19.09.2024, 19:47 ✶
Może ciśnienie podniosło się mu ze stresu, może chodziło o to, że jego dłoń rozgrzała się od ciepła jej ręki, w każdym razie jeśli była chłodna, to Brenna w obliczu całej tej dziwacznej sytuacji, gdy siedemnasty nagle też okazał się trzynastym, zupełnie nie zwróciła na to uwagi.
– Herbaty są świetne, chociaż te ze specjalnym efektem to takie totalne ryzyko, bo na przykład Roby Williams napił się raz jednej, i okazało się, że w środku był eliksir zachęcający do szczerości, i powiedział Mary, że zaczął z nią chodzić tylko dlatego, że odmówiła mu Ellie Walters… i no, trochę się wszystko im tam we trójkę zjebało, chociaż potem przysięgał, że jak już zaczęli chodzić, odkrył, że jest fajniejsza od Ellie.
Czasem prawda wyzwalała, czasem wszystko rujnowała. W tej konkretnej sytuacji Brenna, będąca świadkiem całego wydarzenia, bo po prostu siedziała i mrugała oczami, nie za bardzo ogarniając, sama niepewna, czy na miejscu Mary chciałaby wiedzieć, czy nie, i czy uznałaby, że to definitywny relacji. Doskonale pamiętała, że rozbolała ją głowa, a potem pocieszała po kolei Mary, Ellie, Roby’ego i jeszcze bardzo szkoda jej było Willy’ego, który był zakochany w Mary, ale on za Brenną nie przepadał, więc jemu nie mogła służyć chusteczką czy ramieniem.
– W każdym razie bardzo uważam, co tam piję – dokończyła jeszcze, zanim podeszła kelnerka.
Brenna z kolei Basiliusa lubiła zawsze: lubiła zresztą większość ludzi, darzenie innych sympatią przychodziło jej dość łatwo. Chociaż jego nauczyła się cenić bardziej niż „większość” – był kompetentny, był zabawny, a poza tym chyba zawsze miała pewną słabość do pewnej złośliwości i przebiegłości Prewettów, którzy byli sprytni, ale też ten spryt świetnie potrafili kryć, czy pod maską profesjonalizmu, czy pod sporą dawką uroku osobistego. Cała ta „klątwa” wywoływała u niej głównie westchnienie, że jest trochę deprymująca, a poza tym uzdrowiciel nie zasłużył na to, by los dręczył go… no Brenną.
Chociaż gdyby była pewna, że b e z klątwy nie dostałaby sztyletem w bok, pewnie też byłaby na to przekleństwo zła.
– Hm? – spytała, równie zdziwiona jak Basilius, a potem omal się nie roześmiała na kontynuację pytania i jego odpowiedź. – Zależy, jak liczyć, ale można powiedzieć, że prawie cztery lata… – stwierdziła, a gdy kelnerka odeszła, dokończyła, spoglądając na Basiliusa z odrobiną rozbawienia. -…bycia współprzeklętym.
– Herbaty są świetne, chociaż te ze specjalnym efektem to takie totalne ryzyko, bo na przykład Roby Williams napił się raz jednej, i okazało się, że w środku był eliksir zachęcający do szczerości, i powiedział Mary, że zaczął z nią chodzić tylko dlatego, że odmówiła mu Ellie Walters… i no, trochę się wszystko im tam we trójkę zjebało, chociaż potem przysięgał, że jak już zaczęli chodzić, odkrył, że jest fajniejsza od Ellie.
Czasem prawda wyzwalała, czasem wszystko rujnowała. W tej konkretnej sytuacji Brenna, będąca świadkiem całego wydarzenia, bo po prostu siedziała i mrugała oczami, nie za bardzo ogarniając, sama niepewna, czy na miejscu Mary chciałaby wiedzieć, czy nie, i czy uznałaby, że to definitywny relacji. Doskonale pamiętała, że rozbolała ją głowa, a potem pocieszała po kolei Mary, Ellie, Roby’ego i jeszcze bardzo szkoda jej było Willy’ego, który był zakochany w Mary, ale on za Brenną nie przepadał, więc jemu nie mogła służyć chusteczką czy ramieniem.
– W każdym razie bardzo uważam, co tam piję – dokończyła jeszcze, zanim podeszła kelnerka.
Brenna z kolei Basiliusa lubiła zawsze: lubiła zresztą większość ludzi, darzenie innych sympatią przychodziło jej dość łatwo. Chociaż jego nauczyła się cenić bardziej niż „większość” – był kompetentny, był zabawny, a poza tym chyba zawsze miała pewną słabość do pewnej złośliwości i przebiegłości Prewettów, którzy byli sprytni, ale też ten spryt świetnie potrafili kryć, czy pod maską profesjonalizmu, czy pod sporą dawką uroku osobistego. Cała ta „klątwa” wywoływała u niej głównie westchnienie, że jest trochę deprymująca, a poza tym uzdrowiciel nie zasłużył na to, by los dręczył go… no Brenną.
Chociaż gdyby była pewna, że b e z klątwy nie dostałaby sztyletem w bok, pewnie też byłaby na to przekleństwo zła.
– Hm? – spytała, równie zdziwiona jak Basilius, a potem omal się nie roześmiała na kontynuację pytania i jego odpowiedź. – Zależy, jak liczyć, ale można powiedzieć, że prawie cztery lata… – stwierdziła, a gdy kelnerka odeszła, dokończyła, spoglądając na Basiliusa z odrobiną rozbawienia. -…bycia współprzeklętym.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.