24.09.2024, 20:58 ✶
Ktoś ukradł las.
Zgłoszenie było na tyle absurdalne, że kiedy Brenna je dostała, uniosła tylko brwi. Nie żeby była zaskoczona, że wepchnięto je właśnie jej – pracowała w Brygadzie od stosunkowo niedawna, a poza tym dobrze znała Dolinę Godryka, gdzie doszło do nietypowego przestępstwa. Gdy już szykowała się do wyjścia, dyżurna rzuciła hasło „Greengrassowie” i „drzewa”, i wtedy Brenna pomyślała, że może jednak ktoś coś źle zrozumiał – może nikt nie robił sobie żadnych żartów odnośnie wykradania lasu, a faktycznie coś stało się w Kniei. Tę rodzina Greengrassów traktowała bardzo poważnie.
Teleportowała się w pobliżu ziem Greengrassów, w najbliższym sobie znanym miejscu, położonym blisko posiadłości tej konkretnej gałęzi rodu, i dalej powędrowała już piechotą. Nie próbowała się kryć, miała w końcu na sobie mundur, i otrzymali oficjalne zgłoszenie, nie powinna więc być… hm, może inaczej – mogła być niemile widzianym gościem, ale była zarazem gościem z pewnością spodziewanym.
Już z daleka wypatrzyła to, co pozostało po sekwoi. Nie miała pojęcia, jakie drzewo padło ofiarą, za słabo je znała, aby móc rozpoznać na podstawie resztek, ale historia z kradzieżą lasu wreszcie nabierała sensu. Nie kradziono całej puszczy, a jej elementy, a biorąc pod uwagę, że czarodzieje byli przywiązani do natury, Knieję jako świętą traktowali nawet sami Greengrassowie, a tutaj to już zaczynał się totalnie teren prywatny…
…złodzieje byli desperatami, idiotami albo mieli życzenie śmierci. Brenna naprawdę nie widziała innej możliwości.
Gdy zbliżyła się, w mężczyźnie stojącym przy resztkach pnia rozpoznała Greengrassa, na którego kilka miesięcy temu wpadła w Kniei. Uśmiech przemknął jej przez usta, ale zaraz znikł, zastąpiony najbardziej profesjonalnym wyrazem twarzy, jaki mogła przywołać. Wątpiła też, by on rozpoznał ją, w mundurze i nawet wyjątkowo uczesaną, gdy widzieli się zaledwie przez kilka minut: Brenna zwracała uwagę na ludzi i twarze, on prawdopodobnie lepiej rozpoznawał okoliczne drzewa niż mieszkańców.
– Brygada Uderzeniowa, Brenna Longbottom – rzuciła, wyciągając z kieszeni odznakę, by ją zaprezentować, a potem obrzuciła spojrzeniem nieszczęsną sekwoję. Te resztki nic jej nie mówiły, za to miejsce mogło już „powiedzieć” całkiem sporo widmowidzowi i animagowi.
Greengrass mógł uznać, że ma pecha, skoro wysłano mu to taką gówniarę, ale w gruncie rzeczy miała całkiem spore szanse na znalezienie winnych.
– To jedyna ofiara, czy są jakieś inne? Kiedy zauważano, że jest ścięta? Ktoś widział w pobliżu potencjalnych sprawców? – wyrecytowała, chowając odznakę, by teraz dla odmiany wyciągnąć notatnik.
Zgłoszenie było na tyle absurdalne, że kiedy Brenna je dostała, uniosła tylko brwi. Nie żeby była zaskoczona, że wepchnięto je właśnie jej – pracowała w Brygadzie od stosunkowo niedawna, a poza tym dobrze znała Dolinę Godryka, gdzie doszło do nietypowego przestępstwa. Gdy już szykowała się do wyjścia, dyżurna rzuciła hasło „Greengrassowie” i „drzewa”, i wtedy Brenna pomyślała, że może jednak ktoś coś źle zrozumiał – może nikt nie robił sobie żadnych żartów odnośnie wykradania lasu, a faktycznie coś stało się w Kniei. Tę rodzina Greengrassów traktowała bardzo poważnie.
Teleportowała się w pobliżu ziem Greengrassów, w najbliższym sobie znanym miejscu, położonym blisko posiadłości tej konkretnej gałęzi rodu, i dalej powędrowała już piechotą. Nie próbowała się kryć, miała w końcu na sobie mundur, i otrzymali oficjalne zgłoszenie, nie powinna więc być… hm, może inaczej – mogła być niemile widzianym gościem, ale była zarazem gościem z pewnością spodziewanym.
Już z daleka wypatrzyła to, co pozostało po sekwoi. Nie miała pojęcia, jakie drzewo padło ofiarą, za słabo je znała, aby móc rozpoznać na podstawie resztek, ale historia z kradzieżą lasu wreszcie nabierała sensu. Nie kradziono całej puszczy, a jej elementy, a biorąc pod uwagę, że czarodzieje byli przywiązani do natury, Knieję jako świętą traktowali nawet sami Greengrassowie, a tutaj to już zaczynał się totalnie teren prywatny…
…złodzieje byli desperatami, idiotami albo mieli życzenie śmierci. Brenna naprawdę nie widziała innej możliwości.
Gdy zbliżyła się, w mężczyźnie stojącym przy resztkach pnia rozpoznała Greengrassa, na którego kilka miesięcy temu wpadła w Kniei. Uśmiech przemknął jej przez usta, ale zaraz znikł, zastąpiony najbardziej profesjonalnym wyrazem twarzy, jaki mogła przywołać. Wątpiła też, by on rozpoznał ją, w mundurze i nawet wyjątkowo uczesaną, gdy widzieli się zaledwie przez kilka minut: Brenna zwracała uwagę na ludzi i twarze, on prawdopodobnie lepiej rozpoznawał okoliczne drzewa niż mieszkańców.
– Brygada Uderzeniowa, Brenna Longbottom – rzuciła, wyciągając z kieszeni odznakę, by ją zaprezentować, a potem obrzuciła spojrzeniem nieszczęsną sekwoję. Te resztki nic jej nie mówiły, za to miejsce mogło już „powiedzieć” całkiem sporo widmowidzowi i animagowi.
Greengrass mógł uznać, że ma pecha, skoro wysłano mu to taką gówniarę, ale w gruncie rzeczy miała całkiem spore szanse na znalezienie winnych.
– To jedyna ofiara, czy są jakieś inne? Kiedy zauważano, że jest ścięta? Ktoś widział w pobliżu potencjalnych sprawców? – wyrecytowała, chowając odznakę, by teraz dla odmiany wyciągnąć notatnik.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.