23.09.2024, 11:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.09.2024, 11:23 przez Millie Moody.)
Ile gardeł stało nad nią w modłach i bluźnierstwach, ile głosów zaklinało chórem prośby o to by powróciła.
Czy posłuchała któregokolwiek z nich?
Czy lojalność Louviana wzrosłaby, gdyby ten, który wydawał mu polecenia obiecałby przywrócić świadomość do wątłego ciała?
Czy taka prośba, nie byłaby nazbyt okazaniem słabości? Wszak to ciało zbrukane był dziedzicznie krwią mugoli czy mugolaków, zabrudzone, niemożliwe do odczyszczenia niczym, nawet trefnymi dokumentami - łono które wydało na świat Moody było już zbrukane.
W postrzeganiu wielu tak jej dziedzictwo, jak profesja, sprawiały, że była mniej niż śmieciem, odpryskiem na kartach historii. Tak widziała również sama siebie, gdy patrzyła w lustro. Nigdy jednak nie było to przy nim, aby nie dostrzegł słabości i rozgoryczenia, dojmującej pustki, która w chwilach alkoholowego upojenia przyjmowała formę szalonego tańca na zgliszczach własnego życia. Nie mógł widzieć jej słabej, nie mógł wiedzieć, jak bardzo potrzebowała tych sesji, gdy na jeden moment, na krótką chwilę, mogła się poczuć jak królowa nocy depcząca jego arystokratyczny ryj, a nie szczur ze ścieków, kopany przez wielu przy każdej nadarzającej się okazji. Potrzebował jej, jak potrzebowała jego. Dagaz naznaczył podczas pierwszego spotkania nie tylko ją, ale i jego. Świt. Równowaga między cieniem a światłem. Tylko oni nigdy nie byli dziećmi równowagi. Byli trwającym ekstremum.
Lubił tańczyć. Lubiła tańczyć.
Teraz jej nogi leżały nieruchomo, język milczał, przemieniony w kołek tkwiący pomiędzy wysuszonymi, rozchylonymi wargami, a oczy rozwarte szeroko wpatrywały się w sufit.
Oczy matowe, pozbawione blasku, oczy zaczerwienione od tego, że nie mrugały, a wytężenie. Wpatrywały. Się. W. Sufit.
Czy posłuchała któregokolwiek z nich?
Czy lojalność Louviana wzrosłaby, gdyby ten, który wydawał mu polecenia obiecałby przywrócić świadomość do wątłego ciała?
Czy taka prośba, nie byłaby nazbyt okazaniem słabości? Wszak to ciało zbrukane był dziedzicznie krwią mugoli czy mugolaków, zabrudzone, niemożliwe do odczyszczenia niczym, nawet trefnymi dokumentami - łono które wydało na świat Moody było już zbrukane.
W postrzeganiu wielu tak jej dziedzictwo, jak profesja, sprawiały, że była mniej niż śmieciem, odpryskiem na kartach historii. Tak widziała również sama siebie, gdy patrzyła w lustro. Nigdy jednak nie było to przy nim, aby nie dostrzegł słabości i rozgoryczenia, dojmującej pustki, która w chwilach alkoholowego upojenia przyjmowała formę szalonego tańca na zgliszczach własnego życia. Nie mógł widzieć jej słabej, nie mógł wiedzieć, jak bardzo potrzebowała tych sesji, gdy na jeden moment, na krótką chwilę, mogła się poczuć jak królowa nocy depcząca jego arystokratyczny ryj, a nie szczur ze ścieków, kopany przez wielu przy każdej nadarzającej się okazji. Potrzebował jej, jak potrzebowała jego. Dagaz naznaczył podczas pierwszego spotkania nie tylko ją, ale i jego. Świt. Równowaga między cieniem a światłem. Tylko oni nigdy nie byli dziećmi równowagi. Byli trwającym ekstremum.
Lubił tańczyć. Lubiła tańczyć.
Teraz jej nogi leżały nieruchomo, język milczał, przemieniony w kołek tkwiący pomiędzy wysuszonymi, rozchylonymi wargami, a oczy rozwarte szeroko wpatrywały się w sufit.
Oczy matowe, pozbawione blasku, oczy zaczerwienione od tego, że nie mrugały, a wytężenie. Wpatrywały. Się. W. Sufit.