23.09.2024, 20:16 ✶
Nie usiłowała być celowo niegrzeczna - nie troszczyła się jednak zbytnio o to, jak wypadnie i czy nie urazi Shafiqa, co zapewne zwykle miałaby bardziej na względzie. Być może winne były tutaj przedziwne okoliczności i pierwszego, i drugiego spotkania, niekoniecznie sprzyjające pełnym konwenansów, i to przez nie pozwalała sobie na bezpośredniość. Nie zarzucała nic wprost zresztą, mówiła wszak, że tylko można by tak pomyśleć, jakby snuła dalej opowieść, mówiła o wampirzym lordzie, nie prawdziwym Anthonym... choć zaiste myślała, że ktoś, kto o małżeństwie mówi jak o umowie, nie stanął na ślubnym kobiercu z miłości.
Nic niezwykłego w ich świecie. Jej rodzina, pokolenie ojca, była ewenementem, bo wszyscy bracia i jedna siostra wybrali sobie partnerów wiedzeni szczerym uczuciem. Brenna nie obawiała się więc, mimo pewnych swatów ze strony matki, że ją czeka taka umowa - wysiłki rodziny zresztą skupiały się bardziej na dziedzicu, choć i tu nie było tak wielkiej presji, gdy w Warowni dorastał młody Frank, nadzieja i duma rodu.
- Jak to szło? Merkury, Wenus, Ziemia, Mars... - wyrecytowała Brenna, jedną z podstawowych astronomii, co jeszcze jej w głowie się ostała, ruszając sprawdzić swoje znaki, zerknąć, które książki przypisano kolejnym planetom. Ale też ledwo Shafiq odczytał tytułu, jej wzrok powędrował ku kadzidłom i gobelinowi, w poszukiwaniu purpury i niebieskiego, bo na razie oczywistym tropem wydał się kolor. - Mam nadzieję, że znalezisko jest tego warte, panie Shafiq, skoro przegapiamy dla niego tort. Podobno jest czekoladowo - malinowy - westchnęła z odrobiną żalu, wydobywając właściwe książki z półek. Brenna nigdy nie udawała, że je jak ptaszek, bo jadła jak wilk, a kondycję pomagały jej utrzymać chyba tylko dobra przemiana materii i hiperaktywność. - Na miejscu pana kolegi umieściłabym na końcu drogi jeden z rysunków żony. To dopiero byłby sposób na to, aby zakpić z poszukiwaczy, prawdziwa igraszka.
Choć ktoś tak pewny siebie jak gospodarz zapewne faktycznie ukrył tutaj ten skarb.
Nic niezwykłego w ich świecie. Jej rodzina, pokolenie ojca, była ewenementem, bo wszyscy bracia i jedna siostra wybrali sobie partnerów wiedzeni szczerym uczuciem. Brenna nie obawiała się więc, mimo pewnych swatów ze strony matki, że ją czeka taka umowa - wysiłki rodziny zresztą skupiały się bardziej na dziedzicu, choć i tu nie było tak wielkiej presji, gdy w Warowni dorastał młody Frank, nadzieja i duma rodu.
- Jak to szło? Merkury, Wenus, Ziemia, Mars... - wyrecytowała Brenna, jedną z podstawowych astronomii, co jeszcze jej w głowie się ostała, ruszając sprawdzić swoje znaki, zerknąć, które książki przypisano kolejnym planetom. Ale też ledwo Shafiq odczytał tytułu, jej wzrok powędrował ku kadzidłom i gobelinowi, w poszukiwaniu purpury i niebieskiego, bo na razie oczywistym tropem wydał się kolor. - Mam nadzieję, że znalezisko jest tego warte, panie Shafiq, skoro przegapiamy dla niego tort. Podobno jest czekoladowo - malinowy - westchnęła z odrobiną żalu, wydobywając właściwe książki z półek. Brenna nigdy nie udawała, że je jak ptaszek, bo jadła jak wilk, a kondycję pomagały jej utrzymać chyba tylko dobra przemiana materii i hiperaktywność. - Na miejscu pana kolegi umieściłabym na końcu drogi jeden z rysunków żony. To dopiero byłby sposób na to, aby zakpić z poszukiwaczy, prawdziwa igraszka.
Choć ktoś tak pewny siebie jak gospodarz zapewne faktycznie ukrył tutaj ten skarb.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.