18.09.2024, 17:47 ✶
– Czy nie rozmawialiśmy już o tym, panie Shafiq? Nie zdradza się zbyt wielu informacji swoim nieprzyjaciołom. Pan rzuca mi je aż nazbyt chętnie, i aż zaczynam zastanawiać się, czy są prawdziwe, czy celowo mnie pan zwodzi… – stwierdziła Brenna, wciąż z wyżyn swojego krzesła, uśmiech czający się w kącikach ust był ledwo zauważalny, i znikł po chwili. – Na przykład niemal pan przyznał, że nie kochał swojej żony.
Gdyby prawdziwie ją kochał, nie mówiłby o umowach na całe życie. Dla Brenny małżeństwo w ogóle nie było umową. Po prawdzie też chyba zaczynała powoli sądzić, że nigdy nie było jej pisane – choć gdyby faktycznie miała się zastanowić, u boku kogo by się widziała, to obstawiałaby, że byłby to jakiś miły chłopiec, w rodzaju Castiela Flinta czy Thomasa Figga (broń Merlinie nie któryś z nich, toż to byłoby właściwie kazirodztwo… i tak, może dlatego była wciąż sama).
Ale nie zamierzała opowiadać o żadnej z tych rzeczy człowiekowi, którego ledwo co poznała. No dobrze, inaczej: poznała go parę lat temu, ale w takich trochę nietypowych okolicznościach, i podobnych, i zupełnie nie do dnia dzisiejszego. Ani wtedy, ani teraz, nie zachowywali się tak, jak wypadało, i wtedy, i teraz, włóczyli się po dziwnych miejscach. Ale tamtego dnia Brenna była rozgadaną dziewczyną w trampkach, z kolorowym plecakiem – teraz oboje wystrojeni w szaty, i nawet jakby to ubranie narzucało i płaszczyk na jej zachowanie, że mówiła nieco inaczej, ale cóż, uśmiech i bezczelność pozostały te same.
– Czy ja o to nie powinnam zapytać? Pan sam chciał się szczycić rozwiązaniem zagadki i zostawia całą pracę mnie? – spytała, mrużąc lekko oczy, trochę podejrzliwa. – Wie pan, panie Shafiq, że jeśli właściciel będzie szukał, kto tutaj wszedł, po prostu się przyznam?
Nie było mowy o kupieniu jej milczenia przez bycie partnerką w zbrodni.
Tych odcieni szarości Brenna dopiero miała się nauczyć, gdy nadejdzie wojna.
Na razie zeszła z krzesła, nieco ostrożniej niż zrobiłaby to zazwyczaj, z powodu obcasów.
– Na regałach są symbole. Półka, rząd, książka. Najwyraźniej faktycznie chciał, aby ktoś rozwiązał tę zagadkę, inaczej po co zostawiłaby takie wskazówki? – stwierdziła, podchodząc do kolejnego regału. Sam właściciel przecież pewnie doskonale wiedział, jak dostać się do kryjówki: igrał, zaiste, tutaj Shafiq miał rację.
Gdyby prawdziwie ją kochał, nie mówiłby o umowach na całe życie. Dla Brenny małżeństwo w ogóle nie było umową. Po prawdzie też chyba zaczynała powoli sądzić, że nigdy nie było jej pisane – choć gdyby faktycznie miała się zastanowić, u boku kogo by się widziała, to obstawiałaby, że byłby to jakiś miły chłopiec, w rodzaju Castiela Flinta czy Thomasa Figga (broń Merlinie nie któryś z nich, toż to byłoby właściwie kazirodztwo… i tak, może dlatego była wciąż sama).
Ale nie zamierzała opowiadać o żadnej z tych rzeczy człowiekowi, którego ledwo co poznała. No dobrze, inaczej: poznała go parę lat temu, ale w takich trochę nietypowych okolicznościach, i podobnych, i zupełnie nie do dnia dzisiejszego. Ani wtedy, ani teraz, nie zachowywali się tak, jak wypadało, i wtedy, i teraz, włóczyli się po dziwnych miejscach. Ale tamtego dnia Brenna była rozgadaną dziewczyną w trampkach, z kolorowym plecakiem – teraz oboje wystrojeni w szaty, i nawet jakby to ubranie narzucało i płaszczyk na jej zachowanie, że mówiła nieco inaczej, ale cóż, uśmiech i bezczelność pozostały te same.
– Czy ja o to nie powinnam zapytać? Pan sam chciał się szczycić rozwiązaniem zagadki i zostawia całą pracę mnie? – spytała, mrużąc lekko oczy, trochę podejrzliwa. – Wie pan, panie Shafiq, że jeśli właściciel będzie szukał, kto tutaj wszedł, po prostu się przyznam?
Nie było mowy o kupieniu jej milczenia przez bycie partnerką w zbrodni.
Tych odcieni szarości Brenna dopiero miała się nauczyć, gdy nadejdzie wojna.
Na razie zeszła z krzesła, nieco ostrożniej niż zrobiłaby to zazwyczaj, z powodu obcasów.
– Na regałach są symbole. Półka, rząd, książka. Najwyraźniej faktycznie chciał, aby ktoś rozwiązał tę zagadkę, inaczej po co zostawiłaby takie wskazówki? – stwierdziła, podchodząc do kolejnego regału. Sam właściciel przecież pewnie doskonale wiedział, jak dostać się do kryjówki: igrał, zaiste, tutaj Shafiq miał rację.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.