22.09.2024, 22:40 ✶
– Nie będę nawet pytała, co rozumiesz przez „dobry użytek” – stwierdziła Charlotte, rzucając Jonathanowi spojrzenie pt. „wiem, że coś knujesz”.
Oczywiście, że wiedziała.
Jonathan zawsze coś knuł.
Odkąd zaczęła się ta cała wojna z Voldemortem bardziej niż zwykle, ale Kelly wzdychała nad tym zwykle po prostu i przyjmowała do wiadomości, że możesz wyciągnąć Gryfona z Wieży Gryffindoru, ale nigdy nie wyciągniesz z niego tej całej gryfońskości. A na tę składały się nieodmiennie nadmierna brawura, sporo głupoty i jeszcze skłonności do pakowania się w tarapaty. Ale dziś postanowiła o tym nie myśleć, a skupić się na tym, że mieli święto żniw. To był miły sabat, chociaż byłby milszy bez jarmarku pod jej oknami. Ostatecznie jednak Charlotte mogła to znieść, zwłaszcza że miała całkiem przyjemne wspomnienia z Lammas sprzed lat – to było jedno z niewielu świąt, jakie spędzała poza szkołą i mogła świętować je w czasach Hogwartu z przyjaciółmi…
– Eliksir ochrony przed ogniem nie ochrony przed pożarciem, rozgnieceniem ani rozdarciem na strzępy. Doprawdy, nie pojmuję tej pasji Tony’ego. Smoki to nie domowe zwierzątka i co więcej nie ma mowy, aby dało się na nich jeździć. Nie możecie kupić mu smogoognika? – spytała marudnie, wkraczając do domu i przepychając lekko psa, by nie wybiegł na klatkę. Ten najpierw skoczył radośnie na nią, a sekundę później rzucił się na Jonathana… nie, nie by go zagryźć, a najwyraźniej domagając się wzięcia na ręce. – Wciąż tu cuchnie mokrym psem po wczorajszym spacerze.
Obróciła się na pięcie, gwałtownym ruchem, tak, że Selwyn omal się z nią nie zderzył.
To by było na tyle, jeśli chodzi o myślenie o święcie żniw i o innych, miłych rzeczach. Chociaż zaraz. Dokonanie mordu też mogło być bardzo miłą rzeczą, prawda?
– Ciesz się, że trzymam zakupy i mam zajęte ręce, bo inaczej chyba bym cię zamordowała za tego wnuka – syknęła, spoglądając na niego iście morderczym wzrokiem. Czy on właśnie sugerował jej… bycie babcią?! Babcią?!!! JEJ? I to w dodatku babcią psa?!!!
Oczywiście, że wiedziała.
Jonathan zawsze coś knuł.
Odkąd zaczęła się ta cała wojna z Voldemortem bardziej niż zwykle, ale Kelly wzdychała nad tym zwykle po prostu i przyjmowała do wiadomości, że możesz wyciągnąć Gryfona z Wieży Gryffindoru, ale nigdy nie wyciągniesz z niego tej całej gryfońskości. A na tę składały się nieodmiennie nadmierna brawura, sporo głupoty i jeszcze skłonności do pakowania się w tarapaty. Ale dziś postanowiła o tym nie myśleć, a skupić się na tym, że mieli święto żniw. To był miły sabat, chociaż byłby milszy bez jarmarku pod jej oknami. Ostatecznie jednak Charlotte mogła to znieść, zwłaszcza że miała całkiem przyjemne wspomnienia z Lammas sprzed lat – to było jedno z niewielu świąt, jakie spędzała poza szkołą i mogła świętować je w czasach Hogwartu z przyjaciółmi…
– Eliksir ochrony przed ogniem nie ochrony przed pożarciem, rozgnieceniem ani rozdarciem na strzępy. Doprawdy, nie pojmuję tej pasji Tony’ego. Smoki to nie domowe zwierzątka i co więcej nie ma mowy, aby dało się na nich jeździć. Nie możecie kupić mu smogoognika? – spytała marudnie, wkraczając do domu i przepychając lekko psa, by nie wybiegł na klatkę. Ten najpierw skoczył radośnie na nią, a sekundę później rzucił się na Jonathana… nie, nie by go zagryźć, a najwyraźniej domagając się wzięcia na ręce. – Wciąż tu cuchnie mokrym psem po wczorajszym spacerze.
Obróciła się na pięcie, gwałtownym ruchem, tak, że Selwyn omal się z nią nie zderzył.
To by było na tyle, jeśli chodzi o myślenie o święcie żniw i o innych, miłych rzeczach. Chociaż zaraz. Dokonanie mordu też mogło być bardzo miłą rzeczą, prawda?
– Ciesz się, że trzymam zakupy i mam zajęte ręce, bo inaczej chyba bym cię zamordowała za tego wnuka – syknęła, spoglądając na niego iście morderczym wzrokiem. Czy on właśnie sugerował jej… bycie babcią?! Babcią?!!! JEJ? I to w dodatku babcią psa?!!!