22.09.2024, 22:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.09.2024, 22:21 przez Atreus Bulstrode.)
Bulstrode roztarł dłonią czoło, licząc na to że tłum ludzi przeleje się obok niego szybciej jak wolniej, bo zwyczajnie nie miał teraz na to czasu. Tak samo pocieszające jak i martwiące było to, że dziejące się aktualnie rzeczy nie niosły ze sobą charakterystycznego swędu czarnej magii, która potwierdzałaby udział śmierciożerców w całym zajściu. Gdyby dało się tu wyczuć, tak wiele rzeczy byłoby prostsze, tym bardziej że o wiele lepiej walczyć z wrogiem, którego się jakkolwiek znało. A brak tego? Wprowadzał dziwną, niestałą atmosferę i poczucie, że miał tutaj walczyć z wiatrakami. Zrozumieć coś, czego nie był w stanie, bo przecież konflikty mugoli nigdy nie interesowały go, nawet w najmniejszym stopniu. To był ich poprany świat, a nie jego, i chciał zabrać się stąd jak najszybciej.
Kiedy przesunął się bardziej w górę rzędu aut, hałas od strony karetek tylko wzmógł się, świdrując niemożliwie uszy i przykrywając w większości resztę ulicznego harmidru. Nie rozumiał, czemu syreny musiały aż tak bardzo się drzeć, ale jego irytację szybko skoncentrowało na sobie coś innego. Ciche, ciężkie w tym wszystkim do wyłapania pikanie.
Pik.
Rozejrzał się, w pierwszej chwili biorąc je za jakąś aberrację jednej z tych głośnych maszyn, które nie dawały o sobie zapomnieć, ale im dłużej się w to wszystko wsłuchiwał, tym bardziej upewniał się że było to coś zupełnie innego.
Pik.
Dobrze, że do tej mieszaniny irytujących dźwięków nie dochodziły jeszcze aspekty wizualne, bo gdyby miał do tego oglądać te wszystkie znerwicowane, przerażone kolory aur, to by chyba faktycznie zwariował. Do tego dochodziło do niego powoli, jak długo już byli z Cainem osobno. Przez ten czas Bletchey pewnie zdążył już sam wyciągnąć podobne wnioski co on, że najlepszym możliwym posunięciem było teleportować się do Biura Aurorów i zdać raport.
Pik.
Nie było tu śladu działania czarnej magii i śmierciożerców. Mugole zrobili to sobie wszystko sami, a oni musieli użerać się z tym wszystkim, szukając wiatru w polu. Oczywiście, ubrałoby się to jakoś ładnie w słowa, bez przekleństw, które Atreus wyrzucał z siebie co i rusz pod nosem, niezadowolony z tego co się działo dookoła.
A potem było już tylko dzwonienie w uszach i ból.
Zmiotło go z nóg, kiedy coś w niego uderzyło, powodując gwałtowną falę bólu w okolicy klatki piersiowej i chwilowe problemy z zaczerpnięciem kolejnego oddechu. Coś piszczało mu ciągle w uszach, a krew szumiała, nie dopuszczając do niego innych bodźców. Przez dłuższą chwilę był zamroczony i skołowany, kiedy ciało próbowało połapać się w tym czy nie było tak źle, czy może powinno przejść w tryb utraty przytomności, by ograniczyć dalsze obrażenia. Ale w końcu umysł przebudził się na tyle, by jedna, wyraźna myśl pojawiła się w nim wreszcie. Złapać za świstoklik i teleportować się do Londynu.
Kiedy przesunął się bardziej w górę rzędu aut, hałas od strony karetek tylko wzmógł się, świdrując niemożliwie uszy i przykrywając w większości resztę ulicznego harmidru. Nie rozumiał, czemu syreny musiały aż tak bardzo się drzeć, ale jego irytację szybko skoncentrowało na sobie coś innego. Ciche, ciężkie w tym wszystkim do wyłapania pikanie.
Pik.
Rozejrzał się, w pierwszej chwili biorąc je za jakąś aberrację jednej z tych głośnych maszyn, które nie dawały o sobie zapomnieć, ale im dłużej się w to wszystko wsłuchiwał, tym bardziej upewniał się że było to coś zupełnie innego.
Pik.
Dobrze, że do tej mieszaniny irytujących dźwięków nie dochodziły jeszcze aspekty wizualne, bo gdyby miał do tego oglądać te wszystkie znerwicowane, przerażone kolory aur, to by chyba faktycznie zwariował. Do tego dochodziło do niego powoli, jak długo już byli z Cainem osobno. Przez ten czas Bletchey pewnie zdążył już sam wyciągnąć podobne wnioski co on, że najlepszym możliwym posunięciem było teleportować się do Biura Aurorów i zdać raport.
Pik.
Nie było tu śladu działania czarnej magii i śmierciożerców. Mugole zrobili to sobie wszystko sami, a oni musieli użerać się z tym wszystkim, szukając wiatru w polu. Oczywiście, ubrałoby się to jakoś ładnie w słowa, bez przekleństw, które Atreus wyrzucał z siebie co i rusz pod nosem, niezadowolony z tego co się działo dookoła.
A potem było już tylko dzwonienie w uszach i ból.
Zmiotło go z nóg, kiedy coś w niego uderzyło, powodując gwałtowną falę bólu w okolicy klatki piersiowej i chwilowe problemy z zaczerpnięciem kolejnego oddechu. Coś piszczało mu ciągle w uszach, a krew szumiała, nie dopuszczając do niego innych bodźców. Przez dłuższą chwilę był zamroczony i skołowany, kiedy ciało próbowało połapać się w tym czy nie było tak źle, czy może powinno przejść w tryb utraty przytomności, by ograniczyć dalsze obrażenia. Ale w końcu umysł przebudził się na tyle, by jedna, wyraźna myśl pojawiła się w nim wreszcie. Złapać za świstoklik i teleportować się do Londynu.
Koniec sesji