21.09.2024, 23:30 ✶
Nie wiedział co nieznajomy lekarz chciał zrobić, ale już bardzo dobrze wiedział co się stało, kiedy rzucił się na ziemię. Chłód przynosił ulgę, on nie szukał chłodu, nie miał za bardzo jak w swojej pozycji go znaleźć. Nie kiedy magia go uziemiła.
– Uch... bardzo... bardzo Cię przepraszam! – stęknął zmartwiony, zupełnie jakby to była jego wina. Znaczy była prawda? Gdyby nie klątwa, nie byłoby roślin, gdyby tylko umiał panować nad gonitwą myśli, nikomu nie działaby się krzywda. Gdyby tylko został w Kniei...
– P...proszę, podaj mi różdżkę, ja, ee... to nie jest pierwszy raz jak one mi tak wrosły, ja...wiem co robić, tylko no.. nie mam jak bez różdżki. – Nie było sensu czekać, szczególnie teraz kiedy lekarz też oberwał z przeklętych pyłków. Ze wszystkich aspektów klątwy, tego nienawidził najbardziej, kiedy komuś robiła krzywdę. Dlatego tak łatwo było mu poradzić sobie z nią kiedyś, gdy myślał, że to zazdrość lasu. Wtedy czuł, że może coś zrobić, że może oddać Kniei co jej i odsunąć od siebie zaborcze wici. Ale teraz? To była tylko jego odpowiedzialność i jego wina, a on czuł się tak piekielnie zagubiony w tym całym wielkim świecie, którego zwyczajnie nie rozumiał i nie był pewien czy kiedykolwiek uda mu się go zrozumieć.
– To minie to bardzo piecze ale minie jak tylko dostane się do maści będę mógł pomóc przepraszam nie chciałem żeby coś ci się stało przepraszam ja proszę zaraz to wszystko naprawie i nic nie będzie widać – słowa wypadały coraz szybciej, Sam nawet nie wiedział skąd jego ciało tak łatwo odnajduje energię, kiedy ledwie przed chwilą siedział zrezygnowany i całkowicie jej pozbawiony. Ale karuzela poczucia winy mocno zacisnęła pętle na Samuelowej szyi i z sekundy na sekundę było coraz gorzej, a blondyn nie zauważył nawet jak przyspieszył jego puls, jak gwałtowne ruchy wzbudzały ból ciała, które omijając płat czołowy informowały o nowym zagrożeniu resztę ciała pompując w zmartwiałe członki adrenalinę.
– Uch... bardzo... bardzo Cię przepraszam! – stęknął zmartwiony, zupełnie jakby to była jego wina. Znaczy była prawda? Gdyby nie klątwa, nie byłoby roślin, gdyby tylko umiał panować nad gonitwą myśli, nikomu nie działaby się krzywda. Gdyby tylko został w Kniei...
– P...proszę, podaj mi różdżkę, ja, ee... to nie jest pierwszy raz jak one mi tak wrosły, ja...wiem co robić, tylko no.. nie mam jak bez różdżki. – Nie było sensu czekać, szczególnie teraz kiedy lekarz też oberwał z przeklętych pyłków. Ze wszystkich aspektów klątwy, tego nienawidził najbardziej, kiedy komuś robiła krzywdę. Dlatego tak łatwo było mu poradzić sobie z nią kiedyś, gdy myślał, że to zazdrość lasu. Wtedy czuł, że może coś zrobić, że może oddać Kniei co jej i odsunąć od siebie zaborcze wici. Ale teraz? To była tylko jego odpowiedzialność i jego wina, a on czuł się tak piekielnie zagubiony w tym całym wielkim świecie, którego zwyczajnie nie rozumiał i nie był pewien czy kiedykolwiek uda mu się go zrozumieć.
– To minie to bardzo piecze ale minie jak tylko dostane się do maści będę mógł pomóc przepraszam nie chciałem żeby coś ci się stało przepraszam ja proszę zaraz to wszystko naprawie i nic nie będzie widać – słowa wypadały coraz szybciej, Sam nawet nie wiedział skąd jego ciało tak łatwo odnajduje energię, kiedy ledwie przed chwilą siedział zrezygnowany i całkowicie jej pozbawiony. Ale karuzela poczucia winy mocno zacisnęła pętle na Samuelowej szyi i z sekundy na sekundę było coraz gorzej, a blondyn nie zauważył nawet jak przyspieszył jego puls, jak gwałtowne ruchy wzbudzały ból ciała, które omijając płat czołowy informowały o nowym zagrożeniu resztę ciała pompując w zmartwiałe członki adrenalinę.