- No tak, bo przecież jesteś taki kulturalny, jasne. - Zdecydowanie wolałaby, żeby to eskalowało, mógł się na niej wyżyć raz i konkretnie i mieliby to z głowy. On jednak wybrał długoterminowe, powolne wbijanie szpilek. Yaxley nie była przyzwyczajona do takich długich gierek, wolała zdecydowanie prostsze i szybsze rozwiązania. Sama swoje kłótnie, jak chociażby te z rodzeństwem wolała rozwiązywać poprzed danie sobie po mordzie. Trochę pobolało, ale przynajmniej mogli się pozbyć wszystkich negatywnych emocji. Tutaj miała wrażenie, że z każdym spotkaniem jest ich coraz więcej, nie miała pojęcia, jak się to zakończy. Czuła jednak, że nie będzie to nic dobrego, bała się, że za którymś razem faktycznie skoczy mu do gardła, chociaż naprawdę starała się walczyć ze złością.
W jednej chwili była pełna negatywnych emocji, a później wręcz przeciwnie. Wypełniało ją czyste, niesamowite uczucie powodujące, że nie mogła przestać się wpatrywać w stojącego obok mężczyznę. Ta miłość, która ją wypełniała była tak wielka, że wypuszczona z jej ciała mogłaby wypełnić cały świat. Geraldine nigdy nie poznała podobnego uczucia, nigdy tak naprawdę nikogo nie pokochała, jej ciało jednak radziło sobie z tym wyśmienicie, Beatrice potrafiła kochać w przeciwieństwie do niej.
Miała wiele szczęścia, że odwzajemniał to uczucie. Była wdzięczna przeznaczeniu, że zaoferowało im to wszystko. Nie ma w życiu nic ważniejszego od tego, aby trafić na tę osobę. Wszystkie przyziemne sprawy wydawały się nie mieć najmniejszego znaczenie, kiedy miała go obok siebie.
- A ty moim księżycem, rozświetlasz najciemniejszy mrok. - Kiedyś obawiała się strasznie aranżowanego małżenstwa, nie wiedziała, czego powinna się spodziewać, ale zjawił się on i wszystkie troski odeszły. Stał się przewodnią myślą jej życia, gdyby wszystko przepadło, a on został to istniałaby nadal. Gdyby jednak wszystko zostało, a on przepadł to ona przestałaby istnieć. Nie przerażało jej to wcale, była gotowa oddać wszystko, aby nigdy go nie stracić.
- Już niedługo będziemy mogli stworzyć swój własny, mały świat. Na szczęście nie musisz mnie porywać, chociaż to mogłoby być na pewno bardzo ekscytujące. - Porwanie kojarzyło się raczej z czymś złym, jednak nie umiała myśleć o jego czynach w ten sposób. Na pewno byłoby to wspaniałe, zaszyć się gdzieś daleko, bez tego niepotrzebnego zamieszania, którym miał być ich ślub. Wiele by dała, aby mieli to już za sobą, niestety musieli wykazać się cierpliwością, wcale nie było to takie łatwe, kiedy serce żądało tego, aby mieli siebie natychmiast. Ona, zawsze wytrwała miała problem, aby trzymać emocje na wodzy, zresztą już przestawała to robić. Nie miało to najmniejszego sensu, bo przecież i tak byli sobie przeznaczeni.
Świat zawirował, gdy zbliżył swoje usta do jej, poczuła, że się rozpływa, zupełnie ignorowała wszystkich ludzi, którzy się im przyglądali, chciała, aby ten moment trwał wiecznie. Westchnęła jedynie niezadowolona, kiedy musieli wrócić do rzeczywistości, do tego, co działo się wokół nich. Najchętniej zniknęłaby w tej chwili ze swoim wybrankiem gdzieś daleko. Niestety nie mogli sobie na to pozwolić, te konwenanse czasem bywały strasznie upierdliwe.
Miała problem z utrzymaniem swoich rąk przy sobie, jednak stół okazał się być ich sprzymierzeńcem, nikt nie widział tego, co działo się pod nim, tańca ich dłoni, palców. Nigdy jeszcze nie była taka bezsilna jeśli chodzi o walkę ze swoimi uczuciami, kiedy Charles znajdował się obok nie potrafiła nad sobą zapanować.
Beatrice starała się, co jakiś czas spoglądać na tych wszystkich, którzy widzieli potrzebę, aby coś powiedzieć. Zupełnie nie obchodziły jej ich słowa, nie była skupiona na przemowach, nie to było dla niej istotne tego wieczora. Liczyło sie tylko to, że mieli znaleźć się o krok bliżej od spełnienia jej największego marzenia.
Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk żyrandola, który uderzył w stół. W przeciwieństwie do swojego wybranka, ona nie dostrzegła momentu, w którym zaczął spadać. Odruchowo zerwała się z miejsca by znaleźć się w jego ramionach, wiedziała, że przy nim będzie bezpieczna, że nie da jej zrobić krzywdy. Drżała, bo nie spodziewała się tego, że może pojawić się niebezpieczeństwo, mieli być tutaj bezpieczni. Nie spoglądała na pomieszczenie, nie miała pojęcia, czy komuś stała się krzywda. Próbowała ignorować wszystkie krzyki, które dochodziły do jej uszu. Skupiła się tylko na nim, musieli stąd wyjść, uciec, tak, aby nikt ich nie skrzywdził. Czuła, że to nie była dobra wróżba, że ktoś może zechcieć naruszyć ich spokój, uniemożliwić im wspólne szczęście.
Na jej policzkach pojawiły się łzy, bała się tego, że ktoś może chcieć ich nieszczęścia, powinni stąd uciec i wziąć ten ślub jeszcze dzisiaj, z dala od rodziny, tak aby nie dać im możliwości przeszkodzenia im w tym, co było przeznaczone.