20.09.2024, 00:04 ✶
– Tylko na zaprzeczanie oczywistej prawdy – powtórzył uparcie, uśmiechając się do niej w ten charakterystyczny sposób, jakby oczekiwał, że zaraz na dach wpadną dziennikarze i zaczną robić mu zdjęcia na pierwsze okładki wszystkich gazet.
Zaśmiał się, a w odpowiedzi na jej sztutchnięcie, teraz to on położył głowę na jej ramieniu.
– A może to po prostu wszyscy inni Mulciberowie są tymi udawanymi, a ja jestem tym przepowiedzianych w legendach dziedzicem, który kiedyś przyniesie temu rodu nową nadzieję, światłość i lepszą przyszłość, a jego wieki ciemne przeminą? – zażartował, szczerząc się jeszcze bardziej. – Naprawdę, myślę, że gdybyśmy nie dopuścili do tego ślubu, moja matka musiałaby chociaż przyznać, że wdałem się w nią.
Bo przecież jakby się nad tym zastanowić z matką łączyło go naprawdę dużo. Rosalie Selwyn, z domu Mulciber, tak samo jak syn miała zdolność widzenia aur i nici, tak samo jak syn była urodzoną aktorką i tak samo jak syn nie lubiła, gdy ktoś jej mówił jak miała żyć. Czy więc naprawdę aż tak się zdziwi, gdy wydarzy się coś, co sprawi, że ślubu nie będzie? Jak już to powinna być z niego dumna!
– Twoja matka nie zasługuje na ciebie Lottie – podsumował i szczerze tak myślał, bo nie rozumiał jak ta chłodna kobieta mogła mieć tak wspanimoże córkę jak jego przyjaciółka, bo jasne, może i Charlotte również nie była... Najsympatyczniejszą istotą na tym świecie, ale jednak Jonathan widział, że troszczyła się o bliskich, a to było coś czego o pani Crouch nie mógł powiedzieć.
Podniósł głowę i spojrzał jej prostu w oczy, a w jego wzroku wyjątkowo malowała się czysta powaga.
– Poradziłbym sobie z nimi. Mówię poważnie Lottie, jeśli chcesz, zrób to. Zróbmy to. – Czymkolwiek było to to, bo przecież jasnego planu na razie jeszcze nie mieli. – Bogowie nie po to sprawili, że zostaliśmy zaręczeni, abyśmy brali ślub! – Zaraz jednak w ciemnych oczach Selwyna, pojawiło się znowu światełko rozbawienia. – Po pierwsze, to oczywiste że wyglądałbym ma naszym ślubie lepiej. Na nocy poślubnej też. Po drugie, o nie, nie, nie. Nie rozumiesz Lottie. Chcę by wiedzieli, że to był nasz plan.
Zaśmiał się, a w odpowiedzi na jej sztutchnięcie, teraz to on położył głowę na jej ramieniu.
– A może to po prostu wszyscy inni Mulciberowie są tymi udawanymi, a ja jestem tym przepowiedzianych w legendach dziedzicem, który kiedyś przyniesie temu rodu nową nadzieję, światłość i lepszą przyszłość, a jego wieki ciemne przeminą? – zażartował, szczerząc się jeszcze bardziej. – Naprawdę, myślę, że gdybyśmy nie dopuścili do tego ślubu, moja matka musiałaby chociaż przyznać, że wdałem się w nią.
Bo przecież jakby się nad tym zastanowić z matką łączyło go naprawdę dużo. Rosalie Selwyn, z domu Mulciber, tak samo jak syn miała zdolność widzenia aur i nici, tak samo jak syn była urodzoną aktorką i tak samo jak syn nie lubiła, gdy ktoś jej mówił jak miała żyć. Czy więc naprawdę aż tak się zdziwi, gdy wydarzy się coś, co sprawi, że ślubu nie będzie? Jak już to powinna być z niego dumna!
– Twoja matka nie zasługuje na ciebie Lottie – podsumował i szczerze tak myślał, bo nie rozumiał jak ta chłodna kobieta mogła mieć tak wspanimoże córkę jak jego przyjaciółka, bo jasne, może i Charlotte również nie była... Najsympatyczniejszą istotą na tym świecie, ale jednak Jonathan widział, że troszczyła się o bliskich, a to było coś czego o pani Crouch nie mógł powiedzieć.
Podniósł głowę i spojrzał jej prostu w oczy, a w jego wzroku wyjątkowo malowała się czysta powaga.
– Poradziłbym sobie z nimi. Mówię poważnie Lottie, jeśli chcesz, zrób to. Zróbmy to. – Czymkolwiek było to to, bo przecież jasnego planu na razie jeszcze nie mieli. – Bogowie nie po to sprawili, że zostaliśmy zaręczeni, abyśmy brali ślub! – Zaraz jednak w ciemnych oczach Selwyna, pojawiło się znowu światełko rozbawienia. – Po pierwsze, to oczywiste że wyglądałbym ma naszym ślubie lepiej. Na nocy poślubnej też. Po drugie, o nie, nie, nie. Nie rozumiesz Lottie. Chcę by wiedzieli, że to był nasz plan.