18.09.2024, 23:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.09.2024, 00:02 przez Eden Lestrange.)
Po co obchodzić urodziny, kiedy nawet nimi musisz się dzielić z kimś innym?
W dni powszednie starała się o bracie nie myśleć. Wizualizowała sobie utopijny świat, w którym jest jedynaczką i nie musi walczyć o prym z przygłupem, któremu wszystko się należało tylko z tytułu płci - przecież można było ignorować, że ma kiełbie we łbie, grunt, że przekazywał dalej nazwisko. Na co dzień krew ją nieco mniej zalewała, bo po prostu ułożyła sobie życie tak, by nic jej o Elliocie nie przypominało, by jego brak był wręcz niezauważalny.
Kiedy przychodziła kolejna rocznica ich felernego przyjścia na świat, nie mogła o nim zapomnieć. Nie umiała sobie wybaczyć, że nie została jednym z tych krwiożerczych bliźniąt z opowieści, co zjadło swoją drugą słabszą kopię w łonie matki. Nie mogła przestać myśleć o jej karykaturalnym odbiciu lustrzanym, choć rozsadzało ją to od środka. W każde urodziny dostawała w prezencie od losu paranoję, który dorzucał drwa do ogniska niewytłumaczalnej obsesji.
W tym wszystkim najbardziej nie rozumiała tylko jednego - dlaczego akurat dopiero wysłanie mu cynicznego prezentu oraz wymienienie kilku zawistnych zdań koiło jej duszę i pozwalało potem zasnąć.
Nie spała za dobrze tej nocy, a i swoje dni zaczynała skoro świt, więc też niewiele później postanowiła brata odwiedzić. Kiedy przekroczyła próg jego rezydencji, głowę zaczął rozsadzać jej płacz dziecka. Czuła się zawsze rozdarta, gdy słyszała zawodzenie Nicholasa - z jednej strony czuła zazdrość, że Elliott miał potomstwo, a z drugiej cieszyła się, że taki dźwięk nie wita jej każdego ranka.
Miała w planach poczekać, aż właściciel domu oraz wyjca wyjdzie ją przywitać, ale zanim po niego posłali już nie wytrzymała. Ruszyła za rozkrzyczaną syreną niczym rozsierdzony marynarz, w głowie stosując godny tej profesji język. Uznała, że może dzieciak ma dobry powód, żeby płakać. Ba, coś ją nawet tknęło, że może potrzebować pomocy.
Weszła do pokoju z żądzą mordu, ale na widok zrozpaczonego Nicholasa zmiękła błyskawicznie. Westchnęła i przechyliła głowę, patrząc z żałością w oczach na bratanka, po czym odstawiła gdzieś na pierwszą lepszą szafkę swoją torebkę.
- Nie płacz. Z nas dwojga to ja powinnam płakać - oznajmiła Nicholasowi, choć nie liczyła, że wyłapie sens przesłania. Po pierwsze był za mały, po drugie był błogo nieświadomy trosk ciążących na barkach swojej ciotki. Na dobrą sprawę, gdyby znał całą prawdę i tak nie powinien był jej żałować.
Złapała małego pod pachami i wzięła na ręce, po czym podeszła do okna wychodzącego na ogród. Mruczała coś pod nosem do dziecka, pokazując to przelatujące ptaki, to kwiaty rosnące w ogrodzie. Szybko przestał płakać, zainteresowany przyrodą zza szyby, ale Eden nie odstawiła go na miejsce. Nawet nie dlatego, że bała się, że rozwyje się znowu - po prostu nie chciała go puszczać.
Kiedy usłyszała głos swojego brata, najpierw spojrzała zniesmaczona na jego syna. Zupełnie jakby chciała nawiązać z nim kontakt wzrokowy i powiedzieć, że patrz kto to przyszedł, pan maruda, niszczyciel dobrej zabawy, pogromca uśmiechów dzieci. Dopiero potem zwróciła spojrzenie ku Elliottowi, oferując mu znudzoną minę. Nazywanie jej bezdzietną lambadziarą było już nieśmieszne.
- Nie dopowiadaj sobie. Nie złoży nam życzeń, bo nie rozumie jeszcze konceptu urodzin - wymruczała zniesmaczonym tonem, ale potem spojrzała znowu na Nicholasa i się uśmiechnęła. Zazdrościła mu tej błogiej nieświadomości. Mały jeszcze nie wiedział, jak ta rodzina podziurawi mu psychikę.
- Ty też, spójrz w lustro. Wyglądasz jak menel - skomentowała, lustrując od stóp do głów jego poranny szlafroczek. Kiedy Nicholas zachichotał znowu, aż podbudowało jej się ego. Oczywiście szanse na to, że śmiał się razem z nią z Elliotta, były praktycznie zerowe, ale Eden ostatnio żyła w świecie ułudy.
- Nie, przyszłam usłyszeć jak życzysz mi wszystkiego najgorszego, a potem zjeść z tobą śniadanie, jakby to był zwykły wtorek. Jestem wielką fanką podtrzymywania rodzinnych tradycji - odparła wreszcie, a potem znowu pokazała palcem Nicholasowi wróbelka za oknem.
W dni powszednie starała się o bracie nie myśleć. Wizualizowała sobie utopijny świat, w którym jest jedynaczką i nie musi walczyć o prym z przygłupem, któremu wszystko się należało tylko z tytułu płci - przecież można było ignorować, że ma kiełbie we łbie, grunt, że przekazywał dalej nazwisko. Na co dzień krew ją nieco mniej zalewała, bo po prostu ułożyła sobie życie tak, by nic jej o Elliocie nie przypominało, by jego brak był wręcz niezauważalny.
Kiedy przychodziła kolejna rocznica ich felernego przyjścia na świat, nie mogła o nim zapomnieć. Nie umiała sobie wybaczyć, że nie została jednym z tych krwiożerczych bliźniąt z opowieści, co zjadło swoją drugą słabszą kopię w łonie matki. Nie mogła przestać myśleć o jej karykaturalnym odbiciu lustrzanym, choć rozsadzało ją to od środka. W każde urodziny dostawała w prezencie od losu paranoję, który dorzucał drwa do ogniska niewytłumaczalnej obsesji.
W tym wszystkim najbardziej nie rozumiała tylko jednego - dlaczego akurat dopiero wysłanie mu cynicznego prezentu oraz wymienienie kilku zawistnych zdań koiło jej duszę i pozwalało potem zasnąć.
Nie spała za dobrze tej nocy, a i swoje dni zaczynała skoro świt, więc też niewiele później postanowiła brata odwiedzić. Kiedy przekroczyła próg jego rezydencji, głowę zaczął rozsadzać jej płacz dziecka. Czuła się zawsze rozdarta, gdy słyszała zawodzenie Nicholasa - z jednej strony czuła zazdrość, że Elliott miał potomstwo, a z drugiej cieszyła się, że taki dźwięk nie wita jej każdego ranka.
Miała w planach poczekać, aż właściciel domu oraz wyjca wyjdzie ją przywitać, ale zanim po niego posłali już nie wytrzymała. Ruszyła za rozkrzyczaną syreną niczym rozsierdzony marynarz, w głowie stosując godny tej profesji język. Uznała, że może dzieciak ma dobry powód, żeby płakać. Ba, coś ją nawet tknęło, że może potrzebować pomocy.
Weszła do pokoju z żądzą mordu, ale na widok zrozpaczonego Nicholasa zmiękła błyskawicznie. Westchnęła i przechyliła głowę, patrząc z żałością w oczach na bratanka, po czym odstawiła gdzieś na pierwszą lepszą szafkę swoją torebkę.
- Nie płacz. Z nas dwojga to ja powinnam płakać - oznajmiła Nicholasowi, choć nie liczyła, że wyłapie sens przesłania. Po pierwsze był za mały, po drugie był błogo nieświadomy trosk ciążących na barkach swojej ciotki. Na dobrą sprawę, gdyby znał całą prawdę i tak nie powinien był jej żałować.
Złapała małego pod pachami i wzięła na ręce, po czym podeszła do okna wychodzącego na ogród. Mruczała coś pod nosem do dziecka, pokazując to przelatujące ptaki, to kwiaty rosnące w ogrodzie. Szybko przestał płakać, zainteresowany przyrodą zza szyby, ale Eden nie odstawiła go na miejsce. Nawet nie dlatego, że bała się, że rozwyje się znowu - po prostu nie chciała go puszczać.
Kiedy usłyszała głos swojego brata, najpierw spojrzała zniesmaczona na jego syna. Zupełnie jakby chciała nawiązać z nim kontakt wzrokowy i powiedzieć, że patrz kto to przyszedł, pan maruda, niszczyciel dobrej zabawy, pogromca uśmiechów dzieci. Dopiero potem zwróciła spojrzenie ku Elliottowi, oferując mu znudzoną minę. Nazywanie jej bezdzietną lambadziarą było już nieśmieszne.
- Nie dopowiadaj sobie. Nie złoży nam życzeń, bo nie rozumie jeszcze konceptu urodzin - wymruczała zniesmaczonym tonem, ale potem spojrzała znowu na Nicholasa i się uśmiechnęła. Zazdrościła mu tej błogiej nieświadomości. Mały jeszcze nie wiedział, jak ta rodzina podziurawi mu psychikę.
- Ty też, spójrz w lustro. Wyglądasz jak menel - skomentowała, lustrując od stóp do głów jego poranny szlafroczek. Kiedy Nicholas zachichotał znowu, aż podbudowało jej się ego. Oczywiście szanse na to, że śmiał się razem z nią z Elliotta, były praktycznie zerowe, ale Eden ostatnio żyła w świecie ułudy.
- Nie, przyszłam usłyszeć jak życzysz mi wszystkiego najgorszego, a potem zjeść z tobą śniadanie, jakby to był zwykły wtorek. Jestem wielką fanką podtrzymywania rodzinnych tradycji - odparła wreszcie, a potem znowu pokazała palcem Nicholasowi wróbelka za oknem.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~