23.09.2024, 10:45 ✶
Charlotte nie zamierzała wspominać dzieciom, że do nich strzelano. Nie wspominałaby też o tym Anthony’emu – pod pewnymi względami był… najbardziej śliskim z nich, obracał się w towarzystwie, na które nawet Charlotte, tak niechętna skostniałym zasadom świata swych rodziców kręciła noskiem i nie miał skrupułów, gdy chodziło o zyski. Ale jednocześnie o bliskich potrafił martwić się o wiele za bardzo, a poza tym Charlie nie wątpiła, że sam nie bawiłby się tak doskonale jak ona, gdy uciekali mugolskim autem z płonącej posiadłości, gonieni przez stado gangsterów.
Uśmiechnęła się na to wspomnienie do swojego odbicia.
To była naprawdę miła wycieczka. Gdyby umiała pisać, mogłaby napisać o niej książkę. Nazwałaby ją „50 twarzy Kelly” i odrobinkę ubarwiła. Tak tylko troszkę – na przykład cała posiadłość by płonęła, a nie tylko jedno jej skrzydło.
Skrzywiła się odrobinę chwilę później, gdy zerknęła na lusterko wskazane przez syna.
– Wygląda, jakby ktoś rzucił zaklęcie balonowe. Produkują te lustra, żeby brzydcy ludzie mogli poczuć się lepiej, bo ci piękni też nie wyglądają aż tak doskonale, gdy przed nimi staną? – rzuciła w przestrzeń. Oczywiście „aż tak doskonale” nie oznaczało, że nie wygląda doskonale w tym odbiciu. I nic sobie nie zrobiła z oburzonych spojrzeń, które rzuciła jej stojąca w pobliżu para młodych ludzi. Cóż, ruch body positive nie imał się Charlotte, a raczej uważała, że sama jest idealna, ale nie była skłonna przyznać tego wobec wszystkich innych.
Grymas stał się jeszcze brzydszy, gdy Jessie wspomniał o goblinach.
– Dość tego, Jasperze. Znajdziesz sobie n o r m a l n y c h znajomych albo ja ich znajdę za ciebie – zagroziła, wskazując go palcem, ale potem zawahała się na mgnienie oka. Normalnych? No dobrze, jej przyjaciółmi byli Morpheus, Jonathan i Anthony. Nie mogła wymagać od syna więcej niż od siebie. – Nie będących goblinami, wampirami i nie bawiących się na Nokturnie – powiedziała, obniżając trochę wymagania. Oczywiście, niebycie goblinem było najważniejsze, potem wampirem, a na końcu ten Nokturn – tam śmierdziało i poniewierali się niekiedy zwolennicy Voldemorta, a takiego braku gustu, jakim był mroczny znak, nie dało się wybaczyć. – Będę widziała siebie tylko we fragmentach. Jaki to miałoby sens? – rzuciła, ruszając wraz z synem dalej, pośród luster, kierując się powoli ku wyjściu z drugiej strony gabinetu.
Uśmiechnęła się na to wspomnienie do swojego odbicia.
To była naprawdę miła wycieczka. Gdyby umiała pisać, mogłaby napisać o niej książkę. Nazwałaby ją „50 twarzy Kelly” i odrobinkę ubarwiła. Tak tylko troszkę – na przykład cała posiadłość by płonęła, a nie tylko jedno jej skrzydło.
Skrzywiła się odrobinę chwilę później, gdy zerknęła na lusterko wskazane przez syna.
– Wygląda, jakby ktoś rzucił zaklęcie balonowe. Produkują te lustra, żeby brzydcy ludzie mogli poczuć się lepiej, bo ci piękni też nie wyglądają aż tak doskonale, gdy przed nimi staną? – rzuciła w przestrzeń. Oczywiście „aż tak doskonale” nie oznaczało, że nie wygląda doskonale w tym odbiciu. I nic sobie nie zrobiła z oburzonych spojrzeń, które rzuciła jej stojąca w pobliżu para młodych ludzi. Cóż, ruch body positive nie imał się Charlotte, a raczej uważała, że sama jest idealna, ale nie była skłonna przyznać tego wobec wszystkich innych.
Grymas stał się jeszcze brzydszy, gdy Jessie wspomniał o goblinach.
– Dość tego, Jasperze. Znajdziesz sobie n o r m a l n y c h znajomych albo ja ich znajdę za ciebie – zagroziła, wskazując go palcem, ale potem zawahała się na mgnienie oka. Normalnych? No dobrze, jej przyjaciółmi byli Morpheus, Jonathan i Anthony. Nie mogła wymagać od syna więcej niż od siebie. – Nie będących goblinami, wampirami i nie bawiących się na Nokturnie – powiedziała, obniżając trochę wymagania. Oczywiście, niebycie goblinem było najważniejsze, potem wampirem, a na końcu ten Nokturn – tam śmierdziało i poniewierali się niekiedy zwolennicy Voldemorta, a takiego braku gustu, jakim był mroczny znak, nie dało się wybaczyć. – Będę widziała siebie tylko we fragmentach. Jaki to miałoby sens? – rzuciła, ruszając wraz z synem dalej, pośród luster, kierując się powoli ku wyjściu z drugiej strony gabinetu.