18.09.2024, 17:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.09.2024, 17:53 przez Samuel McGonagall.)
Od początku, gdy wygoniły go upiory z Kniei łapał się właśnie takich prac. Jego miłość do drewna i lata spędzone z dala od ludzi zaowocowały wprawą w rzemiośle na poziomie dalej niż zadowalającym. Gładkość deski, dłuto zagłębiające się w materię tak pięknie, tak łatwo dającą się przez niego kształtować.
Co prawda miał własny warsztat do wybudowania, ale... przez to, że obecnie był w poważnym związku zwanym narzeczeństwem, nagle bardzo, ale to bardzo zależało mu na zadowolonym kliencie, który może przecież dalej powiedzieć, że jest zadowolony. Dziś gabloty tu, jutro kto wie, może meble w saloniku?
– Oj nie wiem – przyznał zgodnie z prawdą, jak miał w zwyczaju. Kiepska reklama, że nie umiał doradzić, ale większość życia spędził w rozpadającej się leśniczówce w której każdy mebel był z tak zwanej innej parafii. – Są ludzie co tak mają... tak różnie, ale są też tacy co lubią jak wszystko jest takie samo. Mówią, że to styl ma. – Podrapał się po głowie, chcąc być mimo wszystko pomocny. – Zależy czy ludzie co używają tego miejsca... czy osoba, która lubi te zabawki co mają być w gablotach, czy lubi również rzeczy z tego regału. Co ona będzie myśleć. No bo... biurko nie jest malowane, więc sądziłem, że gabloty mają być co najwyżej pociągnięte brązowym lakierem zabezpieczającym, a ten tu mebel no nie wiem, przeniesiony? Ale mi on tam nie przeszkadza. Tylko trzeba fotel wytrzepać bo ma kurzu dużo. – Głośno myślał, nie bacząc na to czy to może być mile widziane, czy wręcz przeciwnie. Nie miał obycia. Z drugiej strony, nie zauważał też że jego klient zachowuje się dziwnie. Dla niego wszyscy ludzie zachowywali się dziwnie, a najbezpieczniej czuł się przy tych, którzy mieli w sobie więcej zwierzęcia niż mniej.
Notował liczby, kalkulował, podszedł też do największego eksponatu i mierzył go za pomocą rozszerzonego kciuka i palca wskazującego, najwidoczniej stosując jakieś też swoje miary ponad te liczbowe.
– Jasne, że mogę. Jeśli trzeba to też pomogę przenieść meble. No z tymi pacynkami to nie chce niczego zniszczyć – wskazał na rytualne laleczki z pewną obawą. Kiedyś zbił przypadkiem porcelanową zastawę w czasie jednego z pierwszych zleceń i prawie trzasnęło wtedy zazdrosną Knieją, która domagała się jego powrotu pośród drzwa. To znaczy... prawie nie trzasnęło klątwą żywiołów, jak poprawiła go pani Bulstrode. Wciąż nie oswoił się z tymi rewelacjami, które wywalały jego życie do góry nogami, ale to że był tutaj, w Little Hangleton mu pomagało. Praca była prosta, a przez to bezpieczna.
Co prawda miał własny warsztat do wybudowania, ale... przez to, że obecnie był w poważnym związku zwanym narzeczeństwem, nagle bardzo, ale to bardzo zależało mu na zadowolonym kliencie, który może przecież dalej powiedzieć, że jest zadowolony. Dziś gabloty tu, jutro kto wie, może meble w saloniku?
– Oj nie wiem – przyznał zgodnie z prawdą, jak miał w zwyczaju. Kiepska reklama, że nie umiał doradzić, ale większość życia spędził w rozpadającej się leśniczówce w której każdy mebel był z tak zwanej innej parafii. – Są ludzie co tak mają... tak różnie, ale są też tacy co lubią jak wszystko jest takie samo. Mówią, że to styl ma. – Podrapał się po głowie, chcąc być mimo wszystko pomocny. – Zależy czy ludzie co używają tego miejsca... czy osoba, która lubi te zabawki co mają być w gablotach, czy lubi również rzeczy z tego regału. Co ona będzie myśleć. No bo... biurko nie jest malowane, więc sądziłem, że gabloty mają być co najwyżej pociągnięte brązowym lakierem zabezpieczającym, a ten tu mebel no nie wiem, przeniesiony? Ale mi on tam nie przeszkadza. Tylko trzeba fotel wytrzepać bo ma kurzu dużo. – Głośno myślał, nie bacząc na to czy to może być mile widziane, czy wręcz przeciwnie. Nie miał obycia. Z drugiej strony, nie zauważał też że jego klient zachowuje się dziwnie. Dla niego wszyscy ludzie zachowywali się dziwnie, a najbezpieczniej czuł się przy tych, którzy mieli w sobie więcej zwierzęcia niż mniej.
Notował liczby, kalkulował, podszedł też do największego eksponatu i mierzył go za pomocą rozszerzonego kciuka i palca wskazującego, najwidoczniej stosując jakieś też swoje miary ponad te liczbowe.
– Jasne, że mogę. Jeśli trzeba to też pomogę przenieść meble. No z tymi pacynkami to nie chce niczego zniszczyć – wskazał na rytualne laleczki z pewną obawą. Kiedyś zbił przypadkiem porcelanową zastawę w czasie jednego z pierwszych zleceń i prawie trzasnęło wtedy zazdrosną Knieją, która domagała się jego powrotu pośród drzwa. To znaczy... prawie nie trzasnęło klątwą żywiołów, jak poprawiła go pani Bulstrode. Wciąż nie oswoił się z tymi rewelacjami, które wywalały jego życie do góry nogami, ale to że był tutaj, w Little Hangleton mu pomagało. Praca była prosta, a przez to bezpieczna.