23.09.2024, 11:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.09.2024, 11:02 przez Millie Moody.)
Tralalala, co za pierdolenie.
– Szkoda. Bardzo chciałam poznać kogoś z kim będę pracować, zanim papa mnie wprowadzi w środowisko. Nie lubię, kiedy tak przejmuje nad wszystkim kontrolę. Jeszcze mi powie kogo lubić, kogo nie... A chciałabym sama wyrobić sobie wcześniej zdanie. – odpowiedziała płynnie, bo ten kretyn chyba nie usłyszał jak z niego drwiła. Cóż, może powinna mu jebnąć przez łeb, żeby się na niej skupił? To nie była jednak taktyka adekwatna do wydarzenia i sytuacji. Ciągnęła więc bajeczkę dalej, uśmiechała się słodko, machała rzęsami, wyginała jak lalka w jego rękach, po łuku, taniec przychodził jej coraz prościej.
– No tak! Gdzież moje maniery. Nazywam się Melpoménē Longbottom. Mój papa, Morpheus Longbottom bardzo liczył, że odziedziczę po mojej matce piękny głos, ale niestety... Apollo zakpił z niego, udzielając mi zgoła odmiennego daru. Pan był w ogóle kiedykolwiek w Grecji? To ziemia na której profeci zielenią się dorodnie na krzakach jak oliwki i pomarańcze. Choć część z nich, muszę panu zdradzić beczy jak niewydojona koza. – Zaśmiała się rozkosznie, kokieteryjnie, suknia odsłaniała, eksponowała jej ciało tak, jakby w ogóle jej tam nie było, lecz nie odsłaniała prawdy o niej. Była lustrem, a błazen tańczył z błaznem.
– Niemniej cieszę się, że podczas swojej ostatniej podróży zdecydował się mnie zabrać do Anglii, przedstawić rodzinie. Pan z pewnością słyszał o Longbottomach, to taki wspaniały ród wojowników. Lękałam się, że nie przyjmą mnie zbyt życzliwie, skoro moje ciało zdaje się takie wątłe w pierwszej chwili, ale przy bliższym poznaniu okazuje się niezwykle wytrzymałe. To z pewnością odziedziczyłam po ojcu, wraz z temperamentem, tak powtarzała mi moja matka. – Bredziła nieskrępowanie, odnajdując w tych bujdach słodką rozrywkę dalece bardziej interesującą niż jakakolwiek wcześniejsza jej konfrontacja z Alexandrem Pierdolonym Mulciberem. Nie było słów, które mogłyby opisać, jak bardzo go nienawidziła i wściekłość wynikającą z tego jak zabujana w tym dupku była jej ukochana kuzynka.
Nie miało to znaczenia, wobec świergotu, wobec kłamstwa które lśniło na niej bardziej niż pociągnięta potterowską mikką skóra. A w głowie pozostała tylko jedna myśl - jak by jeszcze bardziej go wkurwić, wszak nie mógłby skrzywdzić córeczki swojego pieprzonego idola. Ręka sama się ześlizgnęła do kieszeni. Gdzieś musiał je mieć. Przygryzła delikatnie wargę w podekscytowaniu, gdy długie palce znalazły jego skarbeńka. Doskonale
– Anglia to fascynujące miejsce, gdzie można spotkać fascynujących ludzi. Czy dobrze czuję? To karty? Ciekawe co mówią o naszej świeżo zasianej relacji? – niemal się oblizała, ze złocistymi oczyma utkwionymi w twarzy zjeba, który sądził, że ludzie tak łatwo zapominają jaki ma ryj. Chciała widzieć, chciała nasycić się grymasem i niemocą, gdy zrobi właśnie to.
Dłoń zabrała szybko z kartą, na którą spojrzała pierwsza. To w końcu była jej wróżba.
– Szkoda. Bardzo chciałam poznać kogoś z kim będę pracować, zanim papa mnie wprowadzi w środowisko. Nie lubię, kiedy tak przejmuje nad wszystkim kontrolę. Jeszcze mi powie kogo lubić, kogo nie... A chciałabym sama wyrobić sobie wcześniej zdanie. – odpowiedziała płynnie, bo ten kretyn chyba nie usłyszał jak z niego drwiła. Cóż, może powinna mu jebnąć przez łeb, żeby się na niej skupił? To nie była jednak taktyka adekwatna do wydarzenia i sytuacji. Ciągnęła więc bajeczkę dalej, uśmiechała się słodko, machała rzęsami, wyginała jak lalka w jego rękach, po łuku, taniec przychodził jej coraz prościej.
– No tak! Gdzież moje maniery. Nazywam się Melpoménē Longbottom. Mój papa, Morpheus Longbottom bardzo liczył, że odziedziczę po mojej matce piękny głos, ale niestety... Apollo zakpił z niego, udzielając mi zgoła odmiennego daru. Pan był w ogóle kiedykolwiek w Grecji? To ziemia na której profeci zielenią się dorodnie na krzakach jak oliwki i pomarańcze. Choć część z nich, muszę panu zdradzić beczy jak niewydojona koza. – Zaśmiała się rozkosznie, kokieteryjnie, suknia odsłaniała, eksponowała jej ciało tak, jakby w ogóle jej tam nie było, lecz nie odsłaniała prawdy o niej. Była lustrem, a błazen tańczył z błaznem.
– Niemniej cieszę się, że podczas swojej ostatniej podróży zdecydował się mnie zabrać do Anglii, przedstawić rodzinie. Pan z pewnością słyszał o Longbottomach, to taki wspaniały ród wojowników. Lękałam się, że nie przyjmą mnie zbyt życzliwie, skoro moje ciało zdaje się takie wątłe w pierwszej chwili, ale przy bliższym poznaniu okazuje się niezwykle wytrzymałe. To z pewnością odziedziczyłam po ojcu, wraz z temperamentem, tak powtarzała mi moja matka. – Bredziła nieskrępowanie, odnajdując w tych bujdach słodką rozrywkę dalece bardziej interesującą niż jakakolwiek wcześniejsza jej konfrontacja z Alexandrem Pierdolonym Mulciberem. Nie było słów, które mogłyby opisać, jak bardzo go nienawidziła i wściekłość wynikającą z tego jak zabujana w tym dupku była jej ukochana kuzynka.
Nie miało to znaczenia, wobec świergotu, wobec kłamstwa które lśniło na niej bardziej niż pociągnięta potterowską mikką skóra. A w głowie pozostała tylko jedna myśl - jak by jeszcze bardziej go wkurwić, wszak nie mógłby skrzywdzić córeczki swojego pieprzonego idola. Ręka sama się ześlizgnęła do kieszeni. Gdzieś musiał je mieć. Przygryzła delikatnie wargę w podekscytowaniu, gdy długie palce znalazły jego skarbeńka. Doskonale
– Anglia to fascynujące miejsce, gdzie można spotkać fascynujących ludzi. Czy dobrze czuję? To karty? Ciekawe co mówią o naszej świeżo zasianej relacji? – niemal się oblizała, ze złocistymi oczyma utkwionymi w twarzy zjeba, który sądził, że ludzie tak łatwo zapominają jaki ma ryj. Chciała widzieć, chciała nasycić się grymasem i niemocą, gdy zrobi właśnie to.
Dłoń zabrała szybko z kartą, na którą spojrzała pierwsza. To w końcu była jej wróżba.
Rzut Tarot 1d78 - 56
Paź Denarów
Paź Denarów