Najchętniej by na niego warknęła, doprowadzał ją do szału tym, co mówił, nie mogła jednak tego zrobić. Musiała się zachowywać, chociaż było to dla niej naprawdę trudne w tej chwili. Nigdy nie musiała na siłę trzymać w sobie całej złości. Oczywiście mogła odpuścić, nikt ją nie zmuszał do tego zachowania, ale postanowiła się przemęczyć, żeby nie widział, jak na nią działał. To mogło by mu pokazać w które miejsca uderzać w przyszłości, nie chciała mu dać do ręki broni, która mogła ją zranić. - Wspaniale, zawsze można na panicza liczyć. - Przeszła za nim do tego wyniosłego, arystokratycznego tonu, którym zazwyczaj gardziła.
Oczywiście robiła to całkiem lekko, chociaż zazwyczaj nie rozmawiała w ten sposób. Wychowywano ją tak, aby potrafiła zachować się w towarzystwie, jej matka nie pozwoliłaby na to, aby dzikość Yaxleyów odseparowała ją od towarzystwa. Geraldine może tego nie lubiła, ale wiedziała, że warto jest utrzymywać kontakt z innymi istotnymi rodzinami. To zapewniało im nienaruszalną pozycję, nie była specjalistką od polityki, ale wiedziała, że jest to dla nich ważne. Zależało jej zresztą na tym, aby jej rodzina była poważana wśród innych. Dzięki temu mogła robić to, na co miała ochotę. Nie oszukujmy się, odpowiednie relację z innymi rodzinami powodowały między innymi to, że mogła zajmować się tym, co kochała najbardziej. Nie musiała męczyć się w jakiejś nudnej pracy, tak naprawdę w ogóle nie musiała pracować, jej zawodem mogłaby być córka, ale akurat tego nie chciała, chociaż może trochę faktycznie tak było. Ojciec pozwalał jej na wiele, fundował wyjazdy zagraniczne, korzystała z jego majątku, to pomagało jej realizować marzenia.
- Od kiedy jesteś takim pesymistą? - Nie do końca podobało jej się takie nastawienie. Ona zakładała, że znajdą tych których szukają i uda im się wykonać zadanie. Jasne, było jakieś prawdopodobieństwo, że mogli kopnąć w kalendarz, ale wolała tego nie afirmować.
- Tym razem nie zamierzam nikogo zakopywać w lesie. - Wolała go o tym uprzedzić, jeśli znajdą trupy, to zostawi je na miejscu, żeby nie prowokować losu. Nie miała zamiaru po raz kolejny odpowiadać za grzebanie ludzi, niech się zajmie tym ktoś inny.
Nie wydawała się specjalnie przejmować tym, co mogą znaleźć w posiadłości. Rzadko kiedy się bała, trudno było ją wystraszyć, szczególnie kiedy było to tylko gdybaniem. Równie dobrze mogło tam nie znajdować się nic, co mogłoby ich skrzywdzić. Zobaczą na miejscu, mało było rzeczy, które byłyby w stanie zrobić jej krzywdę, nie bała się stanąć oko w oko z żadnym niebezpieczeństwem.
- Tak, najdroższą i jedyną, to ma swoje zalety. - Może powinno ją to zaboleć, ale w jej głosie było słychać dumę. Najwyraźniej nie robiło to na niej wrażenia, bardzo długo zresztą starała się udowodnić ojcu, że jest jego idealnym następcą, nie zależało jej na tym, aby być wysoko w hierarchii rodziny, liczyło się tylko to, aby docenił jej łowczy potencjał. Udało jej się to osiągnąć, więc czuła się spełniona.
- Nie potrzebuje twojego życzenia powodzenia Greengrass. - Rzuciła jeszcze nim odeszła.
Nie obejrzała się przez ramię, nie sprawdzała, czy postanowił się ruszyć, czy został w miejscu. Nie obchodziło jej to. Ona podjęła decyzję, jeśli będzie trzeba to sama znajdzie tę rezydencję, nawet bardziej jej się podobała ta opcja.
Gdy weszła w głąb lasu zdjęła kuszę z pleców, musiała być gotowa do ewentualnego starcia. Trzymała ją w lewej ręce. Szła przed siebie szybko, ale dosyć cicho, chociaż skrzypiący pod nogami śnieg nie ułatwiał prób bycia jak najbardziej dyskretnym. W lesie było ciemniej, promienie słońca miały problem z tym, aby przebić się przez gęsty, iglasty las.
Usłyszała za sobą ruch, odwróciła się gwałtownie z uniesioną kuszą i wtedy dotarło do niej, że mężczyzna postanowił za nią ruszyć. - Kurwa. - Mruknęła jeszcze do siebie niezadowolona, mogła przypadkiem w niego strzelić, nie powinien skradać się za łowcą.