16.01.2023, 21:35 ✶
Nie widziała nikogo, a jednocześnie była dziwnie pewna, że za plecami, gdzieś w tej mgle, coś się czai. Czyha i czeka – na nie wiadomo do końca co. Na chwilę nieuwagi? Och, biorąc pod uwagę, że widoczność do najlepszych teraz nie należała i mimo wszystko nie miała oczu dookoła głowy, żeby móc wszystko obserwować i w jakikolwiek sposób zareagować – wydawała się być raczej łatwą ofiarą.
Zwłaszcza że wszędzie ziało pustką, martwotą, wręcz beznadzieją.
Nic tutaj nie wydawało się być w porządku, wszystko wewnątrz Clare wołało, by wynosiła się stąd jak najprędzej. Bez zastanawiania się, po prostu jak najdalej stąd. Jak najdalej od wszechobecnej mgły, sprawiającej wrażenie, iż można w niej zawiesić siekierę.
Jak najdalej od niewidzialnych oczu wśród mlecznych kłębów.
Ale ostatecznie poszła przecież dalej, choć też jednocześnie stała się czujniejsza – już nie tylko na boki się rozglądała, nie tylko przed siebie patrzyła, ale i również sprawdzała, co dzieje się za nią.
Rozpoznanie dwójki na ławce wiązało się z niemałym szokiem, przez który znacznie zwolniła. A potem wyciągnęła w końcu różdżkę, niepewna, czy przypadkiem jej oczu nie mami jakiś czar. Może powinna była cisnąć zaklęciem, spróbować rozproszyć, tyle że…
… bezwiednie postąpiła krok. Jeszcze jeden. Kolejny. Nie odrywała spojrzenia od męskiej sylwetki, nie mogła, nie chciała, nie potrafiła. Zabiłem ją… czas dorosnąć.
Czas dorosnąć.
Aż za dobrze pamiętała te słowa, jakie padły w momencie, gdy jasnym się stało, że tak naprawdę nie mieli przed sobą przyszłości. Och, pewnie, sama Clare była gotowa za nic mieć małżeńskie obowiązki i wybitnie lekceważyć wszystko, co wiązało się ze złożoną wbrew własnej woli przysięgą – w końcu nie było w niej ani grama prawdy.
Komu innemu przysięgała, każdym oddechem, każdym spojrzeniem, każdym dotknięciem. Nie potrzebowała do tego słów, by raz po raz składać kolejną i kolejną…
… by wszystkie tak naprawdę złamać, pojęła to zbyt późno.
Bo przecież Patrick chciał – i w pełni na to zasługiwał – kroczyć w świetle dnia, nie zaś kryć się w cieniach nocy. Zaś koniec końców tylko to mu oferowała, dopóki, dopóki…
- … nie zabiłeś mnie – szepnęła bezwiednie, niezdolna do krzyku, głośnego protestu. Niewidzialne palce zacisnęły się wokół gardła, niemalże dosłownie odbierając dech, świat zaś zaczął podejrzanie się rozmywać. Zamrugała szybko, kręcąc głową. Nie, nie, nie, NIE.
Głuchy odgłos zderzenia oznajmił światu, że walizka wylądowała na bruku.
- Patrick... – już nieco głośniej, ale i też wręcz błagalnie.
I znowu poczuła to. Obserwator we mgle. Coraz bliżej; aż włoski na karku stawały dęba – zupełnie jakby dosłownie czuła na nim oddech tego kogoś. Czegoś? Nie wiedziała. Odwróciła się, nie spoglądała już tylko przez ramię, unosząc przy tym różdżkę, wokół której zaciskała palce. Mocno, może nawet zbyt mocno.
Wypatrywała czegokolwiek. Ruchu. Cienia, którego nie powinno być.
… a może po prostu wszystko to było jedynie koszmarnym snem, z którego zaraz się obudzi…?
Zwłaszcza że wszędzie ziało pustką, martwotą, wręcz beznadzieją.
Nic tutaj nie wydawało się być w porządku, wszystko wewnątrz Clare wołało, by wynosiła się stąd jak najprędzej. Bez zastanawiania się, po prostu jak najdalej stąd. Jak najdalej od wszechobecnej mgły, sprawiającej wrażenie, iż można w niej zawiesić siekierę.
Jak najdalej od niewidzialnych oczu wśród mlecznych kłębów.
Ale ostatecznie poszła przecież dalej, choć też jednocześnie stała się czujniejsza – już nie tylko na boki się rozglądała, nie tylko przed siebie patrzyła, ale i również sprawdzała, co dzieje się za nią.
Rozpoznanie dwójki na ławce wiązało się z niemałym szokiem, przez który znacznie zwolniła. A potem wyciągnęła w końcu różdżkę, niepewna, czy przypadkiem jej oczu nie mami jakiś czar. Może powinna była cisnąć zaklęciem, spróbować rozproszyć, tyle że…
… bezwiednie postąpiła krok. Jeszcze jeden. Kolejny. Nie odrywała spojrzenia od męskiej sylwetki, nie mogła, nie chciała, nie potrafiła. Zabiłem ją… czas dorosnąć.
Czas dorosnąć.
Aż za dobrze pamiętała te słowa, jakie padły w momencie, gdy jasnym się stało, że tak naprawdę nie mieli przed sobą przyszłości. Och, pewnie, sama Clare była gotowa za nic mieć małżeńskie obowiązki i wybitnie lekceważyć wszystko, co wiązało się ze złożoną wbrew własnej woli przysięgą – w końcu nie było w niej ani grama prawdy.
Komu innemu przysięgała, każdym oddechem, każdym spojrzeniem, każdym dotknięciem. Nie potrzebowała do tego słów, by raz po raz składać kolejną i kolejną…
… by wszystkie tak naprawdę złamać, pojęła to zbyt późno.
Bo przecież Patrick chciał – i w pełni na to zasługiwał – kroczyć w świetle dnia, nie zaś kryć się w cieniach nocy. Zaś koniec końców tylko to mu oferowała, dopóki, dopóki…
- … nie zabiłeś mnie – szepnęła bezwiednie, niezdolna do krzyku, głośnego protestu. Niewidzialne palce zacisnęły się wokół gardła, niemalże dosłownie odbierając dech, świat zaś zaczął podejrzanie się rozmywać. Zamrugała szybko, kręcąc głową. Nie, nie, nie, NIE.
Głuchy odgłos zderzenia oznajmił światu, że walizka wylądowała na bruku.
- Patrick... – już nieco głośniej, ale i też wręcz błagalnie.
I znowu poczuła to. Obserwator we mgle. Coraz bliżej; aż włoski na karku stawały dęba – zupełnie jakby dosłownie czuła na nim oddech tego kogoś. Czegoś? Nie wiedziała. Odwróciła się, nie spoglądała już tylko przez ramię, unosząc przy tym różdżkę, wokół której zaciskała palce. Mocno, może nawet zbyt mocno.
Wypatrywała czegokolwiek. Ruchu. Cienia, którego nie powinno być.
… a może po prostu wszystko to było jedynie koszmarnym snem, z którego zaraz się obudzi…?
458/1323