18.09.2024, 19:14 ✶
Sztuka powinna mieć to do siebie...
... jeśli byłeś normalny, to wytrącała cię z równowagi.
... jeśli byłeś pojebany, to powinna uspokajać.
Głos Icarusa brzmiał inaczej kiedy zapytał o obraz, bo oczywiście olała jego dąsy na fakt, że się nie przedstawiła. Teraz kiedy była w swoim "leżu" zastanawiała się, bardzo ciężko się zastanawiała czy chce mu się przedstawiać. On w każdej chwili mógł się teleportować, mógł na nią donieść. Prewett, nawet jak nie miał pieniędzy to zgodnie z jego słowami jego rodzina miała pieniądze, pewnie też wpływy. A ona nie mogła być zawieszona. Nie znowu. Jeśli zaś pojawiłoby się oskarżenie o pobicie... Jego policzek wciąż był lekko napuchnięty, zdecydowanie trzeba było go znieczulić i udobruchać. Teraz... jak już zaczęła myśleć, a nie się ciskać z powodu złamanej miotły.
– Mów mi jak chcesz. Obojętne mi to. – burknęła rozlewając do brudnych szklanek swój bimber z wmieszanym weń karmelem. Cukier na patelni... miała specjalną patelnię od tego, taką której nigdy nie myła. Ogień i alkohol wszystko i tak odczyszczały. Nim odpowiedziała na drugie pytanie podeszła do niego i wcisnęła mu szklankę.
– Nie pij duszkiem i zawsze wydychaj powietrze po każdym łyku, żeby sobie ryja nie spalić ka-pe-wu? – brwi miała wciąż ściągnięte, przylepione od morskiej wody ciuchy sprawiały, że zdawała się być nienaturalnie chuda i pokrzywiona, jakby bozia Matka dała jej kilka stawów za dużo. – Za zapomnienie! – wzniosła toast i wypiła szklankę duszkiem, a potem tym razem zrobiła to co jemu doradziła czyli chuchnęła srogim bimbrowym wyziewem. Wzdrygnęła się i uśmiechnęła promiennie sprawiając, że jej twarz na moment wydała się miła. Nie jakoś bardzo. Ale trochę.
– Jep, to mój, to i tamto i w ogóle wszystko. To moja pracownia gdzie zbieram te śmieci – przyznała otwarcie. W dolnym rogu widniały jej inicjały MM, ale przecież kurwa i tak by nie skojarzył Panne Nikt, brygadzistkę od siedmiu boleści. Dlatego miała to w dupie. – Lubię ten. Kiedyś miałam taki sen, jak nocowałam u kumpla w Dolinie. Że umarłam i wyrastały ze mnie kwiaty, a robaki robiły sobie imprezę zżarając moje flaki. – Dziwne było to jak o tym mówiła, ze spokojem i cieniem tęsknoty w głosie. Długie palce łagodnie pogładziły inne kwiaty - te namalowane. – Pojebane co? Nigdy nie lubiłam zieleni. Wychowało mnie miasto i pewnie zdechne tutaj, porośnięta pleśnią i jedzona przez szczury. – dodała nieco bardziej zjadliwie, z impetem siadając na podłodze i przejeżdżając językiem po zębach.
– Ty pamiętasz czy do zaklęcia suszącego można mieć ciuchy na sobie, czy trzeba je zdjąć? – zapytała nagle, nie patrząc się nawet w kierunku swojej "ofiary". Może nie było zimno tutaj, na strychu, ale kwitnięcie w mokrości nie mogło należeć do przyjemnych doświadczeń.
... jeśli byłeś normalny, to wytrącała cię z równowagi.
... jeśli byłeś pojebany, to powinna uspokajać.
Głos Icarusa brzmiał inaczej kiedy zapytał o obraz, bo oczywiście olała jego dąsy na fakt, że się nie przedstawiła. Teraz kiedy była w swoim "leżu" zastanawiała się, bardzo ciężko się zastanawiała czy chce mu się przedstawiać. On w każdej chwili mógł się teleportować, mógł na nią donieść. Prewett, nawet jak nie miał pieniędzy to zgodnie z jego słowami jego rodzina miała pieniądze, pewnie też wpływy. A ona nie mogła być zawieszona. Nie znowu. Jeśli zaś pojawiłoby się oskarżenie o pobicie... Jego policzek wciąż był lekko napuchnięty, zdecydowanie trzeba było go znieczulić i udobruchać. Teraz... jak już zaczęła myśleć, a nie się ciskać z powodu złamanej miotły.
– Mów mi jak chcesz. Obojętne mi to. – burknęła rozlewając do brudnych szklanek swój bimber z wmieszanym weń karmelem. Cukier na patelni... miała specjalną patelnię od tego, taką której nigdy nie myła. Ogień i alkohol wszystko i tak odczyszczały. Nim odpowiedziała na drugie pytanie podeszła do niego i wcisnęła mu szklankę.
– Nie pij duszkiem i zawsze wydychaj powietrze po każdym łyku, żeby sobie ryja nie spalić ka-pe-wu? – brwi miała wciąż ściągnięte, przylepione od morskiej wody ciuchy sprawiały, że zdawała się być nienaturalnie chuda i pokrzywiona, jakby bozia Matka dała jej kilka stawów za dużo. – Za zapomnienie! – wzniosła toast i wypiła szklankę duszkiem, a potem tym razem zrobiła to co jemu doradziła czyli chuchnęła srogim bimbrowym wyziewem. Wzdrygnęła się i uśmiechnęła promiennie sprawiając, że jej twarz na moment wydała się miła. Nie jakoś bardzo. Ale trochę.
– Jep, to mój, to i tamto i w ogóle wszystko. To moja pracownia gdzie zbieram te śmieci – przyznała otwarcie. W dolnym rogu widniały jej inicjały MM, ale przecież kurwa i tak by nie skojarzył Panne Nikt, brygadzistkę od siedmiu boleści. Dlatego miała to w dupie. – Lubię ten. Kiedyś miałam taki sen, jak nocowałam u kumpla w Dolinie. Że umarłam i wyrastały ze mnie kwiaty, a robaki robiły sobie imprezę zżarając moje flaki. – Dziwne było to jak o tym mówiła, ze spokojem i cieniem tęsknoty w głosie. Długie palce łagodnie pogładziły inne kwiaty - te namalowane. – Pojebane co? Nigdy nie lubiłam zieleni. Wychowało mnie miasto i pewnie zdechne tutaj, porośnięta pleśnią i jedzona przez szczury. – dodała nieco bardziej zjadliwie, z impetem siadając na podłodze i przejeżdżając językiem po zębach.
– Ty pamiętasz czy do zaklęcia suszącego można mieć ciuchy na sobie, czy trzeba je zdjąć? – zapytała nagle, nie patrząc się nawet w kierunku swojej "ofiary". Może nie było zimno tutaj, na strychu, ale kwitnięcie w mokrości nie mogło należeć do przyjemnych doświadczeń.