, ale jeśli tylko nie rozpoznam gatunku wiem, że muszę...– ... odlecieć zemlął w ustach ostatnie słowo. Tajemnica, tajemnica, kolejna tajemnica. Ile można było kłamać? Formalnie nie kłamał, ale nie mógł po prostu powiedzieć tego co chciał. W imię czego? Matki, która go porzuciła?
❀❀❀ Jeśli masz ochotę dokonać inspekcji rośliny, zapraszam do rzutu na Percepcję oraz Wiedzę Przyrodniczą ❀❀❀