18.09.2024, 19:08 ✶
– Mam trzy wydania, w tym pierwsze, chociaż ono leży głęboko schowane, żeby ktoś przypadkiem go sobie nie pożyczył.
W tej chwili jeszcze szło dostać to pierwsze wydanie, bo cóż, mistrz Tolkien jeszcze żył, i nawet niektórzy mieli nieśmiałe nadzieje, że może coś kiedyś opublikuje. Chociaż dołączyć do swojej Luthien miał już wkrótce… Nie ciągnęła jednak tematu, bo gdyby już zaczęła mówić o Władcy Pierścieni, to pewnie szybko by nie skończyła, a byli tutaj jednak w dość konkretnym celu.
Którym absolutnie nie było robienie sobie tatuażu.
– Lubię smoki, ale tylko w książkach. Na pewno z żadnym się nie utożsamiam, a siła i potęga to takie trochę nie moje – stwierdziła, wzruszając lekko ramionami. – Te w książkach są… ciekawsze, wiesz, bo mówią, a te nasze nie – zdążyła rzucić jeszcze, zanim weszli do siedziby Zegarmistrza. Można by prawie pomyśleć, że ich mała działalność faktycznie była klubem książki, podczas którego dyskutowali o co ciekawszych powieściach. – Proszę cię, to brzmi jakbym była bohaterką jakiejś marnej książki – roześmiała się Brenna. – Role pierwszoplanowe nie są dla mnie.
Jak na taką miała za normalne dzieciństwo, za mało dramatów miłosnych w życiu – no dobrze, ten jeden, który się trafił, był nad wyraz spektakularny, ale Brenna miała wrażenie, że po Beltane dużo osób borykało się z zawirowaniami w życiu miłosnym – i była za bardzo… za bardzo Brenną. Właściwie to i ona, i Thomas, jakby tak się zastanowiła, nadawaliby się bardziej na drugoplanowane postacie, a bohaterką byłaby zapewne taka Millie czy ktoś… bardziej fascynujący z punktu widzenia narracji fabularnej?
Nie żeby jej to przeszkadzało.
Bohaterowie pierwszoplanowi zazwyczaj mieli trudne życie.
– Mogę i płacić, i mówić, ale nagadam wtedy takich bzdur, że ja się obawiam, że nie dostaniesz żadnych potrzebnych części, i potem będziesz siedział i płakał, próbując zmontować ten cudowny zegar z… w sumie sama nie wiem czego, na pewno wzięłabym coś bardzo dziwnego.
*
Zegarmistrz przekręcił klucz w zamku na zaplecze. Coś kliknęło i Brenna zastanawiała się, czy może bez tego klucza zostaliby poprowadzeni do zupełnie innego pomieszczenia niż do, do którego faktycznie trafili. Tu też było mnóstwo obcych dla niej rzeczy i komponentów, ale było… na swój sposób bardziej swojsko: jakieś dziwne, mechaniczne, latające pod sufitem ptaki, przedziwne klepsydry, w których piasek sypał się nie tak, jak powinien, stół, na którym leżało mnóstwo części, model jakiegoś zamku, wokół którego poruszały się zaczarowane figurki…
Korciło ją, żeby czegoś dotknąć, ale domyślała się, że to byłby z ł y pomysł, więc splotła tylko ręce za plecami.
– Przygotowałem elementy do zegara, także bazę tarczy – poinformował mężczyzna, podchodząc do jednego z regałów i wyciągając pudełeczko. [i] – Będziesz musiał odpowiednio nasycić magią wskazówki. Skoro mają symbolizować konkretne osoby, sugeruję użycie włosa lub kropli krwi każdej z osób. Jak zaprogramować sam mechanizm i użyć pieczęci zapewne wiesz sam[/b] – powiedział oschłym tonem, nawet na nich nie patrząc. Najwyraźniej nie był najmilszym człowiekiem pod słońcem, ale Brenna miała wrażenie, że geniuszom w swoim fachu to się całkiem często zdarzało.
W tej chwili jeszcze szło dostać to pierwsze wydanie, bo cóż, mistrz Tolkien jeszcze żył, i nawet niektórzy mieli nieśmiałe nadzieje, że może coś kiedyś opublikuje. Chociaż dołączyć do swojej Luthien miał już wkrótce… Nie ciągnęła jednak tematu, bo gdyby już zaczęła mówić o Władcy Pierścieni, to pewnie szybko by nie skończyła, a byli tutaj jednak w dość konkretnym celu.
Którym absolutnie nie było robienie sobie tatuażu.
– Lubię smoki, ale tylko w książkach. Na pewno z żadnym się nie utożsamiam, a siła i potęga to takie trochę nie moje – stwierdziła, wzruszając lekko ramionami. – Te w książkach są… ciekawsze, wiesz, bo mówią, a te nasze nie – zdążyła rzucić jeszcze, zanim weszli do siedziby Zegarmistrza. Można by prawie pomyśleć, że ich mała działalność faktycznie była klubem książki, podczas którego dyskutowali o co ciekawszych powieściach. – Proszę cię, to brzmi jakbym była bohaterką jakiejś marnej książki – roześmiała się Brenna. – Role pierwszoplanowe nie są dla mnie.
Jak na taką miała za normalne dzieciństwo, za mało dramatów miłosnych w życiu – no dobrze, ten jeden, który się trafił, był nad wyraz spektakularny, ale Brenna miała wrażenie, że po Beltane dużo osób borykało się z zawirowaniami w życiu miłosnym – i była za bardzo… za bardzo Brenną. Właściwie to i ona, i Thomas, jakby tak się zastanowiła, nadawaliby się bardziej na drugoplanowane postacie, a bohaterką byłaby zapewne taka Millie czy ktoś… bardziej fascynujący z punktu widzenia narracji fabularnej?
Nie żeby jej to przeszkadzało.
Bohaterowie pierwszoplanowi zazwyczaj mieli trudne życie.
– Mogę i płacić, i mówić, ale nagadam wtedy takich bzdur, że ja się obawiam, że nie dostaniesz żadnych potrzebnych części, i potem będziesz siedział i płakał, próbując zmontować ten cudowny zegar z… w sumie sama nie wiem czego, na pewno wzięłabym coś bardzo dziwnego.
*
Zegarmistrz przekręcił klucz w zamku na zaplecze. Coś kliknęło i Brenna zastanawiała się, czy może bez tego klucza zostaliby poprowadzeni do zupełnie innego pomieszczenia niż do, do którego faktycznie trafili. Tu też było mnóstwo obcych dla niej rzeczy i komponentów, ale było… na swój sposób bardziej swojsko: jakieś dziwne, mechaniczne, latające pod sufitem ptaki, przedziwne klepsydry, w których piasek sypał się nie tak, jak powinien, stół, na którym leżało mnóstwo części, model jakiegoś zamku, wokół którego poruszały się zaczarowane figurki…
Korciło ją, żeby czegoś dotknąć, ale domyślała się, że to byłby z ł y pomysł, więc splotła tylko ręce za plecami.
– Przygotowałem elementy do zegara, także bazę tarczy – poinformował mężczyzna, podchodząc do jednego z regałów i wyciągając pudełeczko. [i] – Będziesz musiał odpowiednio nasycić magią wskazówki. Skoro mają symbolizować konkretne osoby, sugeruję użycie włosa lub kropli krwi każdej z osób. Jak zaprogramować sam mechanizm i użyć pieczęci zapewne wiesz sam[/b] – powiedział oschłym tonem, nawet na nich nie patrząc. Najwyraźniej nie był najmilszym człowiekiem pod słońcem, ale Brenna miała wrażenie, że geniuszom w swoim fachu to się całkiem często zdarzało.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.