Nie do końca podobał jej się kierunek, w którym zmierzała ich pogawędka, nie chciała reagować przesadnie na to, co do niej mówił, bo pewnie poczułby satysfakcję, że znowu udało mu się ją zirytować. Nie chciała mu tego dać. Była pierdoloną oazą spokoju. Przynajmniej na zewnątrz, bo w środku zaczynała się gotować.
- Cieszę się, że to zrozumiałeś i postanowiłeś się dostosować. - Uśmiechnęła się nawet, kiedy to powiedziała, ale to nie był jeden z tych przyjemnych uśmiechów, znowu wybrała złośliwość.
Zdecydowanie źle się stało, że zaczęli rozmawiać. Cisza byłaby lepsza, chociaż nawet gdy się do siebie nie odzywali można było wyczuć w powietrzu napięcie. Na nikogo tak nie reagowała, nikt nigdy nie powodował u niej takiej irytacji samym oddychaniem.
- Znam, może nie tak, że kojarzę każde drzewo w tym lesie, ale bywałam tu. - Eksplorowała większość lasów w Wielkiej Brytanii już jako dziecko. Nie miały dla niej tajemnic, wiedziała, gdzie może spotkać jakie stworzenia, na tym przecież też polegała jej praca. Lasy były jej miejscem na ziemi, a te na Wyspach były przede wszystkim dla niej domem. Tutaj nauczyła się wszystkiego, co wiedziała, tutaj zabiła pierwszego błotoryja, czy łapała hipogryfy.
Miała nadzieję, że ktoś jednak się pojawi i razem wyruszą w las, bo obawiała się trochę zostać z nim dłużej sam na sam. Wiedziała, że nie wytrzyma długo z kąsaniem się w język, prędzej, czy później emocje przejmą nad nią władzę i wybuchnie, zdecydowanie wolałaby żeby do tego nie doszło, ale czuła buzującą w żyłach krew, która nie wróżyła niczego innego. Może uda jej się wyżyć na czymś, co spotkają w lesie, to też nie była najgorsza metoda na radzenie sobie ze zdenerwowaniem, nie obraziłaby się, gdyby jakaś kreatura spadła na nią z nieba.
- Fakt, ojciec na pewno nie żałował grosza. - Gerard nie należał do szczególnie skąpych osób, szczególnie, kiedy chodziło o doprowadzenie jej do porządku. Nie miała pojęcia na jakiej zasadzie działała jego umowa z Ambroisem, to nie był jej interes, ale zapewne by nie został ich uzdrowicielem, gdyby mu odpowiednio nie płacili. Cóż, łowcy byli całkiem niezłymi klientami, dosyć często przecież coś im się przytrafiało, niekończąca się żyła pieniędzy.
- Tak, doceniam, muszę brać z niego jak najwięcej, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy się skończy. - Najwyraźniej podeszła do tego nie do końca tak, jak się po niej spodziewano. Powinna się zrazić, być ostrożniejsza, ale nie chciała działać w ten sposób. Póki stąpała po tym świecie musiała przeżyć i odczuć jak najwięcej, tak, żeby nie żałować, że nie zrobiła czegoś na co miała ochotę kiedy znowu znajdzie się w podobnej sytuacji, nie oszukujmy się wiedziała, że prędzej, czy później to na pewno się powtórzy.
- Mhm. - Mruknęła jedynie, bo właściwie nie wiedziała dlaczego jej to mówił. Jasne, wykonał swoją pracę, nie sądziła jednak, że akurat on cieszył się z tego, że było z nią lepiej, chociaż pacjent, który nie do końca doszedł do siebie po jego usługach medycznych mógłby być dla niego niezbyt dobrą wizytówką.
Póki co nadal byli tutaj sami, nie miała pojęcia ile czasu im pozostało, ale zaczynało jej się robić coraz chłodniej przez to, że stała w miejscu. - Coś kurwa długo ich nie ma. - Jeszcze się okaże, że nikt nie przyjdzie, a wolała zdecydowanie uniknąć takiego scenariusza.