20.09.2024, 18:59 ✶
– Jesteś wyrodkiem – powiedziała Charlotte bezlitośnie, zapatrzona na niebo, na gwiazdę, która przemknęła przez nie i zgasła, nim Crouch zdążyła zastanowić się, czego mogłaby sobie zażyczyć. Uwolnienia od matki? Szczęścia z Nedem? Powodzenia dla swoich przyjaciół?
Życzyła sobie tego i jeszcze więcej, ale zamierzała wywalczyć spełnienie każdego z tych życzeń sama, choćby zębami i pazurami. W tej chwili jakoś narastała w niej determinacja.
– I całe szczęście, bo z każdym Mulciberem jest coś nie tak – dodała i przesunęła dłonią po jego ciemnych włosach. Nie żeby przeszkadzał jej konserwatyzm Mulciberów – sama Charlotte, gdyby nie uznała, że w sumie to lubi tego wesołego mugolaka, który cieszył się wszystkim, gdy ją prawie wszystko nudziło, i nie wpadła „złe towarzystwo” Morpheusa i Jonathana, byłaby mizantropem. Raczej ich sposób bycia sprawiał, że unosiła oczy ku niebu, a przynajmniej tak było z każdym z tej rodziny… poza Jonathanem, oczywiście. Ale on na szczęście nie utrzymywał z nimi kontaktów. – Moja matka zasługuje na zrzucenie jej z jakiegoś mostu, ale jest ostrożna i nigdy obok mnie na takim nie stanęła – westchnęła, z odrobiną smuteczku w głosie, jakby faktycznie była gotowa zepchnąć Perspehonę z jakiegoś mostu.
Chyba ta gotowość powoli w niej dojrzewała.
– Hm… zastanowię się nad tym – stwierdziła, a potem podniosła się i wyciągnęła ku Selwynowi dłoń, a na jej twarz zaplątał się uśmiech, trochę psotny, rzadko u Charlotte się pojawiający. Zwykle jeśli się uśmiechała, to albo bardzo miło, ale nieszczerze, albo odrobinę złośliwie, z radością, gdy ktoś na przykład robił z siebie błazna. – Co ty na to, żebyśmy stąd umknęli? Nie mogę nawet mieć do nas pretensji. Och, zaręczeni, tacy zakochani, koniecznie chcieli spędzić trochę czasu we dwójkę, ple ple ple – powiedziała, przewróciła oczyma i to już bardziej pasowało do panny Crouch niż tamten uśmiech. Nie miała najmniejszej ochoty wracać na własne przyjęcie zaręczynowe i nie wątpiła, że Selwyn pod tym względem się z nią zgodzi.
Życzyła sobie tego i jeszcze więcej, ale zamierzała wywalczyć spełnienie każdego z tych życzeń sama, choćby zębami i pazurami. W tej chwili jakoś narastała w niej determinacja.
– I całe szczęście, bo z każdym Mulciberem jest coś nie tak – dodała i przesunęła dłonią po jego ciemnych włosach. Nie żeby przeszkadzał jej konserwatyzm Mulciberów – sama Charlotte, gdyby nie uznała, że w sumie to lubi tego wesołego mugolaka, który cieszył się wszystkim, gdy ją prawie wszystko nudziło, i nie wpadła „złe towarzystwo” Morpheusa i Jonathana, byłaby mizantropem. Raczej ich sposób bycia sprawiał, że unosiła oczy ku niebu, a przynajmniej tak było z każdym z tej rodziny… poza Jonathanem, oczywiście. Ale on na szczęście nie utrzymywał z nimi kontaktów. – Moja matka zasługuje na zrzucenie jej z jakiegoś mostu, ale jest ostrożna i nigdy obok mnie na takim nie stanęła – westchnęła, z odrobiną smuteczku w głosie, jakby faktycznie była gotowa zepchnąć Perspehonę z jakiegoś mostu.
Chyba ta gotowość powoli w niej dojrzewała.
– Hm… zastanowię się nad tym – stwierdziła, a potem podniosła się i wyciągnęła ku Selwynowi dłoń, a na jej twarz zaplątał się uśmiech, trochę psotny, rzadko u Charlotte się pojawiający. Zwykle jeśli się uśmiechała, to albo bardzo miło, ale nieszczerze, albo odrobinę złośliwie, z radością, gdy ktoś na przykład robił z siebie błazna. – Co ty na to, żebyśmy stąd umknęli? Nie mogę nawet mieć do nas pretensji. Och, zaręczeni, tacy zakochani, koniecznie chcieli spędzić trochę czasu we dwójkę, ple ple ple – powiedziała, przewróciła oczyma i to już bardziej pasowało do panny Crouch niż tamten uśmiech. Nie miała najmniejszej ochoty wracać na własne przyjęcie zaręczynowe i nie wątpiła, że Selwyn pod tym względem się z nią zgodzi.