22.09.2024, 13:56 ✶
Kiedy Maeve zaczęła się z niej śmiać, Lorraine śmiała się razem z nią. Pozwoliła ująć swoją dłoń, potrząsnąć bezwładną ręką jakby ta należała do szmacianej laleczki, którą bawiła się jako mała dziewczynka, dopóki nie odpadła jej główka – wtuliła się zazdrośnie w Maeve, kiedy ta przygarnęła ją bliżej: w jej ramionach zawsze znajdowała spokój – choć z ruchów wiły zniknęło napięcie, a ona sama bezwolnie poddała się kojącemu dotykowi ukochanej, jej oczy uważnie śledziły linie na twarzy śmiejącej się Maeve. Zapamiętywała sposób, w jaki usta kobiety układały się do uśmiechu, jak rozbłyskiwały jej oczy, kiedy żartowała. ”Co możesz dla mnie zrobić takimi witkami?” Lorraine tylko uśmiechnęła się znacząco. Na początek mogę owinąć się wokół ciebie jak bluszcz, pomyślała leniwie, splatając palce Maeve ze swoimi, a potem…. Przechyliła lekko głowę, wsłuchując się w spokojne zapewnienia przyjaciółki. Nawet sobie nie wyobrażasz. Kiedy opuściły dyskretne wnętrze budki ze zdjęciami, wiedziała, że się pomyliła. Maeve była nie tylko jej oczami. Była też sumieniem Lorraine, choć zapewne zaśmiałaby się, słysząc, że ktoś może w niej widzieć autorytet moralny, a jednak: Maeve Chang pozostawała nadzieją, że życie może wyglądać inaczej. Maeve pozostawała dowodem na to, że Lorraine potrafi kochać – i może być kochana w zamian.
Wiele rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Pocałunek. Co to był za pocałunek. Lorraine zabrakło tchu. Zapomniała o tym, że otacza ich tłum ludzi, z którego – nie wiedzieć kiedy – wychnęło dwóch funkcjonariuszy, którzy wyglądali tak, jakby pod cywilnymi ubraniami nosili mundur. Czy śledzili dilera dłużej niż Maeve i Lorraine? Czy może rozpoznali Siergieja po rysopisie i zdecydowali się zainterweniować? Diler, zajęty wybieraniem kwiatów dla kochanki, szybko zwęszył podstęp, dostrzegłszy błysk odznaki ponad koszem gipsówki. Kiedy brygadziści zbliżyli się do stoiska kwiaciarki – wyraźnie poirytowanej gustem Siergieja, który w oczekiwaniu na interwencję służb komponował najbardziej absurdalny bukiet, jaki kiedykolwiek widziała – diler popchnął na jednego z nich doniczkę z gigantyczną rosiczką. Sprowokowana roślina w samoobronie zacisnęła swoje bezzębne szczęki na jednym z brygadzistów, skutecznie rozbrajając funkcjonariusza: jego partner rzucił się pomóc koledze, zapominając o pościgu. Diler schwycił przepiękny bukiet z piwonii i umknął w jedną z bocznych uliczek, nie oglądając się za siebie. “Śmierciożercy!”, krzyknął ktoś, “anarchiści!”, odpowiedział mu inny głos, “moje frezje!”, zapiszczała głośno najbardziej poszkodowana w całym zamieszaniu kwiaciarka, której stoisko zawaliło się z głośnym hukiem. Wybuchła panika. Właściciele straganów rzucili się, aby ratować swój dobytek przed napierającą zewsząd ludzką masą. Niektórzy w pośpiechu zwijali manatki, przypomniawszy sobie, że nie przedłużyli pozwolenia na handel w miejscu publicznym, część kupców kuliła się z przestrachu pod ladami albo chowała za kontuarami, część zaś – nie zwracała w ogóle uwagi na panujący wokół zamęt, nie przestawszy choćby na chwilę zachwalać swych produktów: niezwruszeni sprzedawcy skupiali się na tym, by przekrzyczeć harmider, co tylko potęgowało wrażenie ogólnego chaosu. Co odważniejsi uczestnicy kiermaszu rzucali tarcze ochronne mające umocnić rozchwiane stoiska i zapewnić obronę przed odbitymi rykoszetem zaklęciami. Brygadzista obśliniony przez gargantuiczną rosiczkę i swojego kolegę – który prowadził przez chwilę sztuczne oddychanie metodą usta-usta kiedy już wydobył partnera z uścisku krwiożerczej rośliny – przeklinał głośno, osłaniając się przed wściekłą kwiaciarką, okładającą go gałązkami derenia. Kto w całym tym zamieszaniu zwróciłby uwagę na dwie kobiety, splecione w romantycznym uścisku? Dookoła świszczały zaklęcia, ale one stały w bezpiecznej niszy utworzonej przez stragany. Lorraine zaczęła panikować dopiero wtedy, kiedy Maeve przerwała ich pocałunek. Ktoś mógł nas zobaczyć, pomyślała słabo, osłaniając przyjaciółkę ramieniem – wiedziała, że nie powinny pozwalać sobie na tak wiele na oczach wszystkich – nie ośmieliła się jednak oderwać oczu od ust Maeve, kiedy ta była tak stanowcza, nie rozglądała się dookoła, by sprawdzić, czy ktoś mógł zobaczyć ich czułości, nie odprowadziła wzrokiem uciekającego dilera. Ktoś mógł nas zobaczyć, pomyślała, ale tym razem poczuła dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa.
Policzki Lorraine płonęły.
Niegdyś nie rozumiała, jak Maeve może nie rozumieć. Maeve była światłem rozjaśniającym ciemności podziemnych ścieżek niczym nieoszlifowany diament uśpiony na dnie zrujnowanej kopalni, nieświadomy swej doskonałości. Lorraine kąpała się w jej blasku, gotowa nosić swoją miłość do niej jak ostentacyjny naszyjnik z kamieni szlachetnych, choć wiedziała, że nie stać jej na tę błyskotkę – że ta nie ma prawa zdobić jej dekoltu na tyle długo, by ciepło ciała wili mogło rozgrzać chłodny metal, w którym osadzono zachwycający klejnot – wiedziała, że na nią nie zasługuje, ale nie potrafiła powstrzymać się, by nie wyciągnąć po nią ręki – nakryła swoją dłonią dłoń Maeve, układając rozchylone dotąd nieprzytomnie usta w delikatny, nieco upiorny uśmiech. ”Szczęście w miłości i interesach”, powiedziała Maeve wróżba, cóż, Lorraine zrobiła na niej interes życia: zawłaszczyła sobie jej miłość. Ukradła ją swoimi wydelikaconymi, bezużytecznymi rękoma, z których słusznie wyśmiewała się kobieta, a teraz patrzyła na nią z tkliwością dorównującą w swej przerażającej intensywności ich agresywnemu pocałunkowi, niepomna na panujący dookoła zamęt w obliczu bardziej bezpośredniego zagrożenia – tego, które czaiło się w pytaniu Maeve.
”Czy aż tak trudno ci to zrozumieć?”
Tak, chciała powiedzieć Lorraine, wiesz, że tak. Milczała jednak jak zaklęta. Nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów w obliczu tak prostej deklaracji: pogładziła Maeve po policzku, nie zwracając uwagi na jej poirytowany ton. Lorraine nie była przyzwyczajona do bezwarunkowej wzajemności. Kiedy już kochała, kochała zbyt mocno – kochała obsesyjnie, na oślep, bez pamięci i bez rozumu – pozwalając wykorzystywać się tym, którzy byli jej najbliżsi bez słowa skargi. Nazywała się kurwą, bo była kurwą w tym, jak nadawała cenę miłości, tylko po to, by za chwilę oddać się za darmo. Tylko po to, by poczuć się kochaną. W mojej głowie wszystko jest tak szalenie splątane, Maeve. Nigdy nie potrafię odróżnić tego, co urojone, od tego, co prawdziwe.
– Ale wtedy się mną znudzisz – stwierdziła dziwnie zmienionym głosem: głosem, w który wkradły się niespodziewanie wyższe tony, sięgając rzewliwego registru słodkiego sopranu wysadzanego gorzkimi łzami, chociaż oczy wiły pozostały suche – i mnie zostawisz?
Nie wydawała się do końca świadoma własnej wznoszącej się intonacji ani też dysonansowości tkwiącej w tym ni to wyznaniu, ni to pytaniu. Głos, w którym hardość mieszała się z desperacją, a ból z czułością, załamał się nagle w krótkim spazmie szczerości. Manipulantka zagubiona we własnych manipulacjach. Lorraine westchnęła cicho, próbując zatuszować zmieszanie rozbawieniem – obrócić wszystko w żart, w kapryśną zaczepkę kochanki – zachowywała pozory opanowania, nie pozwalając sobie stracić rezonu: dla niepoznaki nie przestała choćby na chwilę uśmiechać się słodko, a niewinny chichot wyrwał się z jej piersi, i tylko w pociemniałych niebezpiecznie niebieskich oczach dostrzec można było głód.
Jak Lorraine mogła bowiem przestać udawać? Jak mogła przestać poszukiwać głupich przydomków, które tak irytowały Maeve? Ludzie przechodzący obok byli tylko kopiami innych kopii – czym różniła się od nich Lorraine? – tak łatwo cię podrobić, mogłaby powiedzieć im wszystkim Maeve, mogłaby to też powiedzieć Lorraine, doskonale świadoma dwulicowości przyjaciółki, tak łatwo cię zastąpić. Lorraine nie podejrzewała jej o takie okrucieństwo i wyrachowanie – Maeve nie traktowała ludzi w taki sposób, bo metamorfomagia była dla niej przyjemnością, nie ucieczką. Twarze zmieniała jak maski, tożsamości – jak rękawiczki. Lorraine mogłaby być dla niej choćby i rękawiczką. Obserwowała ją przy pracy, więc znała ekscytację, z jaką przyjaciółka zrzucała swoją twarz, by przywdziać nową: czysta, niczym niezmącona radość z zabawy w fałszerza, w aktorkę, w detektywa; było coś absolutnie fascynującego w patrzeniu, jak znajome rysy w jednej chwili przeobrażają się, a zamiast Maeve stała przed nią obca kobieta albo mężczyzna. Choć świadomość bycia niewystarczającą bolała, Lorraine dawno już pogodziła się ze swoimi brakami, chcąc zrekompensować Maeve w jedyny sposób, jaki znała: chciała być dla niej wszystkim. Chciała wyprzedzać jej potrzeby, zanim ta jeszcze uświadomi sobie ich istnienie, chciała ją rozbawić, chciała ogrzać jej łóżko, chciała być jej najlepszą przyjaciółką, kochanką i wspólniczką, a jeżeli to nie było możliwe, kwiatem zdobiącym jej pokój, który wsadziłaby między kartki zielnika, gdyby obumarł.
Odwróciła wzrok. Wyciągnęła niemo dłoń w stronę Maeve, rozglądając się po targowisku. Nie miały tu już nic do roboty.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Wiele rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Pocałunek. Co to był za pocałunek. Lorraine zabrakło tchu. Zapomniała o tym, że otacza ich tłum ludzi, z którego – nie wiedzieć kiedy – wychnęło dwóch funkcjonariuszy, którzy wyglądali tak, jakby pod cywilnymi ubraniami nosili mundur. Czy śledzili dilera dłużej niż Maeve i Lorraine? Czy może rozpoznali Siergieja po rysopisie i zdecydowali się zainterweniować? Diler, zajęty wybieraniem kwiatów dla kochanki, szybko zwęszył podstęp, dostrzegłszy błysk odznaki ponad koszem gipsówki. Kiedy brygadziści zbliżyli się do stoiska kwiaciarki – wyraźnie poirytowanej gustem Siergieja, który w oczekiwaniu na interwencję służb komponował najbardziej absurdalny bukiet, jaki kiedykolwiek widziała – diler popchnął na jednego z nich doniczkę z gigantyczną rosiczką. Sprowokowana roślina w samoobronie zacisnęła swoje bezzębne szczęki na jednym z brygadzistów, skutecznie rozbrajając funkcjonariusza: jego partner rzucił się pomóc koledze, zapominając o pościgu. Diler schwycił przepiękny bukiet z piwonii i umknął w jedną z bocznych uliczek, nie oglądając się za siebie. “Śmierciożercy!”, krzyknął ktoś, “anarchiści!”, odpowiedział mu inny głos, “moje frezje!”, zapiszczała głośno najbardziej poszkodowana w całym zamieszaniu kwiaciarka, której stoisko zawaliło się z głośnym hukiem. Wybuchła panika. Właściciele straganów rzucili się, aby ratować swój dobytek przed napierającą zewsząd ludzką masą. Niektórzy w pośpiechu zwijali manatki, przypomniawszy sobie, że nie przedłużyli pozwolenia na handel w miejscu publicznym, część kupców kuliła się z przestrachu pod ladami albo chowała za kontuarami, część zaś – nie zwracała w ogóle uwagi na panujący wokół zamęt, nie przestawszy choćby na chwilę zachwalać swych produktów: niezwruszeni sprzedawcy skupiali się na tym, by przekrzyczeć harmider, co tylko potęgowało wrażenie ogólnego chaosu. Co odważniejsi uczestnicy kiermaszu rzucali tarcze ochronne mające umocnić rozchwiane stoiska i zapewnić obronę przed odbitymi rykoszetem zaklęciami. Brygadzista obśliniony przez gargantuiczną rosiczkę i swojego kolegę – który prowadził przez chwilę sztuczne oddychanie metodą usta-usta kiedy już wydobył partnera z uścisku krwiożerczej rośliny – przeklinał głośno, osłaniając się przed wściekłą kwiaciarką, okładającą go gałązkami derenia. Kto w całym tym zamieszaniu zwróciłby uwagę na dwie kobiety, splecione w romantycznym uścisku? Dookoła świszczały zaklęcia, ale one stały w bezpiecznej niszy utworzonej przez stragany. Lorraine zaczęła panikować dopiero wtedy, kiedy Maeve przerwała ich pocałunek. Ktoś mógł nas zobaczyć, pomyślała słabo, osłaniając przyjaciółkę ramieniem – wiedziała, że nie powinny pozwalać sobie na tak wiele na oczach wszystkich – nie ośmieliła się jednak oderwać oczu od ust Maeve, kiedy ta była tak stanowcza, nie rozglądała się dookoła, by sprawdzić, czy ktoś mógł zobaczyć ich czułości, nie odprowadziła wzrokiem uciekającego dilera. Ktoś mógł nas zobaczyć, pomyślała, ale tym razem poczuła dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa.
Policzki Lorraine płonęły.
Niegdyś nie rozumiała, jak Maeve może nie rozumieć. Maeve była światłem rozjaśniającym ciemności podziemnych ścieżek niczym nieoszlifowany diament uśpiony na dnie zrujnowanej kopalni, nieświadomy swej doskonałości. Lorraine kąpała się w jej blasku, gotowa nosić swoją miłość do niej jak ostentacyjny naszyjnik z kamieni szlachetnych, choć wiedziała, że nie stać jej na tę błyskotkę – że ta nie ma prawa zdobić jej dekoltu na tyle długo, by ciepło ciała wili mogło rozgrzać chłodny metal, w którym osadzono zachwycający klejnot – wiedziała, że na nią nie zasługuje, ale nie potrafiła powstrzymać się, by nie wyciągnąć po nią ręki – nakryła swoją dłonią dłoń Maeve, układając rozchylone dotąd nieprzytomnie usta w delikatny, nieco upiorny uśmiech. ”Szczęście w miłości i interesach”, powiedziała Maeve wróżba, cóż, Lorraine zrobiła na niej interes życia: zawłaszczyła sobie jej miłość. Ukradła ją swoimi wydelikaconymi, bezużytecznymi rękoma, z których słusznie wyśmiewała się kobieta, a teraz patrzyła na nią z tkliwością dorównującą w swej przerażającej intensywności ich agresywnemu pocałunkowi, niepomna na panujący dookoła zamęt w obliczu bardziej bezpośredniego zagrożenia – tego, które czaiło się w pytaniu Maeve.
”Czy aż tak trudno ci to zrozumieć?”
Tak, chciała powiedzieć Lorraine, wiesz, że tak. Milczała jednak jak zaklęta. Nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów w obliczu tak prostej deklaracji: pogładziła Maeve po policzku, nie zwracając uwagi na jej poirytowany ton. Lorraine nie była przyzwyczajona do bezwarunkowej wzajemności. Kiedy już kochała, kochała zbyt mocno – kochała obsesyjnie, na oślep, bez pamięci i bez rozumu – pozwalając wykorzystywać się tym, którzy byli jej najbliżsi bez słowa skargi. Nazywała się kurwą, bo była kurwą w tym, jak nadawała cenę miłości, tylko po to, by za chwilę oddać się za darmo. Tylko po to, by poczuć się kochaną. W mojej głowie wszystko jest tak szalenie splątane, Maeve. Nigdy nie potrafię odróżnić tego, co urojone, od tego, co prawdziwe.
– Ale wtedy się mną znudzisz – stwierdziła dziwnie zmienionym głosem: głosem, w który wkradły się niespodziewanie wyższe tony, sięgając rzewliwego registru słodkiego sopranu wysadzanego gorzkimi łzami, chociaż oczy wiły pozostały suche – i mnie zostawisz?
Nie wydawała się do końca świadoma własnej wznoszącej się intonacji ani też dysonansowości tkwiącej w tym ni to wyznaniu, ni to pytaniu. Głos, w którym hardość mieszała się z desperacją, a ból z czułością, załamał się nagle w krótkim spazmie szczerości. Manipulantka zagubiona we własnych manipulacjach. Lorraine westchnęła cicho, próbując zatuszować zmieszanie rozbawieniem – obrócić wszystko w żart, w kapryśną zaczepkę kochanki – zachowywała pozory opanowania, nie pozwalając sobie stracić rezonu: dla niepoznaki nie przestała choćby na chwilę uśmiechać się słodko, a niewinny chichot wyrwał się z jej piersi, i tylko w pociemniałych niebezpiecznie niebieskich oczach dostrzec można było głód.
Jak Lorraine mogła bowiem przestać udawać? Jak mogła przestać poszukiwać głupich przydomków, które tak irytowały Maeve? Ludzie przechodzący obok byli tylko kopiami innych kopii – czym różniła się od nich Lorraine? – tak łatwo cię podrobić, mogłaby powiedzieć im wszystkim Maeve, mogłaby to też powiedzieć Lorraine, doskonale świadoma dwulicowości przyjaciółki, tak łatwo cię zastąpić. Lorraine nie podejrzewała jej o takie okrucieństwo i wyrachowanie – Maeve nie traktowała ludzi w taki sposób, bo metamorfomagia była dla niej przyjemnością, nie ucieczką. Twarze zmieniała jak maski, tożsamości – jak rękawiczki. Lorraine mogłaby być dla niej choćby i rękawiczką. Obserwowała ją przy pracy, więc znała ekscytację, z jaką przyjaciółka zrzucała swoją twarz, by przywdziać nową: czysta, niczym niezmącona radość z zabawy w fałszerza, w aktorkę, w detektywa; było coś absolutnie fascynującego w patrzeniu, jak znajome rysy w jednej chwili przeobrażają się, a zamiast Maeve stała przed nią obca kobieta albo mężczyzna. Choć świadomość bycia niewystarczającą bolała, Lorraine dawno już pogodziła się ze swoimi brakami, chcąc zrekompensować Maeve w jedyny sposób, jaki znała: chciała być dla niej wszystkim. Chciała wyprzedzać jej potrzeby, zanim ta jeszcze uświadomi sobie ich istnienie, chciała ją rozbawić, chciała ogrzać jej łóżko, chciała być jej najlepszą przyjaciółką, kochanką i wspólniczką, a jeżeli to nie było możliwe, kwiatem zdobiącym jej pokój, który wsadziłaby między kartki zielnika, gdyby obumarł.
Odwróciła wzrok. Wyciągnęła niemo dłoń w stronę Maeve, rozglądając się po targowisku. Nie miały tu już nic do roboty.
Post realizujący prompt z eventu miesiąc miłości