17.01.2023, 02:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.01.2023, 02:43 przez Mackenzie Greengrass.)
Czyjś głos, w uszach Mackenzie niedorzecznie radosny, wprawił ją w lekki stan irytacji. Głównie dlatego, że oto zrobiła z siebie idiotkę na oczach któregoś z sąsiadów, jeszcze zanim zdążyła dojść do drzwi nowego mieszkania. Dopiero po jakiejś sekundzie dotarł do niej sens czy raczej bezsens wygłaszanych słów. Może nawet w skonsternowaniu zamarłaby i zaczęła rozważać, czy nie ma do czynienia z jakimś wariatem, gdyby nie to, że głos wydał się jej jakoś… znajomy.
Pakunek z zestawem do czyszczenia i pielęgnacji miotły oraz jedna z jej cennych mioteł zostały uniesione z kartonów, Green pozwalając się przekonać, że tak, owszem, zna ten głos, a Theodorowi niosąc gorzkie rozczarowanie, bo na schodach nie klęczała żadna piękna nieznajoma. Ponad pakunkami dojrzał blond włosy, jasne oczy i bladą twarz szkolnej koleżanki, której rysy może i sugerowałyby pewną delikatność, ale że ta sugestia była absolutnie błędna, przekonał się każdy, kto musiał kiedyś podejmować próby wydarcia z jej rąk kafla.
Jeżeli zaś nawet jej nie pamiętał i mógłby mieć jakieś wątpliwości, to te bardzo szybko zostały rozwiane.
- Lovegood, ogarnij się. To tylko ja, nie żaden skarb – uświadomiła go, dźwigając się ostrożnie na nogi i przy okazji nieświadomie bardzo brutalnie mordując wszelki romantyzm, który próbował stworzyć młodzieniec. Zabrzmiało to niegrzecznie, choć taki brak manier Mackenzie okazała raczej w zaskoczeniu niż z pełną świadomością. Nawet nie pomyślała, że Theodore mógł próbować flirtować ze swoją nową sąsiadką, zwalając wszystko, co powiedział, na karb opinii, jaką cieszyła się jego rodzina. Podobno czasem funkcjonowali w trochę innej rzeczywistości. Przynajmniej tak twierdziła jej matka, która pamiętała paru Lovegoodów z Doliny Godryka.
Pewnie gdyby wiedziała, że pomyślał o niej jako o rybie, uznałaby, że raz w życiu Olivia miała w czymś stu procentową rację. Przecież śmiertelnie bała się wody.
Ze strony Mackenzie było już pewnym osiągnięciem, że w ogóle go rozpoznała. Miała tendencje do zapominania twarzy i niekoniecznie zwracała uwagę na ludzi dookoła siebie. Wiele jednak zrobiło prawdopodobnie to, że na szóstym roku spędzili trochę czasu w swoim towarzystwie, mieli razem sporo lekcji i przede wszystkim: Theodore grał w szkolnej drużynie. A chodząc do Hogwartu skład wszystkich drużyn Mackenzie mogła recytować choćby wyrwana ze snu o trzeciej nad ranem. (Gorzej było już z zapamiętaniem imion wszystkich ze swojego rocznika.)
Poprawiła pudła w swoich ramionach, spoglądając na dawnego kolegę z Hogwartu nieco podejrzliwie. I nie, nie chodziło nawet o jego nagłe i niespodziewane pojawienie. Upewniała się, czy odpowiednio trzyma jej bardzo cenną miotłę. Mackenzie była w końcu gotowa dla niej połamać siebie, z dużym prawdopodobieństwem byłaby więc zdolna połamać także kogoś innego.
- Co ty tutaj robisz? – spytała dość głupio, bo przecież było dość oczywiste, że albo tu mieszkał, albo kogoś odwiedzał. Zwłaszcza, że wspomniał o swoich drzwiach...
Pakunek z zestawem do czyszczenia i pielęgnacji miotły oraz jedna z jej cennych mioteł zostały uniesione z kartonów, Green pozwalając się przekonać, że tak, owszem, zna ten głos, a Theodorowi niosąc gorzkie rozczarowanie, bo na schodach nie klęczała żadna piękna nieznajoma. Ponad pakunkami dojrzał blond włosy, jasne oczy i bladą twarz szkolnej koleżanki, której rysy może i sugerowałyby pewną delikatność, ale że ta sugestia była absolutnie błędna, przekonał się każdy, kto musiał kiedyś podejmować próby wydarcia z jej rąk kafla.
Jeżeli zaś nawet jej nie pamiętał i mógłby mieć jakieś wątpliwości, to te bardzo szybko zostały rozwiane.
- Lovegood, ogarnij się. To tylko ja, nie żaden skarb – uświadomiła go, dźwigając się ostrożnie na nogi i przy okazji nieświadomie bardzo brutalnie mordując wszelki romantyzm, który próbował stworzyć młodzieniec. Zabrzmiało to niegrzecznie, choć taki brak manier Mackenzie okazała raczej w zaskoczeniu niż z pełną świadomością. Nawet nie pomyślała, że Theodore mógł próbować flirtować ze swoją nową sąsiadką, zwalając wszystko, co powiedział, na karb opinii, jaką cieszyła się jego rodzina. Podobno czasem funkcjonowali w trochę innej rzeczywistości. Przynajmniej tak twierdziła jej matka, która pamiętała paru Lovegoodów z Doliny Godryka.
Pewnie gdyby wiedziała, że pomyślał o niej jako o rybie, uznałaby, że raz w życiu Olivia miała w czymś stu procentową rację. Przecież śmiertelnie bała się wody.
Ze strony Mackenzie było już pewnym osiągnięciem, że w ogóle go rozpoznała. Miała tendencje do zapominania twarzy i niekoniecznie zwracała uwagę na ludzi dookoła siebie. Wiele jednak zrobiło prawdopodobnie to, że na szóstym roku spędzili trochę czasu w swoim towarzystwie, mieli razem sporo lekcji i przede wszystkim: Theodore grał w szkolnej drużynie. A chodząc do Hogwartu skład wszystkich drużyn Mackenzie mogła recytować choćby wyrwana ze snu o trzeciej nad ranem. (Gorzej było już z zapamiętaniem imion wszystkich ze swojego rocznika.)
Poprawiła pudła w swoich ramionach, spoglądając na dawnego kolegę z Hogwartu nieco podejrzliwie. I nie, nie chodziło nawet o jego nagłe i niespodziewane pojawienie. Upewniała się, czy odpowiednio trzyma jej bardzo cenną miotłę. Mackenzie była w końcu gotowa dla niej połamać siebie, z dużym prawdopodobieństwem byłaby więc zdolna połamać także kogoś innego.
- Co ty tutaj robisz? – spytała dość głupio, bo przecież było dość oczywiste, że albo tu mieszkał, albo kogoś odwiedzał. Zwłaszcza, że wspomniał o swoich drzwiach...