22.09.2024, 23:00 ✶
Nic nie odpowiedziała na zaczepkę Charlesa, przewróciwszy tylko z irytacją oczami. Odwróciła twarz od brata, wykorzystując okazję, by przyjrzeć się uważniej wnętrzu baru bez zwracania na siebie uwagi. Niewiele różniło się od wnętrza innych przybytków tego rodzaju zlokalizowanych na Nokturnie, a choć śmierdziało tutaj jak na otwarciu Głębiny, było czyściej niż w Skrytym w cieniu i mniej tłocznie w porównianiu do Białego Wiwerna. Najbardziej przeszkadzała jej duchota: w podziemiu panował przyjemny chłód, tu zaś czuła jak krople potu zaczynają perlić się na jej dekolcie.
Oczy Lorraine – a właściwie oczy Anny, bo lapis lazuli Malfoyów zastąpił obsydian Greybacków – stopniowo przyzwyczajały się do panującego w lokalu półmroku. Zauważyła, że na ścianach wisi wiele zdjęć (wszystkie nienaturalnie nieruchome, zauważyła, próbując przyzwyczaić się do dziwnego dysonansu, jaki budził w niej czasem mugolski świat), a za rogiem, w głębi baru – zamocowano korkową tablicę, do której przypięto czarno-białe wycinki z gazet, ulotki i kolorowe plakaty: niestety, była zbyt daleko, by dostrzec szczegóły. Wystrój był raczej eklektyczny – właściciel nie wydawał się dążyć do utrzymania określonej estetyki, a po prostu gromadził w barze różne rupiecie – zwracała jednak uwagę taksydermiczna kolekcja trofeów myśliwskich i wypchanych ptaków, które wisiały u sufitu lub spoczywały na drewnianych belkach podtrzymujących strop. Anna na dłużej zatrzymała spojrzenie na płomykówce z dziwnie wygiętymi skrzydłami, przysiadłej na półce nad barem w nienaturalnej pozie. Oczy ptaka nie wyglądały na martwe: wydawały się śledzić każdy jej ruch.
Ciszę przerwał szorstki głos nieznajomego, który siedział obok rodzeństwa przy barze.
– Bierz. – Niedbale rzuconemu zaproszeniu towarzyszył obłok dymu papierosowego. Wchodzący w wiek średni, niewysoki, acz barczysty mężczyzna z krótkimi, ciemnymi włosami i bujnym wąsem przesunął niebieskie opakowanie Playersów – największe z tych dostępnych na rynku – w stronę Charlesa, nie przestając przy tym ćmić szluga. – Twoja laska też może się poczęstować. – Uwaga mężczyzny wyraźnie ukierunkowana była na siedzącego obok Charliego – zbył wcześniejszą paplaninę Anny, skupiając się na tym, jak ruszają się jej usta, a nie na tym, co z nich wychodzi – przenikliwe spojrzenie ciemnych oczu przesunęło się z wyraźnym zaciekawieniem po twarzy chłopaka, zatrzymując się nieco dłużej na jego fryzurze i stroju. Sam ubrany był schludnie, w sposób, który nie wyróżniał go z tłumu: ubranie było niewyszukane, ale czyste, podobnie jak buty i dłonie. – Nie bierz tego do siebie, młody – zagaił zblazowanie – ale wyglądasz jakbyś się urwał z jakiegoś pedalskiego gangu motocyklowego. Pewnie dlatego ten tutaj – skinął brodą w stronę barmana – ma pietra. Pierwszy raz poszedł siedzieć w sześćdziesiątym drugim, kiedy wybuchły zamieszki między modsami a rockersami, a jego panience – bardziej niż ta paskudna vespa, którą się wtedy woził – podobali się chłopcy na motocyklach.
Barman z hukiem odstawił na blat baru kufel, który od dłuższego czasu przecierał bez większego przekonania, nawet nie próbując udawać, że nie przysłuchuje się rozmowie.
– Dobrze, że twojej starej się podobała moja vespa, bo inaczej na świecie by cię nie było – odgryzł się znudzonym tonem zakapior za szynkwasem, rzucając tubylcowi tak samo miłe spojrzenie, jakim obrzucił przed chwilą Charlesa. Odwrócił się i zaczął grzebać za ladą, być może w poszukiwaniu papierosów. Mężczyzna zasiadły po prawicy Charliego wzruszył tylko ramionami, strzepując popiół z trzymanego papierosa do przepełnionej już popielniczki.
– Daleko na takiej nie zajedziesz – odpowiedział z zadumą – zobacz, zarzekałeś się, że stąd uciekniesz: nie zdołałeś nawet uciec poza granice miasta. – Nieznajomy pokręcił głową. – Sam miałem Matchlessa G80 – swego czasu najlepszy motocykl, jaki jeździł po angielskich szosach – teraz już takich nie robią, bo wykupiła ich rządowa spółka i nic dobrego od tego czasu nie wyprodukowali. Też nie zdołałem uciec. Co sprowadza cię do naszego przeklętego miasta, młody? Tu nikt nie przyjeżdża ot tak, więc nie dziw się, że wszyscy patrzą na was podejrzliwie.
Wykorzystując fakt, że uwaga Charliego skupiona była na dwójce przekomarzających się mężczyzn, Anna bezczelnie sięgnęła po piwo brata, zamiast po podstawioną jej pod nos szklankę wody: mała, siostrzana zemsta, ale przecież byli rodzeństwem, więc powinien wiedzieć, że trzeba się dzielić? Upiła kilka łyków, po czym niedbale otarła wierzchem dłoni pianę z warg. Obrzydliwe, stwierdziła Lorraine, ale Anna tylko oblizała usta. Jak gdyby nigdy nic podsunęła piwo z powrotem w stronę brata, wyglądając na bardzo zadowoloną z tego, że zdołała napluć mu do szklanki. Zaszumiało jej delikatnie w głowie, a gorzki posmak piwa podrażnił nienawykłe do alkoholu podniebienie: czyżby wcześniej przyjęty eliksir trzeźwości umysłu nie zdążył jeszcze osiągnąć pełni swojego działania? Było jej teraz nieco gorąco, a koszulka kleiła się do ciała w dusznym wnętrzu pubu, miała też wrażenie, że palą ją policzki, co zwiastowało, że delikatny rumieniec zaraz wystąpi jej na twarzy. Bardzo rzadko piła, więc napoje procentowe szybko uderzały jej do głowy. Ale z eliksirem nie miała przecież powodu do obaw, prawda?
– Jesteś jakimś tajniakiem, że zadajesz tyle pytań? – Anna przechyliła lekko głowę, markując podejrzliwość, tylko po to, by po chwili uśmiechnąć się wesoło na swój żart. Wyciągnęła dłoń, by sięgnąć po papierosa, przelotnie spoglądając przy tym na Charliego, który zajmował miejsce między nią a nieznajomym. Zerknęła na dłonie nieznajomego, próbując doszukać się na nich jakichś potencjalnych wskazówek: plam po tuszu, zadrapań po kocich pazurach, może nawet odcisku po różdżce. – Chcesz aresztować mojego brata? – rzuciła wyzywająco, czy mnie, pytały leciutko przymrużone oczy. Liczyła na to, że mężczyzna powie im o sobie coś więcej: jego sposób bycia i manieryzmy przypominały jej aurora pod przykrywką, który próbował pozować na drobnego cwaniaczka z Nokturnu – a może to ten wąs, zastanowiła się – wyglądał na kogoś, kto wie więcej, niż daje po sobie poznać i nie daje łatwo zbić się z tropu. Nawet jeżeli się myliła, nie szkodziło odrobinę się z nim podroczyć, zwłaszcza, że wydawał się zaciekawiony Rodolphusem.
charyzma: zainteresowanie typa obok/barmana
Oczy Lorraine – a właściwie oczy Anny, bo lapis lazuli Malfoyów zastąpił obsydian Greybacków – stopniowo przyzwyczajały się do panującego w lokalu półmroku. Zauważyła, że na ścianach wisi wiele zdjęć (wszystkie nienaturalnie nieruchome, zauważyła, próbując przyzwyczaić się do dziwnego dysonansu, jaki budził w niej czasem mugolski świat), a za rogiem, w głębi baru – zamocowano korkową tablicę, do której przypięto czarno-białe wycinki z gazet, ulotki i kolorowe plakaty: niestety, była zbyt daleko, by dostrzec szczegóły. Wystrój był raczej eklektyczny – właściciel nie wydawał się dążyć do utrzymania określonej estetyki, a po prostu gromadził w barze różne rupiecie – zwracała jednak uwagę taksydermiczna kolekcja trofeów myśliwskich i wypchanych ptaków, które wisiały u sufitu lub spoczywały na drewnianych belkach podtrzymujących strop. Anna na dłużej zatrzymała spojrzenie na płomykówce z dziwnie wygiętymi skrzydłami, przysiadłej na półce nad barem w nienaturalnej pozie. Oczy ptaka nie wyglądały na martwe: wydawały się śledzić każdy jej ruch.
Ciszę przerwał szorstki głos nieznajomego, który siedział obok rodzeństwa przy barze.
– Bierz. – Niedbale rzuconemu zaproszeniu towarzyszył obłok dymu papierosowego. Wchodzący w wiek średni, niewysoki, acz barczysty mężczyzna z krótkimi, ciemnymi włosami i bujnym wąsem przesunął niebieskie opakowanie Playersów – największe z tych dostępnych na rynku – w stronę Charlesa, nie przestając przy tym ćmić szluga. – Twoja laska też może się poczęstować. – Uwaga mężczyzny wyraźnie ukierunkowana była na siedzącego obok Charliego – zbył wcześniejszą paplaninę Anny, skupiając się na tym, jak ruszają się jej usta, a nie na tym, co z nich wychodzi – przenikliwe spojrzenie ciemnych oczu przesunęło się z wyraźnym zaciekawieniem po twarzy chłopaka, zatrzymując się nieco dłużej na jego fryzurze i stroju. Sam ubrany był schludnie, w sposób, który nie wyróżniał go z tłumu: ubranie było niewyszukane, ale czyste, podobnie jak buty i dłonie. – Nie bierz tego do siebie, młody – zagaił zblazowanie – ale wyglądasz jakbyś się urwał z jakiegoś pedalskiego gangu motocyklowego. Pewnie dlatego ten tutaj – skinął brodą w stronę barmana – ma pietra. Pierwszy raz poszedł siedzieć w sześćdziesiątym drugim, kiedy wybuchły zamieszki między modsami a rockersami, a jego panience – bardziej niż ta paskudna vespa, którą się wtedy woził – podobali się chłopcy na motocyklach.
Barman z hukiem odstawił na blat baru kufel, który od dłuższego czasu przecierał bez większego przekonania, nawet nie próbując udawać, że nie przysłuchuje się rozmowie.
– Dobrze, że twojej starej się podobała moja vespa, bo inaczej na świecie by cię nie było – odgryzł się znudzonym tonem zakapior za szynkwasem, rzucając tubylcowi tak samo miłe spojrzenie, jakim obrzucił przed chwilą Charlesa. Odwrócił się i zaczął grzebać za ladą, być może w poszukiwaniu papierosów. Mężczyzna zasiadły po prawicy Charliego wzruszył tylko ramionami, strzepując popiół z trzymanego papierosa do przepełnionej już popielniczki.
– Daleko na takiej nie zajedziesz – odpowiedział z zadumą – zobacz, zarzekałeś się, że stąd uciekniesz: nie zdołałeś nawet uciec poza granice miasta. – Nieznajomy pokręcił głową. – Sam miałem Matchlessa G80 – swego czasu najlepszy motocykl, jaki jeździł po angielskich szosach – teraz już takich nie robią, bo wykupiła ich rządowa spółka i nic dobrego od tego czasu nie wyprodukowali. Też nie zdołałem uciec. Co sprowadza cię do naszego przeklętego miasta, młody? Tu nikt nie przyjeżdża ot tak, więc nie dziw się, że wszyscy patrzą na was podejrzliwie.
Wykorzystując fakt, że uwaga Charliego skupiona była na dwójce przekomarzających się mężczyzn, Anna bezczelnie sięgnęła po piwo brata, zamiast po podstawioną jej pod nos szklankę wody: mała, siostrzana zemsta, ale przecież byli rodzeństwem, więc powinien wiedzieć, że trzeba się dzielić? Upiła kilka łyków, po czym niedbale otarła wierzchem dłoni pianę z warg. Obrzydliwe, stwierdziła Lorraine, ale Anna tylko oblizała usta. Jak gdyby nigdy nic podsunęła piwo z powrotem w stronę brata, wyglądając na bardzo zadowoloną z tego, że zdołała napluć mu do szklanki. Zaszumiało jej delikatnie w głowie, a gorzki posmak piwa podrażnił nienawykłe do alkoholu podniebienie: czyżby wcześniej przyjęty eliksir trzeźwości umysłu nie zdążył jeszcze osiągnąć pełni swojego działania? Było jej teraz nieco gorąco, a koszulka kleiła się do ciała w dusznym wnętrzu pubu, miała też wrażenie, że palą ją policzki, co zwiastowało, że delikatny rumieniec zaraz wystąpi jej na twarzy. Bardzo rzadko piła, więc napoje procentowe szybko uderzały jej do głowy. Ale z eliksirem nie miała przecież powodu do obaw, prawda?
– Jesteś jakimś tajniakiem, że zadajesz tyle pytań? – Anna przechyliła lekko głowę, markując podejrzliwość, tylko po to, by po chwili uśmiechnąć się wesoło na swój żart. Wyciągnęła dłoń, by sięgnąć po papierosa, przelotnie spoglądając przy tym na Charliego, który zajmował miejsce między nią a nieznajomym. Zerknęła na dłonie nieznajomego, próbując doszukać się na nich jakichś potencjalnych wskazówek: plam po tuszu, zadrapań po kocich pazurach, może nawet odcisku po różdżce. – Chcesz aresztować mojego brata? – rzuciła wyzywająco, czy mnie, pytały leciutko przymrużone oczy. Liczyła na to, że mężczyzna powie im o sobie coś więcej: jego sposób bycia i manieryzmy przypominały jej aurora pod przykrywką, który próbował pozować na drobnego cwaniaczka z Nokturnu – a może to ten wąs, zastanowiła się – wyglądał na kogoś, kto wie więcej, niż daje po sobie poznać i nie daje łatwo zbić się z tropu. Nawet jeżeli się myliła, nie szkodziło odrobinę się z nim podroczyć, zwłaszcza, że wydawał się zaciekawiony Rodolphusem.
charyzma: zainteresowanie typa obok/barmana
Rzut Z 1d100 - 51
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 64
Sukces!
Sukces!