25.09.2024, 08:38 ✶
Greengrassowie byli wrośnięci w Dolinę równie mocno jak Longbottomowie, ponoć wywodzący się od samego Gryffindora, który to tutaj przyszedł na świat i na cześć którego nazwano miejscowość. I jedni, i drudzy należeli do tego miejsca: ono należało do nich. Brennie historia nieślubnego syna, o dziwo uznanego przez ojca, obiła się więc oczywiście o uszy, bo światek Doliny nie był wielki, ale akurat z nim samym poza przypadkowym spotkaniem w Kniei nie miała styczności. Ta gałąź rodziny utrzymywała z potomkami Godryka Longbottoma raczej sporadyczne kontakty od wojny z Grindewaldem i nie bywali na co dzień w Warowni, a sam Ambroise byli o tyle starszy, że w Hogwarcie trochę się minęli. Może raz czy dwa znaleźli się na tym samym przyjęciu, łatwo było jednak nie zwrócić na nich na siebie nawzajem uwagi.
Obrzuciła go krótkim spojrzeniem, zanim odnotowała najważniejsze informacje w notatniku. Czy domyślała się, że był niezadowolony na jej widok? Pewnie tak. Czy ją to poruszało? Niezbyt, bo reakcja była nawet na swój sposób zrozumiała, a Brenna nigdy jakoś specjalnie nie brała do siebie, że ktoś ma ją za głupią/za młodą/za bardzo kobietę/zbyt denerwującą/inne – niepotrzebne skreślić. Wypchnięto ją tutaj faktycznie dlatego, że nikomu nie chciało się biegać za złodziejami lasu, zgłoszenie potraktowano jako żart, a ona pracowała od niedawna i w dodatku nie narzekała, niezależnie, jaką sprawę jej wepchnięto. Że przy okazji naprawdę miała szanse znaleźć winnych, to już nawet nie była zasługa jej, a magii płynącej we krwi, zwykłego kaprysu genetycznego.
Nie miała pojęcia, co rozumiał przez „luźne” pytanie, bo luźne nie było, a standardowe, i sprowadzało się do tego, że jeśli widziano tu kogoś podejrzanego, to teraz następowało „rysopis proszę”, ale nie zamierzała w to wnikać. Wystarczyło, że faktycznie ich widział i to w dodatku przyłapał na gorącym uczynku. I że to drzewo ścięto dwie godziny temu – Brenna wątpiła, aby jacyś walnięci drwale, którzy wpierdolili się na teren Greengrassów, wpadli na pewne środki ostrożności.
Rzuciła spojrzenie na wskazany przez Ambroisa fragment drzewa, który nie mówił jej absolutnie niczego, ale już rozmówki, które to drzewo na pewno „zapamiętało”, skoro miały miejsce niedawno, mogły powiedzieć całkiem sporo. Poza tym przesunęła wzrokiem po najbliższej okolicy, szukając śladów bardziej oczywistych: zadeptanej trawy, czegoś, co wskazywałoby na to, czy drzewo załadowano na jakiś pojazd, czy też mieli odpowiedni, zaczarowany sprzęt, który ułatwił transport, pozostawionych rzeczy.
– Świetnie, w takim wypadku to nie powinno być specjalnie trudne – skwitowała, odnotowując fakt, że Ambroise Greengrass przyłapał raz szalonych drwali na gorącym uczynku. Nie pytała, czy ich rozpoznał: gdyby byli miejscowi, nie odważyliby się podnieść ręki na drzewa Kniei, a on już by sypał ich nazwiskami. – Czy coś po sobie może zostawili? – Jak tak, to już totalnie byli w domu. W lesie, znaczy się. – Zapamiętał pan, jak wyglądali? Każdy szczegół ma znaczenie. Wzrost, potencjalny wiek, ubranie, kolor włosów, akcent, bo zakładam, że nie są miejscowi i tak dalej. Będę musiała obejrzeć potem kolejne… hm, miejsca zbrodni. A tu być może zostać na parę minut sama, kilka zaklęć, cudza obecność może zakłócić odczyt – wyrecytowała, kłamiąc bardzo bezczelnie, bo nie o żadne zaklęcia chodziło, ale ani myślała wystawiać tutaj świec przy nim.
Obrzuciła go krótkim spojrzeniem, zanim odnotowała najważniejsze informacje w notatniku. Czy domyślała się, że był niezadowolony na jej widok? Pewnie tak. Czy ją to poruszało? Niezbyt, bo reakcja była nawet na swój sposób zrozumiała, a Brenna nigdy jakoś specjalnie nie brała do siebie, że ktoś ma ją za głupią/za młodą/za bardzo kobietę/zbyt denerwującą/inne – niepotrzebne skreślić. Wypchnięto ją tutaj faktycznie dlatego, że nikomu nie chciało się biegać za złodziejami lasu, zgłoszenie potraktowano jako żart, a ona pracowała od niedawna i w dodatku nie narzekała, niezależnie, jaką sprawę jej wepchnięto. Że przy okazji naprawdę miała szanse znaleźć winnych, to już nawet nie była zasługa jej, a magii płynącej we krwi, zwykłego kaprysu genetycznego.
Nie miała pojęcia, co rozumiał przez „luźne” pytanie, bo luźne nie było, a standardowe, i sprowadzało się do tego, że jeśli widziano tu kogoś podejrzanego, to teraz następowało „rysopis proszę”, ale nie zamierzała w to wnikać. Wystarczyło, że faktycznie ich widział i to w dodatku przyłapał na gorącym uczynku. I że to drzewo ścięto dwie godziny temu – Brenna wątpiła, aby jacyś walnięci drwale, którzy wpierdolili się na teren Greengrassów, wpadli na pewne środki ostrożności.
Rzuciła spojrzenie na wskazany przez Ambroisa fragment drzewa, który nie mówił jej absolutnie niczego, ale już rozmówki, które to drzewo na pewno „zapamiętało”, skoro miały miejsce niedawno, mogły powiedzieć całkiem sporo. Poza tym przesunęła wzrokiem po najbliższej okolicy, szukając śladów bardziej oczywistych: zadeptanej trawy, czegoś, co wskazywałoby na to, czy drzewo załadowano na jakiś pojazd, czy też mieli odpowiedni, zaczarowany sprzęt, który ułatwił transport, pozostawionych rzeczy.
– Świetnie, w takim wypadku to nie powinno być specjalnie trudne – skwitowała, odnotowując fakt, że Ambroise Greengrass przyłapał raz szalonych drwali na gorącym uczynku. Nie pytała, czy ich rozpoznał: gdyby byli miejscowi, nie odważyliby się podnieść ręki na drzewa Kniei, a on już by sypał ich nazwiskami. – Czy coś po sobie może zostawili? – Jak tak, to już totalnie byli w domu. W lesie, znaczy się. – Zapamiętał pan, jak wyglądali? Każdy szczegół ma znaczenie. Wzrost, potencjalny wiek, ubranie, kolor włosów, akcent, bo zakładam, że nie są miejscowi i tak dalej. Będę musiała obejrzeć potem kolejne… hm, miejsca zbrodni. A tu być może zostać na parę minut sama, kilka zaklęć, cudza obecność może zakłócić odczyt – wyrecytowała, kłamiąc bardzo bezczelnie, bo nie o żadne zaklęcia chodziło, ale ani myślała wystawiać tutaj świec przy nim.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.