Westchnęła ciężko, kiedy usłyszała jego kolejne słowa. Ciągle ją zaczepiał, nie miała pojęcia, czy sprawiało mu to przyjemność? Po co inaczej by to robił. Ciągle się przekomarzali, bo ona też nie potrafiła odpuścić. To nie miało żadnego sensu, szczególnie, że żadne nie miało zamiaru odpuścić. Nikt nie mógł wygrać tej walki. Przynajmniej zdaniem Yaxleyówny, jako, że nie lubiła przegrywać, ani remisować to sprawiało jej raczej wątpliwą przyjemność.
- Wspaniale, życzę więc miłego wypierdalania w podskokach jak już będzie po wszystkim. - Że też na początku ich znajomości nawet zależało jej na tym, aby poznać go lepiej, naprawdę go wtedy polubiła, teraz jego osoba wzbudzała w niej głównie negatywne emocje. Może taki był prawdziwy? Chociaż nie chciało jej się w to wierzyć. Wszystko zmieniło się po tym felernym, lutowym wieczorze, kiedy razem zadecydowali o losie pewnego nieszczęśnika, wtedy ta relacja zaczęła być nasączona samymi negatywnymi emocjami.
- Tym razem okoliczności są zdecydowanie bardziej sprzyjające. - Nie musieli nikogo zakopywać w ziemi, pilnować się, zastanawiać nad tym, czy nie wylądują w Azkabanie. Właściwie to już trochę zapominała o tym trupie w lesie, nikt nie szukał mężczyzny, którego postanowili dobić. Nikt się nie interesował tym, gdzie się podział. Mieli sporo szczęścia. Oby w przyszłości nic się nie zmieniło. Nie zamierzała wracać do tego tematu już nigdy więcej, nie zapominała jednak o tym, kto był tam z nią tego felernego dnia, raczej nigdy nie zapomni o Grenngrassie, czy tego chciała, czy nie. Los splótł ich drogi zupełnie przypadkowo, trochę z nich zadrwił, bo chyba żadne z nich nie chciało takiego zobowiązania ani zależności od drugiej osoby.
Zabawne, że wtedy też była taka piękna zima, chociaż dużo bardziej nieprzyjemna. Pamiętała tę śnieżycę, która pojawiła się znienacka, okropnie ograniczała widoczność, nie była ich sprzymierzeńcem. Teraz warunki atmosferyczne były zdecydowanie przyjemniejsze, chociaż też nie najlepsze, bo mróz nie ułatwiał pracy.
- To dobrze, wie, że potrafię być bardzo paskudna, kiedy tracę kontrolę. - Zdecydowanie nie pokazała wtedy swojej najgorszej strony, umiała być jeszcze bardziej okropna, trochę się powstrzymywała, a trochę nie miała siły na to, aby w pełni wybuchnąć.
Wiedziała, że nie zachowała się do końca odpowiednio, nie powinna była go odsyłać od razu, szczególnie, że to on ją uleczył, ale nie chciała go mieć koło siebie. Nie ufała mu w pełni, mimo, że to dzięki niemu nadal żyła. Do tego drażniło ją to, że traktował ją jak kolejną pacjentkę, zupełnie obcą osobę. Nie znosiła tego, dlatego właśnie wydawało jej się, że zaangażowanie Florence to był dobry pomysł. Nie sądziła, że mogło aż tak to urazić jego dumę.
- Dobra, ja to pierdolę, najwyżej nas dogonią.- Nie zamierzała stać dalej i czekać, nie była szczególnie cierpliwym człowiekiem. - Ty rób, co chcesz. - Nie zmuszała go do tego, by za nią podążał, sam zadecyduje o swoim losie.
Jak powiedziała, tak też zrobiła. Szybkim krokiem ruszyła w stronę lasu, gdzie mieli zacząć szukać dwóch zagubionych mężczyzn. Póki co nie sięgnęła jeszcze po żadną broń, bo okolica wyglądała na bezpieczną, gdy znajdą się w głębi pewnie będzie musiała zadecydować o tym, w jaki sposób będzie chciała się mierzyć z przeciwnikami o ile w ogóle jacykolwiek się pojawią, trochę miała nadzieję, że tak, bo chciała się wyżyć na kimś lub na czymś.