22.09.2024, 16:41 ✶
Pewnie, że słyszałem to wszystko. Jak mógłbym nie, skoro mieszkanie do tego czasu pogrążone było w ciszy. Kimi miała nocną zmianę, a ja się nudziłem, próbując czytać te wszystkie nudne księgi. Czytanie mnie nużyło. Zawsze tak było. Zdecydowanie bardziej wolałem praktykę od teorii, ale przy wampiryzmie musiałem być ostrożniejszy. Nie bawić się w metodę prób i błędów, tylko być znacznie bardziej odpowiedzialnym.
Myślałem, że kiedy poproszę Geraldine, żeby miała na mnie oko, również poczuje chociażby odrobinę odpowiedzialności, ale... Mogłem się jebać. Znowu była pijana. Znowu kogoś przyprowadzała do mieszkania. Pewnie udawałabym, że mnie nie ma, ale rozpoznałem głos tego typa. Znałem go doskonale. Był naszym uzdrowicielem... Moim bynajmniej do czasu mojej śmierci, bo od tamtej pory to raczej go unikałem, nie chcąc konfrontować z nim moich „problemów ze snem”, co też było podawane do opinii publicznej jako usprawiedliwienie nieobecności przy kilku ważnych, czarodziejskich wydarzeniach. Ta bezsenność co prawda istniała, ale nie była marą nocną ani niczym takim. Czymś zdecydowanie groszym.
Bezszelestnie wysunąłem się z pokoju i obserwowałem z zażenowaniem skradanie się przez mieszkanie. Jeśli nie chciała być przyłapywana na wracaniu do mieszkania w takim stanie, to mogła nie pić. Albo - nie wiem - wynająć sobie motel na godziny. To przecież idealny sposób na spędzanie wieczór z całymi armiami gachów.
- Tak, to te drzwi - odezwałem się, w końcu dając znać o sobie i swojej obecności. Leniwie pstryknąłem włącznik światła, żeby nieco jej dokuczyć. Z pewnością to nieźle zagra na jej zmyśle wzroku, otumanionym przez alkohol, a przy okazji zamierzałem spojrzeć w twarz Ambroise’a, który najwyraźniej nie miał honoru, skoro znowu przyklejał się do Geraldine.
Złożyłem ręce na piersi. Nie byłem tu wcale najniewinniejszy. Blady, z sińcami pod oczami mogłem kojarzyć się z trupem, z kimś chorym... a może naćpanym. Może faktycznie naćpanym, skoro taka opinia krążyła po czyjejś głowie. Cóż, na szczęście jeszcze o tym nie wiedziałem, że Geraldine kreowała mi zgoła inną niesławę niż tą, której mógłbym się spodziewać otrzymać.
- Rina, miałaś mnie mieć na oku - odezwałem się, starając się stłumić ton godny wyrzutów. Po prostu próbowałem stwierdzić fakt, ale... Bałem się, że rodzice mogliby ją któregoś dnia zastać w tym stanie albo chociaż wyczytać w gazecie, co odpierdala ich córka, a potem... Cóż, dostałbym sowę, że mam natychmiast wracać do Snowdonii. Nie chciałem wracać do Snowdonii.
Ale te wyrzuty powinny się pojawić. Było ciemno. Skradała się pijana. Ja mógłbym się na nią rzucić żądny krwi. Co by zrobiła, gdybym kłami właśnie rozrywał jej szyję?! Nie chciałem tego widzieć oczami swojej wyobraźni, ale działo się. Zamknąłem je na chwilę, te moje oczy, pokręciłem głową, chcąc to wyrzucić ze swojej głowy. - Kim nie ma - dodałem, chociaż to raczej nie było dla niej takie istotne. A też byłoby słychać o wiele szybciej, za szybko, gdybym Kimi była w mieszkaniu. Miała tendencję do bycia tą najgłośniejszą.
Myślałem, że kiedy poproszę Geraldine, żeby miała na mnie oko, również poczuje chociażby odrobinę odpowiedzialności, ale... Mogłem się jebać. Znowu była pijana. Znowu kogoś przyprowadzała do mieszkania. Pewnie udawałabym, że mnie nie ma, ale rozpoznałem głos tego typa. Znałem go doskonale. Był naszym uzdrowicielem... Moim bynajmniej do czasu mojej śmierci, bo od tamtej pory to raczej go unikałem, nie chcąc konfrontować z nim moich „problemów ze snem”, co też było podawane do opinii publicznej jako usprawiedliwienie nieobecności przy kilku ważnych, czarodziejskich wydarzeniach. Ta bezsenność co prawda istniała, ale nie była marą nocną ani niczym takim. Czymś zdecydowanie groszym.
Bezszelestnie wysunąłem się z pokoju i obserwowałem z zażenowaniem skradanie się przez mieszkanie. Jeśli nie chciała być przyłapywana na wracaniu do mieszkania w takim stanie, to mogła nie pić. Albo - nie wiem - wynająć sobie motel na godziny. To przecież idealny sposób na spędzanie wieczór z całymi armiami gachów.
- Tak, to te drzwi - odezwałem się, w końcu dając znać o sobie i swojej obecności. Leniwie pstryknąłem włącznik światła, żeby nieco jej dokuczyć. Z pewnością to nieźle zagra na jej zmyśle wzroku, otumanionym przez alkohol, a przy okazji zamierzałem spojrzeć w twarz Ambroise’a, który najwyraźniej nie miał honoru, skoro znowu przyklejał się do Geraldine.
Złożyłem ręce na piersi. Nie byłem tu wcale najniewinniejszy. Blady, z sińcami pod oczami mogłem kojarzyć się z trupem, z kimś chorym... a może naćpanym. Może faktycznie naćpanym, skoro taka opinia krążyła po czyjejś głowie. Cóż, na szczęście jeszcze o tym nie wiedziałem, że Geraldine kreowała mi zgoła inną niesławę niż tą, której mógłbym się spodziewać otrzymać.
- Rina, miałaś mnie mieć na oku - odezwałem się, starając się stłumić ton godny wyrzutów. Po prostu próbowałem stwierdzić fakt, ale... Bałem się, że rodzice mogliby ją któregoś dnia zastać w tym stanie albo chociaż wyczytać w gazecie, co odpierdala ich córka, a potem... Cóż, dostałbym sowę, że mam natychmiast wracać do Snowdonii. Nie chciałem wracać do Snowdonii.
Ale te wyrzuty powinny się pojawić. Było ciemno. Skradała się pijana. Ja mógłbym się na nią rzucić żądny krwi. Co by zrobiła, gdybym kłami właśnie rozrywał jej szyję?! Nie chciałem tego widzieć oczami swojej wyobraźni, ale działo się. Zamknąłem je na chwilę, te moje oczy, pokręciłem głową, chcąc to wyrzucić ze swojej głowy. - Kim nie ma - dodałem, chociaż to raczej nie było dla niej takie istotne. A też byłoby słychać o wiele szybciej, za szybko, gdybym Kimi była w mieszkaniu. Miała tendencję do bycia tą najgłośniejszą.