18.09.2024, 20:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.09.2024, 23:27 przez Brenna Longbottom.)
– Wydaje się, że potrafi sterować snami, ale co i jak… Departament Tajemnic na razie odmawia mi konsultacji, bo nie prowadzę tej sprawy oficjalnie, jako osobiście zaangażowana – przyznała Brenna. Wkurwiało ją to niemożebnie, że wszystko stoi w miejscu, ale co miała robić? W wolnych chwilach próbowała przeszukiwać archiwa, gazety i podpytywać ludzi, ale na razie nie było żadnych rezultatów. – Mam wrażenie, że to nie do końca to, ale zajrzę do archiwów, jak tylko dam radę.
Przyglądała się mu uważnie, starając się nie pokazywać, jak cholernie jest teraz zmęczona. Nie chodziło tylko o ogólne osłabienie po ranach, które już się goiły ani o efekty uboczne eliksirów. To zmęczenie dotyczyło umysłu, sprawy mordercy ze snów, osobistych i zakonnych, ale w tej konkretnej chwili przede wszystkim tego, że nie cieszyło ją, że Charles musi to wszystko rozumieć. Nie chciała rzucać confundusa w plecy Lety Crouch. Nie chciała, żeby ten chłopak musiał modyfikować wspomnienia albo wyciągać z ludzi informację w imię większego dobra.
Z takim hasłem na ustach łatwo było zejść do samego dna piekieł.
Zawsze miało się wybór, ale czasem ten był mocno ograniczony.
– W takim razie witamy w naszym klubie książki… czasem zwanym Zakonem Feniksa – powiedziała, używając jednego z określeń, które żartobliwie wyciągali czasem niektórzy zakonnicy. – Nie mamy wysokiej pensji, robota paskudna, ale zapewniamy tyle pączków, ile zdołasz zjeść, najlepsze szampony do włosów i przyzwoitą opiekę medyczną – stwierdziła. Może powinno wyglądać to… jakoś bardziej uroczyście, epicko, ale Brenna była bardzo mało epicką osobą i zupełnie nie radziła sobie z wielkimi słowami ani przemowami, chociaż na co dzień tyle gadała. – Nie musisz nic robić, dam znać komu potrzeba, a jeśli pojawi się zadanie dla ciebie… to odezwiemy się. To prędzej czy później nastąpi. Aha… pewnie jak się domyślasz, Erik w tym tkwi, Mav w tym tkwi, tkwi też Heather, a mój ojciec wie, że nie wracamy poranieni z herbatek, ale Cameron nie ma pojęcia. Z resztą mojej rodziny też lepiej nie rozmawiaj na ten temat – ostrzegła Brenna, która ten temat w rzadkich rozmowach z choćby dziadkiem pomijała milczeniem. Zakon był też ciszą między zdaniami w rozmowach z matką, niewypowiedzianym pytaniem, kiedy ta patrzyła na córkę uważnie, i potem kręciła głową.
O pewnych rzeczach po prostu lepiej było nie mówić za wiele.
Z czasem Charlie miał dowiedzieć się więcej, ale na razie Brenna ani nie chciała go tym zarzucać, ani nie uważała, żeby było to potrzebne. Nie na początku.
Poza tym... miała zamiar zadbać, aby Patrick i Morpheus sprawdzili, jak Charles zareagował na dzisiejszą rozmowę. Czy było to miłe? Nie. Ale musiała dbać przede wszystkim o bezpieczeństwo - nawet niekoniecznie z myślą o zdradzie, ale przypadek Harper udowadniał, że czasem psychika zaczynała siadać.
Kiedy chłopak już wyszedł, Brenna westchnęła, odłożyła książkę i sięgnęła po eliksiry z półki oraz papeterię. Moment później wypiła wszystkie zalecone jej mikstury i zabrała się za pisanie paru listów.
Powinna była chyba jednak trochę wyraźniej słuchać, jakie zalecano jej dawkowanie, i czego z czym miała nie mieszać, bo pierwszy list wysłany do Aveliny brzmiał całkiem normalnie, podobnie jak ten do Patricka i treść wiadomości - samolocika posłanej Erikowi, ale ostatni, tworzony już w jakiejś malignie, stał się odą do czekoladowych żab i wyznaniem ich twórcy, że jak miała pięć lat, to uważała go za idealnego kandydata na męża. Całe szczęście, że się nie podpisała ani że właściwie nie miała żadnych byłych i nawet nikogo, do kogo by w przeszłości wzdychała, bo strach pomyśleć, co takiego by posłała, zanim zasnęła - wciąż z piórem w ręku, brudząc poduszkę atramentem.
Przyglądała się mu uważnie, starając się nie pokazywać, jak cholernie jest teraz zmęczona. Nie chodziło tylko o ogólne osłabienie po ranach, które już się goiły ani o efekty uboczne eliksirów. To zmęczenie dotyczyło umysłu, sprawy mordercy ze snów, osobistych i zakonnych, ale w tej konkretnej chwili przede wszystkim tego, że nie cieszyło ją, że Charles musi to wszystko rozumieć. Nie chciała rzucać confundusa w plecy Lety Crouch. Nie chciała, żeby ten chłopak musiał modyfikować wspomnienia albo wyciągać z ludzi informację w imię większego dobra.
Z takim hasłem na ustach łatwo było zejść do samego dna piekieł.
Zawsze miało się wybór, ale czasem ten był mocno ograniczony.
– W takim razie witamy w naszym klubie książki… czasem zwanym Zakonem Feniksa – powiedziała, używając jednego z określeń, które żartobliwie wyciągali czasem niektórzy zakonnicy. – Nie mamy wysokiej pensji, robota paskudna, ale zapewniamy tyle pączków, ile zdołasz zjeść, najlepsze szampony do włosów i przyzwoitą opiekę medyczną – stwierdziła. Może powinno wyglądać to… jakoś bardziej uroczyście, epicko, ale Brenna była bardzo mało epicką osobą i zupełnie nie radziła sobie z wielkimi słowami ani przemowami, chociaż na co dzień tyle gadała. – Nie musisz nic robić, dam znać komu potrzeba, a jeśli pojawi się zadanie dla ciebie… to odezwiemy się. To prędzej czy później nastąpi. Aha… pewnie jak się domyślasz, Erik w tym tkwi, Mav w tym tkwi, tkwi też Heather, a mój ojciec wie, że nie wracamy poranieni z herbatek, ale Cameron nie ma pojęcia. Z resztą mojej rodziny też lepiej nie rozmawiaj na ten temat – ostrzegła Brenna, która ten temat w rzadkich rozmowach z choćby dziadkiem pomijała milczeniem. Zakon był też ciszą między zdaniami w rozmowach z matką, niewypowiedzianym pytaniem, kiedy ta patrzyła na córkę uważnie, i potem kręciła głową.
O pewnych rzeczach po prostu lepiej było nie mówić za wiele.
Z czasem Charlie miał dowiedzieć się więcej, ale na razie Brenna ani nie chciała go tym zarzucać, ani nie uważała, żeby było to potrzebne. Nie na początku.
Poza tym... miała zamiar zadbać, aby Patrick i Morpheus sprawdzili, jak Charles zareagował na dzisiejszą rozmowę. Czy było to miłe? Nie. Ale musiała dbać przede wszystkim o bezpieczeństwo - nawet niekoniecznie z myślą o zdradzie, ale przypadek Harper udowadniał, że czasem psychika zaczynała siadać.
Kiedy chłopak już wyszedł, Brenna westchnęła, odłożyła książkę i sięgnęła po eliksiry z półki oraz papeterię. Moment później wypiła wszystkie zalecone jej mikstury i zabrała się za pisanie paru listów.
Powinna była chyba jednak trochę wyraźniej słuchać, jakie zalecano jej dawkowanie, i czego z czym miała nie mieszać, bo pierwszy list wysłany do Aveliny brzmiał całkiem normalnie, podobnie jak ten do Patricka i treść wiadomości - samolocika posłanej Erikowi, ale ostatni, tworzony już w jakiejś malignie, stał się odą do czekoladowych żab i wyznaniem ich twórcy, że jak miała pięć lat, to uważała go za idealnego kandydata na męża. Całe szczęście, że się nie podpisała ani że właściwie nie miała żadnych byłych i nawet nikogo, do kogo by w przeszłości wzdychała, bo strach pomyśleć, co takiego by posłała, zanim zasnęła - wciąż z piórem w ręku, brudząc poduszkę atramentem.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.