21.09.2024, 11:42 ✶
Odetchnął głębiej czując powiew wiatru, który zmierzwił mu włosy, pozwolił sobie nawet zamknąć oczy i chyba tylko cudem nie stracił w tym momencie równowagi i przypadkiem nie runął z wieży - chociaż między bogiem a prawdą to przecież i tak sam chciał skoczyć. Powoli wracał do swojego rytmu, kiedy to godził się z tym co miało nadejść, z tym krótkim lotem, a raczej spadaniem i chwilą bólu zakończoną finalnym końcem kiedy to przestanie czuć. W głowie rozegrał mu się już nawet pełen scenariusz co stanie się potem, nie będzie dużo płaczu, może jakiś pogrzeb, ale czy ludzie będą mówić? Pewnie nie, nikt tego nawet nie zauważy. Ktoś powie, ze był dobrym chłopakiem i w Wielkiej Sali zawsze dzień dobry mówił, ale to tyle, przecież nikt nie będzie za nim tęsknił, nie będzie wylewał łez bo jego zabrakło - świat potoczy się dalej nawet na chwilę się nie zatrzymując.
Już podnosił nogę, już się przechylał, żeby faktycznie odbyć swój pierwszy i ostatni lot, a raczej szybkie szybowanie w stronę ziemi, gdy dobiegły go słowa wypowiedziane przez Eden. Coś w nim pękło, może miała rację? To były wymówki? Ale czemu miałby jej mówić wszystko, nie obchodziło jej to, nie mogło, nawet nie znali się z imienia, nie mogło jej obchodzić cokolwiek związanego z nim. Cóż za ironia, mówi się, ze ludzie są panami własnego szczęście, a on czuł się, że nie jest panem nawet własnego śniadani, nie mógł nawet odejść na własnych warunkach.
- Niech nie pamiętają, myślisz, że o to mi chodzi teraz? O uwagę?! - krzyknął z pierwszymi oznakami czegokolwiek innego niż zobojętnienie. Nie czuł irytacji, nie czuł złości, znów był tylko ból i to cholerne poczucie samotności. - Nie. Wiesz jak to jest urodzić się dziurawym i całej dobro jakie jest w tobie wycieka. Że zamiast serca zostaje ci pusta dziura, którą zapełniasz przyjaciółmi, nauką, zabawą, ale im więcej próbujesz tam upchnąć, tym bardziej masz świadomość, że dziura się nie zapełnia tylko pogłębia. A ty widzisz, że masz ludzi, którzy cię kochają, ale nikt cię nie lubi. A to co czujesz to poczucie samotności tak dojmujące jakbyś znalazł się na środku oceanu i jak okiem sięgnąć nie było niczego, tylko ty i bezkres samotności, w której toniesz bo zapominasz jak się pływa. - wszystko to z bólem wypisanym na twarzy wykrzyczał prosto w stronę Eden, nigdy nie planował się uzewnętrzniać aż tak, ani tym bardziej obierać jej za cel swoich narzekań - dziewczyna znalazła się w złym miejscu i złej porze, no i sama na siebie trochę to sprowadziła zaczepiając go. Pierwszy raz powiedział na głos to co męczyło go przez cały rok, ale czy to sprawiło, że było mu lepiej? Ani trochę.
- THOMASIE FIGG NATYCHMIAST ZEJDŹ Z TEJ WIEŻY! - krzyk McGonagall potoczył się echem po dziedzińcu, kiedy to można było zobaczyć szanowaną nauczycielkę transmutacji biegnącą pod wieżę, na której znajdował się wspomniany przez nią przedstawiciel rodziny Figgów. Ten jedynie uśmiechnął się pusto, przecież i tak zamierzał schodzić, ale nie tak jak wyobrażała to sobie profesor McGonagall.
- Nie widzę siebie już w tym świecie - powiedział zmęczony już i zamknął oczy i zrobił krok do przodu. Finalnie zdobył się na to i skoczył, choć bardziej by pasowało powiedzieć, że zszedł z wieży, tylko po tej złej stronie, gdzie nie było schodów.
Już podnosił nogę, już się przechylał, żeby faktycznie odbyć swój pierwszy i ostatni lot, a raczej szybkie szybowanie w stronę ziemi, gdy dobiegły go słowa wypowiedziane przez Eden. Coś w nim pękło, może miała rację? To były wymówki? Ale czemu miałby jej mówić wszystko, nie obchodziło jej to, nie mogło, nawet nie znali się z imienia, nie mogło jej obchodzić cokolwiek związanego z nim. Cóż za ironia, mówi się, ze ludzie są panami własnego szczęście, a on czuł się, że nie jest panem nawet własnego śniadani, nie mógł nawet odejść na własnych warunkach.
- Niech nie pamiętają, myślisz, że o to mi chodzi teraz? O uwagę?! - krzyknął z pierwszymi oznakami czegokolwiek innego niż zobojętnienie. Nie czuł irytacji, nie czuł złości, znów był tylko ból i to cholerne poczucie samotności. - Nie. Wiesz jak to jest urodzić się dziurawym i całej dobro jakie jest w tobie wycieka. Że zamiast serca zostaje ci pusta dziura, którą zapełniasz przyjaciółmi, nauką, zabawą, ale im więcej próbujesz tam upchnąć, tym bardziej masz świadomość, że dziura się nie zapełnia tylko pogłębia. A ty widzisz, że masz ludzi, którzy cię kochają, ale nikt cię nie lubi. A to co czujesz to poczucie samotności tak dojmujące jakbyś znalazł się na środku oceanu i jak okiem sięgnąć nie było niczego, tylko ty i bezkres samotności, w której toniesz bo zapominasz jak się pływa. - wszystko to z bólem wypisanym na twarzy wykrzyczał prosto w stronę Eden, nigdy nie planował się uzewnętrzniać aż tak, ani tym bardziej obierać jej za cel swoich narzekań - dziewczyna znalazła się w złym miejscu i złej porze, no i sama na siebie trochę to sprowadziła zaczepiając go. Pierwszy raz powiedział na głos to co męczyło go przez cały rok, ale czy to sprawiło, że było mu lepiej? Ani trochę.
- THOMASIE FIGG NATYCHMIAST ZEJDŹ Z TEJ WIEŻY! - krzyk McGonagall potoczył się echem po dziedzińcu, kiedy to można było zobaczyć szanowaną nauczycielkę transmutacji biegnącą pod wieżę, na której znajdował się wspomniany przez nią przedstawiciel rodziny Figgów. Ten jedynie uśmiechnął się pusto, przecież i tak zamierzał schodzić, ale nie tak jak wyobrażała to sobie profesor McGonagall.
- Nie widzę siebie już w tym świecie - powiedział zmęczony już i zamknął oczy i zrobił krok do przodu. Finalnie zdobył się na to i skoczył, choć bardziej by pasowało powiedzieć, że zszedł z wieży, tylko po tej złej stronie, gdzie nie było schodów.