- Tak, o to mi chodzi. - Nie miała pojęcia, czy się z niej nabija, czy nie. Nie obchodziło jej to szczególnie, zdawała sobie sprawę z tego, że spora część społeczeństwa nie do końca rozumiała takie podejście. Ludzie często wybierali te najbardziej bezpieczne opcje, które niekoniecznie przynosiły w życiu zbyt wiele kolorów. Ona była pewna, że nie chce tak żyć. Wolała stąpać po niepewnych gruntach, szukać nowych możliwości, ryzykować, bawić się, tak, aby na koniec niczego nie żałować. Jasne, przez to jej żywot mógł się skończyć szybciej, ale co z tego? Przynajmniej żyła w zgodzie ze sobą. Nie ustępowała, nie wybierała znanych dróg.
Oczywiście potrafiła się dostosowywać, tak jak chociażby teraz. Nie mogła sobie pozwolić na niepotrzebne ryzyko, bo nie była tutaj sama. Gdy przyszło jej wykonywać misje, w których brały udział inne osoby to sięgała po te resztki rozsądku, które znajdowały się naprawdę głęboko. Nie chciała wyjść na wątpliwego specjalistę, nie mogła też ryzykować życia obcych osób. Miała tego świadomość. Współpracując musiała działać ostrożniej. Nie chodziło w końcu tylko o jej zdrowie, czy życie. Zależało jej na opinii osób, z którymi czasem wykonywała zadania, bo dzięki temu mogła zostać zaangażowana w kolejne. Profesjonalizm był ważny w tym przypadku.
- W takim wypadku powinnam się chyba poskarżyć naszemu zleceniodawcy, że musiałam pracować z osłem? - Od tego przecież zaczęły się wątpliwości związane z jej standardami. Oczywiście nie miała zamiaru tego robić, zresztą nie uważała tak naprawdę Greengrassa za osła, był to jeden z głupich komentarzy na który sobie pozwoliła. Jak zawsze drążył temat tak, aż zaczęła żałować, że go w ogóle poruszyła. Ambroise był nie do zajechania jeśli o to chodzi, ciągle odbijał piłeczkę, co najgorsze całkiem celnie.
Nie bez powodu też podzieliła się z nim informacją o swoich magicznych zmysłach. Byli tu razem, wolała, aby wiedział, jak wygląda sprawa. Nie poinformowała go o tych wszystkich szczegółach, jak dokładnie działały te umiejętności, bo się przecież nie przyjaźnili. Sięgnęła tylko po to, co wydawało jej się istotne. Nic więcej. Miała wrażenie, że i tak już zbyt wiele o niej wiedział. Niepotrzebnie pokazywała mu swoje ukryte talenty już wcześniej, tyle, że wtedy nie zakładała, że mogą się poróżnić. Powinna chociaż trochę myśleć o ewentualnych konsekwencjach, które mogło przynieść opowiadanie swoich tajemnic. Trudno, liczyła na to, że będzie chociaż trochę lojalny, najwyżej będzie musiała znaleźć coś na niego i odwdzięczyć mu się tym samym, jeśli postanowi przekazać to komukolwiek.
Odbiła się od jego wyciągniętego ramienia. Na jej twarzy rysowała się konsternacja, nie miała pojęcia dlaczego ją zatrzymał, kilka sekund później zauważyła konar wystający spod śniegu. Ups. Nie dostrzegła go wcześniej. Nie wyglądał jednak, jakby zechciał ich zeżreć, więc może nie był to wcale jakiś poważny błąd. - Dzięki. - Rzuciła jeszcze do swojego towarzysza, żeby nie było, że nie docenia jego zaangażowania.
- Tylko tyle, że ponoć jest od lat opuszczony i nikt o zdrowych zmysłach nie chce się do niego zbliżać, bo ponoć coś tam mieszka. - Nie miała pojęcia, czym było to coś, ale musiało to być dosyć groźne, skoro było w stanie zrazić do siebie wszystkie te osoby.
Budynek, który widzieli w oddali z każdym krokiem pokonywania śniegu stawał się im coraz bliższy. Gerry wpatrywała się w niego z zainteresowaniem. Z początku przypominał jakiś opuszczony dwór, teraz jednak nie była do końca pewna, czy nie był zamieszkały. Wyglądał na całkiem zadbany. Spojrzała pod nogi i dostrzegła zieloną trawę, była wiosna? Chyba tak, słońce przyjemnie muskało jej skórę, zapominała o chłodzie, który jeszcze kilka chwil temu przeszywał ją niemalże do kości. Miała na sobie wełniany płaszcz? Tylko po co, zsunęła go w pewnej chwili, a następnie szła dalej przed siebie zafascynowana tym, co znajdowało się przed nimi.
- Jak myślisz, zdziwią się, że zobaczą nas znowu razem? - Nie było to nic nowego, przecież zdarzyło im się już pokazać u swojego boku na przyjęciu. Wtedy dyskutowali o tym, które z nich zostanie uznane za stracone przez towarzystwo drugiej osoby. Strój typowy do polowania, który miała na sobie jeszcze chwilę temu zastąpiła długa, satynowa suknia, oczywiście w zielonym kolorze, który pasował do leśnego otoczenia.
Wsunęła ramię pod rękę Ambroise'a, jakby zapominała o ich wszystkich wcześniejszych niesnaskach, liczyło się tylko to, że mieli się tutaj pokazać razem i osiągnąć coś, chociaż właściwie nie wiedziała co. - Jesteśmy chyba trochę spóźnieni, ale to dobrze, wszyscy będą na nas patrzeć. - Przecież o to im chodziło, aby ludzie nie przestawali o nich plotkować.