18.09.2024, 18:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.09.2024, 18:23 przez Millie Moody.)
Uniosła tylko brwi na wzmiankę o magicznej wodzie. Wczorajszy wieczór był tak szalony, tak dziwny tak...
Obecność Basiliusa była dziwnie kojąca. Pomagało jej to wrócić do postawy jaką zwykle przy nim prezentowała
– Czemu mi wczoraj nie powiedziałeś, że nie jesteście z Brenną razem? Było mi potem głupio, że tuliłam się do cudzego faceta. A tak nie byłoby mi głupio debilu. – Blady uśmiech przemknął przez jej twarz. Czy to ułuda, czy sen się zmienił? Czy koszmar stał się znów normalnym, chociaż no dobrze, nieco pojebanym snem? Temat Szeptuchy, grzebania w drzewie Trelawneyów, to wszystko odeszło na dalszy plan. Zaraz będzie mogła sięgnąć do kart i podręczyć Bazyliszka. Czy mógł być piękniejszy poranek?
– A już myślałam, że Cię rozgryzłam Brenka, ile lat się bujacie z tą "klątwą" co? – ciężki cudzysłów opadł, a Moody czuła, że odzyskuje kontrole. Prawdziwie, fałszywie? Nie ważne. A może to kawa zaczęła działać? No bo na pewno nie bułka w którą w siebie wmuszała. – Opowiadałam jaka pojebana była ta Selkie, co to śpiewała sobie o podwodnym ogródku dla ludzi co spacerują na klifach. Było śmiesznie, jak wróciliśmy to Liszek miał zalepione uszy, żeby widzieć co jest na prawdę, a ja otworzone, żeby namierzyć źródło dźwięku. Nasze pierwsze wspólne śledztwo! Teraz będziesz musiał zabrać mnie na oddział Prewett, żebym wypchnęła butem czyjeś jelita, jak mu wypadną przez dziurę. Czy czym się tam zajmujesz. – machnęła lekceważąco ręką. Doskonale wiedziała czym zajmuje się jej kolega. Słuchali wzajem swoich gorzkich żali tak długo. Przy kawie. Jak teraz. A potem zmarszczyła brwi: – Jak to kurwa nie jesz mięsa? O! To ja też nie jem! Proszę. Religia mi zabrania. Zero boczku. – wydęła policzki i tylko na moment, na krótki moment jej ramiona zadrgały kompulsywnie, niekontrolowanym odruchem.
Obecność Basiliusa była dziwnie kojąca. Pomagało jej to wrócić do postawy jaką zwykle przy nim prezentowała
– Czemu mi wczoraj nie powiedziałeś, że nie jesteście z Brenną razem? Było mi potem głupio, że tuliłam się do cudzego faceta. A tak nie byłoby mi głupio debilu. – Blady uśmiech przemknął przez jej twarz. Czy to ułuda, czy sen się zmienił? Czy koszmar stał się znów normalnym, chociaż no dobrze, nieco pojebanym snem? Temat Szeptuchy, grzebania w drzewie Trelawneyów, to wszystko odeszło na dalszy plan. Zaraz będzie mogła sięgnąć do kart i podręczyć Bazyliszka. Czy mógł być piękniejszy poranek?
– A już myślałam, że Cię rozgryzłam Brenka, ile lat się bujacie z tą "klątwą" co? – ciężki cudzysłów opadł, a Moody czuła, że odzyskuje kontrole. Prawdziwie, fałszywie? Nie ważne. A może to kawa zaczęła działać? No bo na pewno nie bułka w którą w siebie wmuszała. – Opowiadałam jaka pojebana była ta Selkie, co to śpiewała sobie o podwodnym ogródku dla ludzi co spacerują na klifach. Było śmiesznie, jak wróciliśmy to Liszek miał zalepione uszy, żeby widzieć co jest na prawdę, a ja otworzone, żeby namierzyć źródło dźwięku. Nasze pierwsze wspólne śledztwo! Teraz będziesz musiał zabrać mnie na oddział Prewett, żebym wypchnęła butem czyjeś jelita, jak mu wypadną przez dziurę. Czy czym się tam zajmujesz. – machnęła lekceważąco ręką. Doskonale wiedziała czym zajmuje się jej kolega. Słuchali wzajem swoich gorzkich żali tak długo. Przy kawie. Jak teraz. A potem zmarszczyła brwi: – Jak to kurwa nie jesz mięsa? O! To ja też nie jem! Proszę. Religia mi zabrania. Zero boczku. – wydęła policzki i tylko na moment, na krótki moment jej ramiona zadrgały kompulsywnie, niekontrolowanym odruchem.