Miała chęć złapać za miotłę i przy pomocy niej znaleźć się na miejscu zbiórki. Papieros wypalony na balkonie jednak skutecznie odsunął od niej ten pomysł. Było chłodno, zdecydowanie chłodniej niż jej się wydawało. Szkoda, trochę ruchu przed wejściem do lasu dobrze by jej zrobiło. Lubiła czuć wiatr we włosach, kiedy unosiła się nad ziemią, jednak miała świadomość, że przy zbyt niskiej temperaturze to mogło się zakończyć źle, nie chciała dorobić się odmrożeń nim zaczną swoją przygodę, to mogło nieco skomplikować sprawę.
O zleceniu dowiedziała się kilka dni temu. Oczywiście zgodziła się zaangażować, cóż było nielegalne, mogła im się stać krzywda - nie trzeba było jej dwa razy namawiać. Geraldine Yaxley nigdy nie odmawiała wzięcia udziału w takiej przygodzie. Kochała adrenalinę, więc gdy tylko pojawiała się możliwość to z niej korzystała. Nie chciała żałować tego, że coś ją ominęło.
Nie do końca wiedziała, czego powinna się spodziewać, postanowiła więc zabrać ze sobą swoje standardowe wyposażenie. Kuszę, którą uwielbiała, był to chyba jeden z jej ulubionych przedmiotów jeśli chodzi o sprzęt związany z polowaniami oraz kilka sztyletów. Miała je poukrywane w różnych częściach garderoby, tak, aby niezbyt rzucały się w oczy. Wiedziała, że czeka ich długa wyprawa, dlatego ubrała się ciepło, chłód mógł spowalniać ruchy, osłabić ją, na to nie mogła sobie pozwolić.
Yaxleyówna teleportowała się kawałek od miejsca spotkania. Chciała jeszcze się przejść. Zimowe poranki miały swój urok. Mróz, który skrzypiał pod ciężkimi butami, promienie słońca odbijające się od śniegu, para unosząca się z ust. To wszystko było na swój sposób piękne, chciała się tym chociaż chwilę rozkoszować, no i miała zamiar dobudzić się po nie do końca przespanej nocy.
Nie miała pojęcia ile osób będzie liczyła grupa, z którą będzie miała współpracować. Znała swoją rolę, miała ich obronić przed ewentualnym niebezpieczeństwem, czyli nic nowego, liczyła nawet, że pojawi się im na drodze jakiś stwór, którego będzie mogła zabrać niczym trofeum.
Naciągnęła kaptur na głowę, bo wiatr nie należał do przyjemnych, policzki już zdążyły jej się zarumienić od niego i od mrozu. Nie udało jej się schować pod kapturem długiego warkocza, więc zgrabnie sobie fruwał, kiedy się poruszała.
Zmierzała przed siebie pewnym krokiem, wyprostowana i dumna. Gotowa na przygodę, ciekawa swoich towarzyszy. Podczas takich zleceń można było nawiązać naprawdę interesujące znajomości, które mogły jej się przydać w przyszłości. Dobrze było kojarzyć takich jak ona, nie do końca prawych, raczej ślizgających się między tym co legalne, a nie.
Dostrzegła sylwetkę pośród niczego. Najwyraźniej nie była pierwsza. Ktoś już tutaj czekał. Przyspieszyła kroku, nieznacznie, tak, żeby ta osoba tego nie zauważyła, chciała sprawdzić bowiem, kim była ta osoba. Panna Yaxley nie miała w sobie za grosz cierpliwości.
Znalazła się w końcu przed mężczyzną, który na coś czekał, cóż, założyła, że czeka na nią, bo przecież to było miejsce, w którym mieli się spotkać przed wyruszeniem do lasu. Przystanęła i wreszcie spojrzała na niego. Mimo tego, że większość twarzy miał zakrytą szalikiem, to poznała go po oczach, już wcześniej zapamiętała dokładnie ich kolor, zielone, kojarzyły jej się z wiosną, z roślinami wracającymi do życia po zimowym śnie.
- Greengrass. - Powiedziała lekko, najwyraźniej chciała się z nim w ten sposób przywitać. Dawno się nie widzieli, okoliczności tego spotkania nie zdziwiły jej nawet jakoś specjalnie, przeczuwała, że jest jedną z osób, która tak jak ona lubi kroczyć na granicy tego, co dobre i złe.