22.09.2024, 17:17 ✶
Próbował brzmieć na ważniaka, ale tak na dobrą sprawę, to miałem wrażenie, że nie mówił nic. Ba, gorzej! Słowa Sauriela wcale, ale to wcale mi nie pomagały, ale z kolei znowuż wprowadzały niepokój do mojego martwego serca. To nigdy nie mija. Ten głód - nie to chciałem usłyszeć. Ćpanie czy też zażywanie eliksirów przeciwbólowych i nasennych mogło być jakąś opcją na unikanie tematu, ale... Im bardziej sobie odmawiasz i zagłuszasz - ten głós - tym bardziej dręczy. Aż w końcu... BANG! Tak to ujął. Dla mnie tym bangiem było ostatnie ugryzienie Laurenta. Nie chciałem tego robić. Nawet nie byłem głodny, ale stało się. Dałem się ponieść jego urokowi, bliskości, własnym myślom i... BANG.
Z totalnej rozsypki uratował mnie jedynie głos królowej. Taaak... Wyciągnął z odmętów śmierci, chociaż właśnie tam, gdzieś głęboko pod ziemią znajdowała się moja Janis.
Przyzwyczajenie... Nie chciałem się do tego przyzwyczajać. Na dobrą sprawę, nie chciałem nawet dotykać się do krwi, a on mi mówił o regularnym jedzeniu. Nie tak wyobrażałem sobie tę rozmowę, ale... Ilekroć sobie ją wyobrażałem, to właściwie nie widziałem nic, oprócz pustki czy też przepaści, więc... czy ten scenariusz nie był bardziej niż prawdopodobny?
Opadłem odrętwiały na kanapę, zamykając oczy. Uśpienie jednego z ważnych zmysłów łowcy, uśpienie jednego ze zmysłów drapieżnika. Sauriel mógłby mnie rozerwać. Może byłoby mi to nawet na rękę, ale... jednak miałem wciąż wiele osób, których musiałem mieć na oku by nie podzielili mojego losu. Geraldine ciągle łaziła narąbana, Kimi bywała głupiutko naiwna, mama się o mnie martwiła, o moją przyszłość, a reszta... Może chciała mojej śmierci, ale ja ich niekoniecznie.
Przetarłem twarz dłońmi, rozkoszując się słodką Janis, a właściwie jej głosem. Taka optymistyczna, taka lekka, a jednak...
- Dobijasz mnie - stwierdziłem, podnosząc wzrok na Sauriela. - Nie chcę jeść regularnie. Nie chcę nikogo pozbywać krwi... I jednocześnie... - zamilknąłem, nie chcąc kończyć tej myśli. Ale brzmiałaby coś w stylu: Chciałbym wychlać całą wioskę?! Nie byłem pewien, czy mogłem ufać Saurielowi, poza tym nie byłem pewien, czy powinienem o tym mówić głośno. Jeszcze weszłoby mi w nawyk jako coś normalnego.
- Nie odraża cię to? Zadawanie bólu? Wysysanie życia? I jak zdobywasz krew? Masz stałych dostawców czy łapiesz przypadkowe osoby? Czy jeszcze inny patent? - zapytałem, chociaż to były raczej bardzo prywatne pytania. Nie byłem aby pewny, czy wampiryzm kompletnie nie zmieniał ich charakteru...?
Objąłem się ramionami, jak gdyby to mogło mnie ochronić przed tymi krwawymi tematami, gryzieniem, kradnięciem życia i tym wszystkim, co związane z wampiryzmem, ale jednak siedziałem tu w pobliżu wampira. Mój szósty zmysł mi go alarmował co chwila, kiedy próbowałem to zbyć. Nie zamierzałem go zabijać. Jakżebym śmiał? Ale... jednak trochę miałem ochotę? Miałem wrażenie, że serio miał to wszystko za sobą. Oswoił się ze swoim losem, zaprzyjaźnił z wampiryzmem i teraz po prostu trwał, nie wadząc nikomu, nie wadząc sobie. Chciałbym tak, ale jednak myśl, że miałbym pić częściej, aniżeli rzadziej, jakoś mi nie leżała w moim kodeksie moralnym.
Z totalnej rozsypki uratował mnie jedynie głos królowej. Taaak... Wyciągnął z odmętów śmierci, chociaż właśnie tam, gdzieś głęboko pod ziemią znajdowała się moja Janis.
Przyzwyczajenie... Nie chciałem się do tego przyzwyczajać. Na dobrą sprawę, nie chciałem nawet dotykać się do krwi, a on mi mówił o regularnym jedzeniu. Nie tak wyobrażałem sobie tę rozmowę, ale... Ilekroć sobie ją wyobrażałem, to właściwie nie widziałem nic, oprócz pustki czy też przepaści, więc... czy ten scenariusz nie był bardziej niż prawdopodobny?
Opadłem odrętwiały na kanapę, zamykając oczy. Uśpienie jednego z ważnych zmysłów łowcy, uśpienie jednego ze zmysłów drapieżnika. Sauriel mógłby mnie rozerwać. Może byłoby mi to nawet na rękę, ale... jednak miałem wciąż wiele osób, których musiałem mieć na oku by nie podzielili mojego losu. Geraldine ciągle łaziła narąbana, Kimi bywała głupiutko naiwna, mama się o mnie martwiła, o moją przyszłość, a reszta... Może chciała mojej śmierci, ale ja ich niekoniecznie.
Przetarłem twarz dłońmi, rozkoszując się słodką Janis, a właściwie jej głosem. Taka optymistyczna, taka lekka, a jednak...
- Dobijasz mnie - stwierdziłem, podnosząc wzrok na Sauriela. - Nie chcę jeść regularnie. Nie chcę nikogo pozbywać krwi... I jednocześnie... - zamilknąłem, nie chcąc kończyć tej myśli. Ale brzmiałaby coś w stylu: Chciałbym wychlać całą wioskę?! Nie byłem pewien, czy mogłem ufać Saurielowi, poza tym nie byłem pewien, czy powinienem o tym mówić głośno. Jeszcze weszłoby mi w nawyk jako coś normalnego.
- Nie odraża cię to? Zadawanie bólu? Wysysanie życia? I jak zdobywasz krew? Masz stałych dostawców czy łapiesz przypadkowe osoby? Czy jeszcze inny patent? - zapytałem, chociaż to były raczej bardzo prywatne pytania. Nie byłem aby pewny, czy wampiryzm kompletnie nie zmieniał ich charakteru...?
Objąłem się ramionami, jak gdyby to mogło mnie ochronić przed tymi krwawymi tematami, gryzieniem, kradnięciem życia i tym wszystkim, co związane z wampiryzmem, ale jednak siedziałem tu w pobliżu wampira. Mój szósty zmysł mi go alarmował co chwila, kiedy próbowałem to zbyć. Nie zamierzałem go zabijać. Jakżebym śmiał? Ale... jednak trochę miałem ochotę? Miałem wrażenie, że serio miał to wszystko za sobą. Oswoił się ze swoim losem, zaprzyjaźnił z wampiryzmem i teraz po prostu trwał, nie wadząc nikomu, nie wadząc sobie. Chciałbym tak, ale jednak myśl, że miałbym pić częściej, aniżeli rzadziej, jakoś mi nie leżała w moim kodeksie moralnym.