16.01.2023, 22:18 ✶
Swojska, podbarwiona humorem rozmowa rodzeństwa szczerze mówiąc, jakoś podbudowywała Thomasa na duchu. Wolał to od powracającej myśli o tym, że niemal nie skończył, wąchając kwiatki od spodu. I tak, był na to gotowy podczas każdej pracy w terenie w szeregach BUM, nigdy jednak nie był tak blisko śmierci, jak dziś. Nadal czuł jej oddech na karku, jego żołądek ledwo się trzymał, nie chciał jednak tego roztrząsać, wiedząc, że to nie czas na przetrawienie emocji, które w nim się rodziły i kotłowały. Wiedział, że potem pęknie. Jeszcze nie wiedział kiedy, nie mógł tego zrobić jednak teraz. Nie przy ludziach, którzy jeszcze chwilę temu rzucali w niego zaklęciami, które zdecydowanie miały wyrządzić mu krzywdę. Nie teraz, kiedy należało wezwać aurorów, jak trzeźwo stwierdził Erik. Uzdrowiciel był raczej zbędny, przynajmniej na razie, tak twierdził Tomasz, nadal nie do końca zdając sobie sprawy z tego, w jakim był konkretnie stanie. Nie protestował jednak. Trochę nie miał na to sił, a miał jeszcze coś do załatwienia, przynajmniej do czasu, gdy byli sami, a w nim buzowały jeszcze resztki emocji, które napędzały go do działania. Wiedział, że niedługo i jego czeka przesłuchanie. Będzie musiał odpowiedzieć na wiele pytań, na które pewnie nie będzie nawet znał odpowiedzi. Chciał więc pojąć chociaż podstawy.
Zawahał się jednak, nadal spoglądając na młodą twarz. Nie znał ani kobiety, ani chłopaka. Pokręcił więc głową w odpowiedzi na pytanie Longbottom. Byli dla niego obcy, a wiedzieli, gdzie mieszkał, znali zapewne jego tożsamość. Wiedzieli, gdzie pracuje, więc pewnie stąd wyciągnęli większość informacji. Może go śledzili i on głupi nawet tego nie zauważy?. A może mają jakiegoś szczura w Departamencie? Wątpił, by byli szczerzy w swoich zeznaniach, przynajmniej jeśli nie zastosuje się jakiegoś przymusu.
- Bren, daj któremuś z nich mówić, muszę z nimi pogadać - powiedział, ze zmarszczonymi brwiami i pożałowaniem nadal patrząc na twarz chłopaka. Tłukło mu się w głowie jedno, najważniejsze pytanie, które nie pozwalało mu myśleć o praktycznie niczym innym. Poczekał więc, aż Brenna się zgodzi i da któremuś z nich możliwość komunikowana się z nimi. Dopiero wtedy wziął głęboki oddech i spojrzał kobiecie i dzieciakowi prosto w oczy.
- Dlaczego? Dlaczego ja? - wyrzucił, czując, jak jego serce na chwilę zatrzymało się w napięciu, podczas oczekiwania na odpowiedź. Ta nadeszła wbrew pozorom szybko.
- Dla przykładu. Dla pokazania, że żadna szlama nie jest bezpieczna - usłyszał, a jego żołądek znów zwinął się w supeł. Przymknął oczy, czując, jak jad z odpowiedzi powoli wnika w jego ciało, powodując, że zrobiło mu się jednocześnie zimno, jak i gorąco. Miał być przykładem. Niemal roześmiał się, z jego gardła wydostało się tylko prychnięcie, podsycone nutą płaczliwej wilgoci.
- Przykładu - powtórzył, nie dowierzając. Odwrócił się od dwójki więźniów, po czym przywalił w ścianę z pięści, dopiero wtedy przypominając sobie, że jego prawa dłoń jest poraniona. Zaklął głośno, kopnął jakąś Merlinowi winną ducha książkę, po czym wyrzucił ręce w powietrze. Był sfrustrowany, nie wiedział, co ze sobą zrobić. Rodziła się w nim wściekłość, której nie potrafił rozładować. - Cholernego przykładu, do kurwy - spojrzał na rodzeństwo, czując, że nie może zrozumieć. Nie zawinił tym ludziom niczym. Nie zrobił im kompletnie nic, a oni ot tak, chcieli mu odebrać życie, bo ktoś chciał z niego uczynić swoistą groźbę. Oparł się czołem o ścianę, z której przed chwila próbował zrobić worek treningowy, w geście zrezygnowania. Nie rozumiał, czemu tak nim to wstrząsnęło, a jednak jego umysł nie mógł tego przetrawić.
Zawahał się jednak, nadal spoglądając na młodą twarz. Nie znał ani kobiety, ani chłopaka. Pokręcił więc głową w odpowiedzi na pytanie Longbottom. Byli dla niego obcy, a wiedzieli, gdzie mieszkał, znali zapewne jego tożsamość. Wiedzieli, gdzie pracuje, więc pewnie stąd wyciągnęli większość informacji. Może go śledzili i on głupi nawet tego nie zauważy?. A może mają jakiegoś szczura w Departamencie? Wątpił, by byli szczerzy w swoich zeznaniach, przynajmniej jeśli nie zastosuje się jakiegoś przymusu.
- Bren, daj któremuś z nich mówić, muszę z nimi pogadać - powiedział, ze zmarszczonymi brwiami i pożałowaniem nadal patrząc na twarz chłopaka. Tłukło mu się w głowie jedno, najważniejsze pytanie, które nie pozwalało mu myśleć o praktycznie niczym innym. Poczekał więc, aż Brenna się zgodzi i da któremuś z nich możliwość komunikowana się z nimi. Dopiero wtedy wziął głęboki oddech i spojrzał kobiecie i dzieciakowi prosto w oczy.
- Dlaczego? Dlaczego ja? - wyrzucił, czując, jak jego serce na chwilę zatrzymało się w napięciu, podczas oczekiwania na odpowiedź. Ta nadeszła wbrew pozorom szybko.
- Dla przykładu. Dla pokazania, że żadna szlama nie jest bezpieczna - usłyszał, a jego żołądek znów zwinął się w supeł. Przymknął oczy, czując, jak jad z odpowiedzi powoli wnika w jego ciało, powodując, że zrobiło mu się jednocześnie zimno, jak i gorąco. Miał być przykładem. Niemal roześmiał się, z jego gardła wydostało się tylko prychnięcie, podsycone nutą płaczliwej wilgoci.
- Przykładu - powtórzył, nie dowierzając. Odwrócił się od dwójki więźniów, po czym przywalił w ścianę z pięści, dopiero wtedy przypominając sobie, że jego prawa dłoń jest poraniona. Zaklął głośno, kopnął jakąś Merlinowi winną ducha książkę, po czym wyrzucił ręce w powietrze. Był sfrustrowany, nie wiedział, co ze sobą zrobić. Rodziła się w nim wściekłość, której nie potrafił rozładować. - Cholernego przykładu, do kurwy - spojrzał na rodzeństwo, czując, że nie może zrozumieć. Nie zawinił tym ludziom niczym. Nie zrobił im kompletnie nic, a oni ot tak, chcieli mu odebrać życie, bo ktoś chciał z niego uczynić swoistą groźbę. Oparł się czołem o ścianę, z której przed chwila próbował zrobić worek treningowy, w geście zrezygnowania. Nie rozumiał, czemu tak nim to wstrząsnęło, a jednak jego umysł nie mógł tego przetrawić.