24.09.2024, 22:58 ✶
Co prawda nikt jej nie poinformował zawczasu, że jasnowidzom zaskoczenie nie przystoi, ale podświadomie wpasowała się w kanon. Nie wydawała z siebie okrzyków zdziwienia, nie rozrzucała przedmiotów w przestrachu; jeśli coś działo się bez jej wcześniejszej wiedzy lub podejrzeń, stała jak spetryfikowana łania na środku jezdni i czekała, aż zostanie potrącona, zamiast ruszyć się z miejsca i ratować swoją skórę. Może nie dawała po sobie poznać, że coś ją zaskoczyło, bo tak naprawdę od urodzenia wyglądała, jakby była w wiecznym szoku?
Gapiła się więc w kulę swoimi sarnimi oczyma, próbując zrozumieć, co właściwie widzi. Uśmiechnęła się odruchowo, gdy Peregrinus pochwalił jej oko - zawsze reagowała tak na komplementy, nawet jeśli nie do końca się z nimi zgadzała. Jak miała mieć dobry wzrok, kiedy dosłownie zawisła nad kulą jak sęp, żeby cokolwiek dojrzeć? Przecież nos miała tak blisko, że niewiele brakowało, a zrobiłaby eskimoskie przywitanie z trupem Mulcibera.
Im więcej o tym myślała, tym klarowniej zarysowała się również myśl, że pewnie i przestrzeń osobistą Peregrinusa za bardzo narusza, więc odsunęła się prawie jak poparzona, drobnymi, acz szybkimi kroczkami stwarzając między nimi bezpieczny dystans. Spojrzała przepraszająco na mężczyznę, choć ten pewnie nie zauważył tego zbolałego wyrazu twarzy, bo był skupiony na ważniejszych rzeczach. Doszła do wniosku, że nie musiał - nie wydawał się być człowiekiem, który miałby jej to za złe tak czy siak. Nie nazwałaby ich dwójki bratnimi duszami, ale odkąd stała się częścią Praw Czasu, miała wrażenie, że razem z Peregrinusem nadają na podobnych falach. Niektórzy pewnie powiedzieliby, że należy im współczuć, choć ciężko określić, któremu bardziej.
- Jego wuj - powtórzyła po Trelawneyu, mamrocząc te słowa tak, jakby rozłożyła ze smutnym skutkiem zły omen na części pierwsze. Na moment uciekła spojrzeniem gdzieś na ścianę, chyba potrzebując czystej przestrzeni do ułożenia mentalnych puzzli, po czym spojrzała ponownie na współpracownika. - A więc to dlatego złożyłam mu wczoraj kondolencje - oświadczyła z dźwiękiem doznanego chwileczkę temu objawienia. Minę miała dziwaczną, twarz nie mogła się zdecydować, czy być zadowoloną, czy przejętą. Z jednej strony Scylla cieszyła się, że to nie był ojciec Charlesa, z drugiej zaś nadal bolało ją, że przepowiedziała śmierć w jego rodzinie tak celnie. No i nie sądziła, że wróżba ziści się tak błyskawicznie.
- Och, dziękuję - odezwała się cicho, czując, że brakująca część swetra wraca na jej barki. Powiodła za nią wzrokiem; była wdzięczna za pomoc, ale niestety nadal wyglądała dziwnie, kiedy jedno ramię spoczywało w rękawie, a drugie nie. - Czy potrzymasz moją ćmę? Tylko na chwileczkę, ubiorę się porządnie - zapytała bardzo uprzejmie, po czym wysunęła ku Peregrinusowi swoje złożone skrupulatnie dłonie, licząc, że przejmie od niej zdobycz.
- Czy wiesz, czemu będzie się snuł? Coś nie daje mu spokoju? - Zagaiła, przechylając głowę. - I czy był kimś bliskim dla Pana Dolohova? - Pozwoliła sobie na kolejne pytanie, pijąc do zaproszenia na pogrzeb. Nie była pewna, czy zapraszali Vakela tak z grzeczności, czy faktycznie był przyjacielem rodziny.
Gapiła się więc w kulę swoimi sarnimi oczyma, próbując zrozumieć, co właściwie widzi. Uśmiechnęła się odruchowo, gdy Peregrinus pochwalił jej oko - zawsze reagowała tak na komplementy, nawet jeśli nie do końca się z nimi zgadzała. Jak miała mieć dobry wzrok, kiedy dosłownie zawisła nad kulą jak sęp, żeby cokolwiek dojrzeć? Przecież nos miała tak blisko, że niewiele brakowało, a zrobiłaby eskimoskie przywitanie z trupem Mulcibera.
Im więcej o tym myślała, tym klarowniej zarysowała się również myśl, że pewnie i przestrzeń osobistą Peregrinusa za bardzo narusza, więc odsunęła się prawie jak poparzona, drobnymi, acz szybkimi kroczkami stwarzając między nimi bezpieczny dystans. Spojrzała przepraszająco na mężczyznę, choć ten pewnie nie zauważył tego zbolałego wyrazu twarzy, bo był skupiony na ważniejszych rzeczach. Doszła do wniosku, że nie musiał - nie wydawał się być człowiekiem, który miałby jej to za złe tak czy siak. Nie nazwałaby ich dwójki bratnimi duszami, ale odkąd stała się częścią Praw Czasu, miała wrażenie, że razem z Peregrinusem nadają na podobnych falach. Niektórzy pewnie powiedzieliby, że należy im współczuć, choć ciężko określić, któremu bardziej.
- Jego wuj - powtórzyła po Trelawneyu, mamrocząc te słowa tak, jakby rozłożyła ze smutnym skutkiem zły omen na części pierwsze. Na moment uciekła spojrzeniem gdzieś na ścianę, chyba potrzebując czystej przestrzeni do ułożenia mentalnych puzzli, po czym spojrzała ponownie na współpracownika. - A więc to dlatego złożyłam mu wczoraj kondolencje - oświadczyła z dźwiękiem doznanego chwileczkę temu objawienia. Minę miała dziwaczną, twarz nie mogła się zdecydować, czy być zadowoloną, czy przejętą. Z jednej strony Scylla cieszyła się, że to nie był ojciec Charlesa, z drugiej zaś nadal bolało ją, że przepowiedziała śmierć w jego rodzinie tak celnie. No i nie sądziła, że wróżba ziści się tak błyskawicznie.
- Och, dziękuję - odezwała się cicho, czując, że brakująca część swetra wraca na jej barki. Powiodła za nią wzrokiem; była wdzięczna za pomoc, ale niestety nadal wyglądała dziwnie, kiedy jedno ramię spoczywało w rękawie, a drugie nie. - Czy potrzymasz moją ćmę? Tylko na chwileczkę, ubiorę się porządnie - zapytała bardzo uprzejmie, po czym wysunęła ku Peregrinusowi swoje złożone skrupulatnie dłonie, licząc, że przejmie od niej zdobycz.
- Czy wiesz, czemu będzie się snuł? Coś nie daje mu spokoju? - Zagaiła, przechylając głowę. - I czy był kimś bliskim dla Pana Dolohova? - Pozwoliła sobie na kolejne pytanie, pijąc do zaproszenia na pogrzeb. Nie była pewna, czy zapraszali Vakela tak z grzeczności, czy faktycznie był przyjacielem rodziny.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga