18.09.2024, 21:50 ✶
– No tak inne warianty – zabrzmiał gorzko, jakby był nie tylko poturbowany przez roślinę, ale też przez życie przy okazji. Nawet jeśli jedno i drugie z powodu otrzymanej puli genowej się pokrywało. Do niedawna jeszcze nie miał pojęcia o innych wariantach, od niedawna był przekonany, że rośliny ścigają go za każdym razem, gdy chciał odejść z Kniei. Była to kojąca myśl wtedy, gdy odeszli rodzice, wtedy gdy został tylko on i las. Była to kojąca myśl, że chociaż las go nie opuści.
A teraz okazywało się to wariantem i tylko roślinami. Nie miał nic do młodego lekarza, którego imienia już nie pamiętał, a na twarz nawet nie patrzył. Trochę udzielała mu się niechęć do medyków jego matki, mimowolnie wszak przejmował jej poglądy, nie zastanawiając się nad tym za bardzo. Z drugiej strony ów lekarz teraz mu pomagał, rozmowa toczyła się w akceptowalnym tempie dla kogoś, kto nie nawykł do konwersacji. To znaczy... nawykł do konwersacji z samym sobą głównie.
– Świadomość? Nie rozumiem – zapytał strzygąc uchem. Brwi zmarszczył w zastanowieniu, ale nie zmienił pozycji, odnajdując przyjemny chłód kamienia jako coś czego potrzebował. Poza alkoholem może. I porcją solidnego snu. Tak, solidne spanie pomagało na ataki.
– Nie... nie jestem pewien czy o to Ci chodzi, ale no... to jest wszystko bardzo nagle. Wtedy jakby żyją i chcą mnie zazwyczaj jakoś ee... zatrzymać w miejscu bym powiedział. Są bardzo w tym przekonujące. A gdy fala przemija, to są ze mną o tak jak ten tu kolega. – przechylił trochę głowę w stronę bluszczu, co by nie było wątpliwości. – Część z nich, jak łapie doby system korzeniowy i troskliwą opiekę daje rade z klimatem. W ogrodzie w którym mieszkam udało się utrzymać te egzemplarze, które no... ee... zniszczyły ogródek. Chociaż teraz to wszystko rośnie jak szalone, nie wiem, nawet przez chwile myślałem, że to moja wina – uśmiechnął się smutno na myśl o tym jaki był naiwny, przejmując się potrójnie tym, że w ogrodach którymi się opiekował dzieją się dziwne rzeczy.
– Masz na myśli plecy? Eee... tak, ee ... trochę bolą. Jakbyś... jakbyś mi podał różdżkę to... – oderwał głowę od kamieni i skrzywił się zaciskając zęby, po czym ręką wskazał leżącą przy przeciwległej ścianie kasztanową witkę sapiąc kilkukrotnie.
Nie zdążył. Nie zdążył uciec, a ziemia nie lubiła wypuszczać go ze swoich objęć.
A teraz okazywało się to wariantem i tylko roślinami. Nie miał nic do młodego lekarza, którego imienia już nie pamiętał, a na twarz nawet nie patrzył. Trochę udzielała mu się niechęć do medyków jego matki, mimowolnie wszak przejmował jej poglądy, nie zastanawiając się nad tym za bardzo. Z drugiej strony ów lekarz teraz mu pomagał, rozmowa toczyła się w akceptowalnym tempie dla kogoś, kto nie nawykł do konwersacji. To znaczy... nawykł do konwersacji z samym sobą głównie.
– Świadomość? Nie rozumiem – zapytał strzygąc uchem. Brwi zmarszczył w zastanowieniu, ale nie zmienił pozycji, odnajdując przyjemny chłód kamienia jako coś czego potrzebował. Poza alkoholem może. I porcją solidnego snu. Tak, solidne spanie pomagało na ataki.
– Nie... nie jestem pewien czy o to Ci chodzi, ale no... to jest wszystko bardzo nagle. Wtedy jakby żyją i chcą mnie zazwyczaj jakoś ee... zatrzymać w miejscu bym powiedział. Są bardzo w tym przekonujące. A gdy fala przemija, to są ze mną o tak jak ten tu kolega. – przechylił trochę głowę w stronę bluszczu, co by nie było wątpliwości. – Część z nich, jak łapie doby system korzeniowy i troskliwą opiekę daje rade z klimatem. W ogrodzie w którym mieszkam udało się utrzymać te egzemplarze, które no... ee... zniszczyły ogródek. Chociaż teraz to wszystko rośnie jak szalone, nie wiem, nawet przez chwile myślałem, że to moja wina – uśmiechnął się smutno na myśl o tym jaki był naiwny, przejmując się potrójnie tym, że w ogrodach którymi się opiekował dzieją się dziwne rzeczy.
– Masz na myśli plecy? Eee... tak, ee ... trochę bolą. Jakbyś... jakbyś mi podał różdżkę to... – oderwał głowę od kamieni i skrzywił się zaciskając zęby, po czym ręką wskazał leżącą przy przeciwległej ścianie kasztanową witkę sapiąc kilkukrotnie.
Nie zdążył. Nie zdążył uciec, a ziemia nie lubiła wypuszczać go ze swoich objęć.