22.09.2024, 21:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.09.2024, 21:57 przez Astaroth Yaxley.)
Bawiłem się nerwowo swoją koszulką, zajmując odruchowo czymś ręce, przy tym wcale nie zwracając na to uwagi. Wpatrywałem się z kolei w Ambroise’a, jakbym chciał przebić jego duszę na wskroś, wyczytać z niego cokolwiek więcej niż spojrzenie zwykłego faceta, odprowadzającego niewinnie moją pijaną siostrę do jej sypialni... Traktował to, jakby to była całkowicie normalna sprawa, a przecież nie była.
Nic nie wiedział. O mnie. Ulżyło mi, ale to też nie tak do końca. Znajdował się w jednym pomieszczeniu ze mną, więc powinien trzymać się na baczności. Byłem niebezpieczny, ale o tym nie wiedział. Ale miał Geraldine u boku... Pocieszające? Niekoniecznie. Ledwo stała na nogach i jeszcze przypominała mi o jedzeniu. Bez tego może bym się jakoś obył. Stał niczym cień i udawał, że tym cieniem człowieka jestem, ale... czy byłem głodny? ZAWSZE byłem głodny. ZAWSZE. Nie potrafiłem uciszyć tego szeptu, który nakłaniał mnie ku nasyceniu się, więc cieszyłem się, kiedy milczał. Nie prowokowałem go, kiedy milczał. Nie myślałem o tym, kiedy milczał.
Ale przestał milczeć. To czyniło nam nieco pod górkę. Schody. Strome schody. Bo jednak unikałem jedzenia, żeby nie obciążać Kimi. Miała nocne zmiany. Nie chciałem jej dodatkowo obciążać utratą krwi. Mieliśmy eliksiry, zapasy eliksirów, ale to nigdy nie było to samo, co zdrowy, wypoczęty człowiek. Wiedziałem to, chociaż zaprzeczała. Zawsze zaprzeczała. Ale ja wiedziałem swoje.
Wiedziałem również to, że nie mogłem sobie ufać. I nie mogłem ufać Ger. Niby miała mnie na oku cały czas? No ciekawe!
Przerzuciłem swoje spojrzenie na nią. Ambroise nic nie wiedział. Miał mnie za bogatego dzieciaka, co uwiesił się siostry niczym skrzata domowego. Przynieś-podaj-pozamiataj? Z Ger coś takiego by nie wyszło, nawet jeśli bym się zaparł, żeby jej wejść na głowę. Wszelkie zakłady o to okazałyby sie przegranymi, bo Geraldine nie dawała sobie wejść na głowę.
Przełknąłem. Czy byłem głodny? Tak, byłem głodny.
- Stało się coś? - zapytałem z troską, nieco poddenerwowany, czując się coraz bardziej nieswojo we własnej skórze. Zacząłem skubać przedramię. Faktycznie byłem głodny, ale... ALE... Geraldine wspominała, że miała gorszy dzień. Próbowałem właśnie na tym skupić własne myśli, złapać się tego niczym kotwicy. Geraldine i jej gorszego dnia. Były gorsze rzeczy od mojego głodu.
- Kimi ma nocne zmiany, więc nie zawracam jej głowy... własnymi problemami - przyznałem, odwracając głowę i patrząc gdzieś w bok, na nudny obrazek na ścianie. Wstyd mi było, że sam czyniłem siebie zagrożeniem, ale jednak robiłem to w dobrej wierze. Próbowałem się kontrolować, ale ciężko było, kiedy zaczynałem czuć mrowienie w zębach i pustkę w piersi. Pojawiało się na zawołanie, na hasło o jedzeniu, o ciepłej krwi, o porze karmienia...
Tak, znowu przełknąłem ślinę. Byłem martwy, ale nagle zrobiło jej się tak dużo. Niby stałem w miejscu, ale jednak zrobiłem nieświadomy krok do przodu, wracając tym zagubionym spojrzeniem na Geraldine. Nieco niepewnym. Nieco przerażonym. Nieco głodnym.
- Może... Może... Tak... Może moglibyśmy... Tak, porozmawiać później - przyznałem w końcu. Ledwo mi to przeszło przez ściśnięte gardło. Moja podświadomość najwyraźniej miała inne plany na dzisiejszą noc, a ja... Ja wolałem odłożyć tę rozmowę na nigdy, wrócić do siebie i zapomnieć o świecie, a jednak stałem dalej tak jak stałem. Nie ruszyłem się ani o milimetr, czekając, co zrobią oni.
Dziwnie mi się to kojarzyło. To moje zachowanie było niepokojące. Dziwne wizje pojawiały mi się przed oczami na myśl o moich spiętych mięśniach. Czy ja właśnie byłem dziką bestią? Dzikim zwierzęciem w trakcie polowania?
Wolałem jednak nie.
Nic nie wiedział. O mnie. Ulżyło mi, ale to też nie tak do końca. Znajdował się w jednym pomieszczeniu ze mną, więc powinien trzymać się na baczności. Byłem niebezpieczny, ale o tym nie wiedział. Ale miał Geraldine u boku... Pocieszające? Niekoniecznie. Ledwo stała na nogach i jeszcze przypominała mi o jedzeniu. Bez tego może bym się jakoś obył. Stał niczym cień i udawał, że tym cieniem człowieka jestem, ale... czy byłem głodny? ZAWSZE byłem głodny. ZAWSZE. Nie potrafiłem uciszyć tego szeptu, który nakłaniał mnie ku nasyceniu się, więc cieszyłem się, kiedy milczał. Nie prowokowałem go, kiedy milczał. Nie myślałem o tym, kiedy milczał.
Ale przestał milczeć. To czyniło nam nieco pod górkę. Schody. Strome schody. Bo jednak unikałem jedzenia, żeby nie obciążać Kimi. Miała nocne zmiany. Nie chciałem jej dodatkowo obciążać utratą krwi. Mieliśmy eliksiry, zapasy eliksirów, ale to nigdy nie było to samo, co zdrowy, wypoczęty człowiek. Wiedziałem to, chociaż zaprzeczała. Zawsze zaprzeczała. Ale ja wiedziałem swoje.
Wiedziałem również to, że nie mogłem sobie ufać. I nie mogłem ufać Ger. Niby miała mnie na oku cały czas? No ciekawe!
Przerzuciłem swoje spojrzenie na nią. Ambroise nic nie wiedział. Miał mnie za bogatego dzieciaka, co uwiesił się siostry niczym skrzata domowego. Przynieś-podaj-pozamiataj? Z Ger coś takiego by nie wyszło, nawet jeśli bym się zaparł, żeby jej wejść na głowę. Wszelkie zakłady o to okazałyby sie przegranymi, bo Geraldine nie dawała sobie wejść na głowę.
Przełknąłem. Czy byłem głodny? Tak, byłem głodny.
- Stało się coś? - zapytałem z troską, nieco poddenerwowany, czując się coraz bardziej nieswojo we własnej skórze. Zacząłem skubać przedramię. Faktycznie byłem głodny, ale... ALE... Geraldine wspominała, że miała gorszy dzień. Próbowałem właśnie na tym skupić własne myśli, złapać się tego niczym kotwicy. Geraldine i jej gorszego dnia. Były gorsze rzeczy od mojego głodu.
- Kimi ma nocne zmiany, więc nie zawracam jej głowy... własnymi problemami - przyznałem, odwracając głowę i patrząc gdzieś w bok, na nudny obrazek na ścianie. Wstyd mi było, że sam czyniłem siebie zagrożeniem, ale jednak robiłem to w dobrej wierze. Próbowałem się kontrolować, ale ciężko było, kiedy zaczynałem czuć mrowienie w zębach i pustkę w piersi. Pojawiało się na zawołanie, na hasło o jedzeniu, o ciepłej krwi, o porze karmienia...
Tak, znowu przełknąłem ślinę. Byłem martwy, ale nagle zrobiło jej się tak dużo. Niby stałem w miejscu, ale jednak zrobiłem nieświadomy krok do przodu, wracając tym zagubionym spojrzeniem na Geraldine. Nieco niepewnym. Nieco przerażonym. Nieco głodnym.
- Może... Może... Tak... Może moglibyśmy... Tak, porozmawiać później - przyznałem w końcu. Ledwo mi to przeszło przez ściśnięte gardło. Moja podświadomość najwyraźniej miała inne plany na dzisiejszą noc, a ja... Ja wolałem odłożyć tę rozmowę na nigdy, wrócić do siebie i zapomnieć o świecie, a jednak stałem dalej tak jak stałem. Nie ruszyłem się ani o milimetr, czekając, co zrobią oni.
Dziwnie mi się to kojarzyło. To moje zachowanie było niepokojące. Dziwne wizje pojawiały mi się przed oczami na myśl o moich spiętych mięśniach. Czy ja właśnie byłem dziką bestią? Dzikim zwierzęciem w trakcie polowania?
Wolałem jednak nie.